Obserwatorzy

14.08.2014

Moje prawo jazdy + najlepsza szkoła jazdy w Ostrowie Wlkp

Zawsze mówiłam, że niektórzy ludzie (w tym ja) nie nadają się do prowadzenia samochodu. I podtrzymuje to zdanie. Dużo bardziej nadaje się do siedzenia z tyłu i wydawania poleceń ("Co tak szybko?!", "Uważaj, ptak!")
Ale...
Lata temu z pewną koleżanką (nazwijmy ją M.) powiedziałyśmy sobie, że jak będziemy robić prawo jazdy, to razem. Akurat temat powrócił na początku tego roku.

Ja nawet nie chciałam mieć prawa jazdy, ale... chciałam umieć jeździć.
Przerażała mnie sama myśl, że będę musiała siedzieć w aucie z jakimś instruktorem, a później jeszcze z jakimś egzaminatorem i nawet nie będę się mogła popłakać. Z drugiej strony widziałam siebie zatrzymującą się przed wybiegającym z lasu nagim księciem Harrym, który ucieka przed terrorystami, a ja muszę go koniecznie wywieźć w bezpieczne miejsce. Była to wizja szalenie kusząca, zwłaszcza, że zaraz po niej wyobrażałam sobie królewski ślub i siebie jako panią zamku Windsor.
Ostatecznie znalazłam inne zastosowania dla tego kawałka plastiku - Majlord siedział w Anglii, razem z nim nasze jedyne prawo jazdy i jedyny samochód, a tu ani czym z Lordasem na konsultacje do wielkiego miasta jechać, ani czym przytargać rzeczy do remontu. Mój (najlepszy w regionie) ginekolog też - jak na złość - przyjmuje w małej wiosce do której nijak wieczorem dojechać - głupio prosić sąsiada o podrzutkę na przegląd podwozia, nie? Takie drobiazgi sprawiały, że życie bez prawka stało się w pewnym momencie wprost upierdliwe.

Przyznam uczciwie, że całą robotę związaną ze znalezieniem odpowiedniego OSK zrzuciłam na M. Ona po prostu szybciej się za to zabrała i biegusiem przedstawiła mi listę ośrodków, którymi powinnyśmy się zainteresować. Wybrałyśmy się na obchód, ale albo było zamknięte, albo czynne w dziwnych godzinach, albo kazali dzwonić. Znalazło się też jedno zapyziałe podwórko po którym powiedziałyśmy sobie "Eeeee...skoro tak jest na zewnątrz to jaki syf musi być w środku?"
M. starała mi się tłumaczyć, że takie rzeczy załatwia się przez internet, bo "oni na pewno są na jazdach", ale ja uważałam, że muszę danego instruktora zobaczyć, żeby wiedzieć czy będzie moją bratnią duszą.
Argument "On ma cię nauczyć jeździć, a nie dać ci się wypłakiwać w rękaw" zupełnie do mnie nie trafiał.
I słusznie!
Ostatecznie znalazłyśmy opcje dwa w jednym!
Jak wiecie - mam słabość do kompetentnych ludzi i uważam, że należy ich polecać, bo rzadko się trafiają - stąd ta notka.

To oczywiście M. wyszukała i rzuciła wiadomość, że nad basenem jest jeszcze jedna szkoła jazdy, nazywa się OSK Zając (klik), dzwoniła i może byśmy poszły na próbę? Poszłyśmy i przepadłyśmy...
Uwaga, teraz będą same pochwały, bo uwielbiam swojego instruktora (chociaż egzamin już zdałam i już w sumie nie jest moim instruktorem).
Zajęcia prowadzone są w nowej, czystej sali, grupy są małe, a płacić za kurs można w ratach - to ze spraw technicznych.
Pan Mirek o ruchu drogowym wie WSZYSTKO, nie ma szans go w tym temacie zagiąć, cierpliwie odpowiada na wszystkie pytania i tłumaczy jak można najprościej. Od razu Wam powiem, że na swoim egzaminie teoretycznym miałam pytania, których odpowiedzi znałam i pamiętałam jeszcze z kursu - egzamin zdałam 74/74 pkt. Wszystko jest wałkowane, póki każdy nie zrozumie, a do tego zajęcia są prowadzone w tak luźnej i przyjaznej atmosferze, że aż chce się tam siedzieć.

Co do nauki jazdy... Umawiać się na zajęcia można w dowolnych godzinach - byle w granicach rozsądku. Ja np. mogłam tylko rano, bo później nie miałam z kim zostawić Lordasa i zawsze się dla mnie znalazło miejsce w kajeciku :)
Renata jest wycackana, wychuchana i czyściutka - przyjemnie się jeździ.
Nauczenie mnie prowadzenia samochodu było prawie tak niewykonalne jak zrzucenie 15 kg w tydzień bez ucięcia sobie kończyn. Panu Mirkowi się udało. Tzn. jeżdżę jak typowa baba i pewnie tak zostanie, ale egzamin zdałam, więc niech się świat martwi :D
P. Zając to ten typ człowieka z którym można konie kraść - a raczej można by było, gdyby nie był tak krystalicznie uczciwy jak jest. Pewnego dnia zgubiłam dowód wpłaty, o czym dobrze wiedział, więc poszukał u siebie i zapewnił mnie, że ma - żebym się nie martwiła. Czy Wasz instruktor zrobiłby to dla Was?
Nerwy ma podobno usunięte chirurgicznie i wkurzyć go to nielicha sztuka (mi raz się udało, ale nie przyznam się co wtedy odwinęłam, bo mi wstyd :D).
Można z nim porozmawiać o wszystkim - od wyższości deszczu nad słońcem, przez seksowność ratownika od pierwszej pomocy, polecanie elektryka, po sprawy rodzinne. Ale przy całym gadaniu i zagadywaniu nigdy nie traci czujności i nie zaniedbuje obowiązków nauczyciela. Nie krzyczy, nie cmoka, nie wzdycha, częstuje cukierkami.
Nie miał ze mną łatwo, ten biedny człowiek - przyznał, że takiego trzepaka jeszcze nie znał, ale poradził sobie.

Co najważniejsze - naprawdę dba o swoich kursantów. Niejednokrotnie podczas jazd zdarzyło się, że ktoś dzwonił pochwalić się zdanym egzaminem - pan Mirek zawsze autentycznie się cieszył i - o ile mógł - proponował podwiezienie do Ostrowa.
Tylko dzięki niemu nie zwątpiłam w siebie, bo były dni, gdy jeździłam gorzej niż fatalnie, przychodziłam do domu i płakałam - zawsze wtedy znalazłam ciepłe słowo od p. Mirka i zawsze następnym razem było lepiej.

Czytacie mojego bloga, więc wiecie, że nie przepadam za ludźmi - jestem totalnie nietowarzyskim odludkiem, a żebym kogoś polubiła musi się naprawdę wyróżnić.
Pan Mirek podbił moje serce od pierwszych zajęć! Wcześniej martwiłam się i wyobrażałam jak to niezręcznie będzie siedzieć z kimś obcym w aucie, ale nie było oni jednej nieprzyjemnej chwili! Jedyne czego żałuję, to że kurs tak szybko się skończył.

Na koniec zarzucę sucharem, ale jest to suchar bardzo prawdziwy:
Nie każdy zając może być instruktorem, ale każdy instruktor powinien być jak Zając.


Co do mojego egzaminu - tu jest dobre miejsce napisać co odwaliłam po nim :D
Zadowolona z siebie obdzwoniłam kogo się dało, a później raźnym krokiem udałam się po nagrodę do Hebe. Stoję już przy kasie, szukam portfela i... nie ma. Im bardziej szukam, tym bardziej go w torbie nie znajduje - okradli mnie czy co?! Myślę intensywnie, trybiki szaleją, para idzie mi uszami i nagle przypominam sobie dziwny, (wtedy) niezidentyfikowany dźwięk, kiedy dość ostro zahamowałam przed przejściem.
I już pojmuję, że był to dźwięk mojego portfela wypadającego z torebki!
W czasie gdy ja z Madzią spacerowałąm po Hebe zdążyło się niebo otworzyć, ściana wody, kałuże po łydki, godz. 16.50, do WORD mamy 20 min. spaceru, a o 17.00 zamykają! Do tego to piątek, do miasta zamieszkania 30 km, a w portfelu wszystkie pieniądze, karty, dowód. W kieszeni telefon - już prawie rozładowany. Ruszyłyśmy przez ten deszcz, biegiem na czerwonych światłach, przez tą wodę, dotarłyśmy do WORD jak zmokłe kury, suchych nie miałyśmy nawet gaci, mój tusz do rzęs już w okolicy żuchwy, włosy w strąkach, ale... UFFF! Zdążyłyśmy!
Był tam jeszcze jakiś pan parkujący samochody, więc dobiegłam do niego, bliska płaczu, wypluwając płuca i tłumaczę, że przed chwilą zdawałam, i mój portfel chyba został, tam w tym aucie, i czy ja mogę zajrzeć, poszukać...
Możecie sobie tylko wyobrazić jego starania zachowania kamiennej twarzy xD
I tylko pozostaje mi mieć nadzieję, że nikt tego nie nagrał, bo - niechybnie - zostanę gwiazdą internetu.


13.08.2014

Miesiąc bez słodyczy - jak to przeżył taki łasuch jak ja...?

Pod koniec czerwca przeglądałam znajome blogi i na jednym z nich trafiłam na opis miesiąca bez słodyczy. Oczywiście wiedziałam, że ludzie podejmują się takich "wyzwań", ale wtedy zaczęłam intensywniej myśleć po co... Dla mnie dzień bez słodyczy, to już wyczyn i jeśli mi się zdarzy, to tylko przez przeoczenie... ;)
No ale... tok myślowy Kempka chadza własnymi ścieżkami, więc po chwili uznałam, że ciekawie byłoby spróbować odstawić cukier na dłużej. Zawsze w pamięci mam słowa mojej mamy, która powtarza mi, że jakbym nie jadła słodyczy, to szybko zrobiłabym się chuda jak patyczek, więc why not? I tak średnio jej wierzyłam, bo schudłam po ciąży 15 kg, żrąc wszystko, ale mniej, więc uważam sama siebie za wspaniały przykład, że można połączyć lecące w dół kilogramy i śmietanowe torty...
Jednak myśl się wymyśliła, słowo się rzekło. Nie lubię robić na pół gwizdka, więc zdecydowałam, że w grę nie wchodzi podjadanie nawet maluteńkiego kawałka czekolady.

Ustaliłam sobie trzy główne zasady:
1. Zaczynam z początkiem lipca, kończę 25, bo dzień później mam imieniny i, co jak co, ale własnego tortu sobie nie odmówię.
2. Sama słodyczy nie kupuję, a jeśli ktoś mi je przyniesie (np mama zaliczy cukiernie w drodze z pracy) i już naprawdę nie będę się mogła powstrzymać - mrożę na zaś. Wszak co się odwlecze, to nie uciecze... ;)
3. Czipsy i chrupki to też słodycz, ale miód, masło orzechowe i zupa owocowa - nie.


Od razu uprzedzając pytania - nie słodzę herbaty ani kawy już od wielu lat, unikam soków, słodkich napojów. Sklepowe słodycze mi wiszą i powiewają, ale słabość ogromną mam do wyrobów cukierniczych i domowych ciast :D

Pierwszy tydzień upłynął bez problemu (sama byłam w szoku!) - była mała pokusa, bo siostra pierwszy raz od 18 lat kupiła mi deser, ale szybcikiem zamroziłam  i nie zerwałam postu.
Drugi tydzień był nuuuuudny, ciągnął się jak flaki z olejem - ile można zadowalać się jabłkiem, gdy ma się ochotę na placek? Przyznam, że było to frustrujące...
Trzeci tydzień był ciężki i miałam kilka "gryzowych" grzeszków - gryz jagodzianki, gryz bajaderki, ale nadal uznawałam, że trzymam się dzielnie.
Końcowe dni znów dały mi nowe siły - miałam nawet zamiar nagrodzić się pączkiem po zdanym egzaminie teoretycznym, ale (jak to mawiają fitludzie) "nie jestem psem, nie będę się nagradzać jedzeniem". Dobra, uczciwie przyznam, że na jedno ze śniadań wchłonęłam bułę z dżemem, ale to nie grzech ciężki :D

Skończyłam wyzwanie z zamrożonymi dwoma jagodziankami, dwoma bajaderkami, trzema bułkami z czekoladą, kruszonkowym ciastkiem i tym nieszczęsnym deserkiem z koroną :D

Ogólnie jestem z siebie zadowolona... Zaczynając nie sądziłam, że wytrzymam choćby trzy dni (i w sumie nikt inny w to nie wierzył :D)
Ale czy jestem zadowolona z efektów? Albo czy są jakiekolwiek efekty? Z przyjemnością bym Wam napisała, że oczyściła mi się cera (bo podobno pryszcze kochają cukier i czekoladę), ale skłamałabym, bo doszłam z nią do ładu znacznie wcześniej i przez ten miesiąc nie zauważyłam dalszych postępów w kierunku "ideał".
Przez prawie cały miesiąc byłam mocno zaspana, ale trudno mi winić brak słodyczy - teraz znów je jem i znów zasypiam na stojąco.
Jedyne co zauważyłam na pewno, to mniej wzdęć z którymi miewam problemy.
Jeśli chodzi o liczby, to - wbrew słowom mamy - nie zrobiła się ze mnie wiotka trzcina :D Od czasu ciąży mierze się co miesiąc w celach kontrolnych i miesiąc bez słodyczy dał mi ledwo pół cm mniej w dolnej części brzucha (co - przyznacie - jest na granicy błędu w pomiarach). Za to zniknęło mi aż 2 cm z... cycków! Nie żebym miała jakieś pamelkowe balony i mogła sobie pozwolić na utratę cennych szerokości akurat w TYM miejscu.

Podsumowując: spróbowałam, dałam radę, nadal nie wiem o co tyle krzyku. Tych dwóch cm z biustu nie mogę wybaczyć, bo jestem coraz bardziej deskowata, NIE TAM GDZIE TRZEBA! Gdyby mi te dwa cm spadły z ud, to nie tknęłabym ciasta do końca życia. A przynajmniej jeszcze przez kilka dni.
Więcej się na taki eksperyment raczej nie pokuszę, choć nie mówię kategorycznie nie, bo niezbadane są ścieżki Kempka...

Zdarzyło Wam się kiedyś na dłużej odstawić słodycze?
Jak wrażenia? Warto było? Czy macie jak ja wrażenie, że to dużo krzyku o nic?

04.08.2014

Kempkowy lipiec w zdjęciach

Lipiec to jeden z moich najulubieńszych miesięcy w każdym roku - mam wtedy urodziny, mam imieniny, są wakacje, Potter pokonuje Voldemorta, a książę Harry biega nago :D


Wykopałam maxi spódniczkę za złotówkę... W to mi graj :)

Nie lubię jak ktoś zakłada sukienkę na którą mnie nie stać i nie goli do tego brody, ale mylenie pojęć też mi się nie podoba:

Naprzeciwko WORD stało autko w pięknym łososiowym kolorze. Na zdjęciu wyszedł pomarańczowy, a miał służyć Majlordowi jako próbnik :D

Ruszył nasz remont! To zostało pierwszego dnia z podłogi w łazience...

Za płotem mam barany, bez kitu :D
Najpierw myślałam, że mi się zdaje i nawet zaczęłam swoją standardową gadkę pt. "Patrz, jakie ludzie teraz dziwne psy trzymają" :D

Uff... Wzięłam się za zakuwanie z płyt i poszłam na teorie przygotowana.
Zdałam 74/74 :)
Z praktyką (dużo) gorzej...
 
Lubimy tatuaże!

Ałfit...

Przynajmniej drzwi wybrałam w 10 minut :D

Ałfit namber tu ;)
Uwierzycie, że wytargałam to neonowe cudo na carbootcie za 50 pensów? :D

W Biedronie były wina za 5 zł, więc wzięłam na imieniny, na urodziny i na zdanie egzaminu... Zgadnijcie, któremu przyszło nabierać szlachetności czekając na wielki dzień...?:D

Mój pierwszy raz...w Hebe.

Imieninowy prezent od mamy:

...oraz od siostry i jej bojfrenda - ich hojność nie zna granic...

Piękny, wspaniały, cudowny, wymarzony! Od Majlorda na imieniny...

<3
Czasem mnie denerwuje, ale i tak go kocham :D

Wymarzona, upragniona - wreszcie twarda okładka :)

CCC i jej wyprz...
Ładne to one są, ale jakie niewygodne!

Trafiliśmy na losowanie w krwiodawstwie i oprócz czekolad Majlord dostał torbę eco, a ja serduszkowy ręczniczek :)

Mój pierwszy raz z Ann Summers - ciężko się oprzeć ich wyprzedażom... :)

Mój, mój, mój...!

Sorry no, przez 23 lata żyłam w przekonaniu, że nie znoszę perfum... A po prostu nie trafiłam na te właściwe... ;)

Urodzinowe słodkości od mamy i babci...:)

Urodzinowy prezent od Majlorda...
Piękny!
Poprzednie serduszko sczerniało strasznie od mydła siarkowego, ale to się tak szybko nie da! :)

Tort...
Kto mi dobrze życzy, ten dostanie kawałek... a nawet dwa! :)

Przedstawiam Wam Godryka!! :)
To drugi z moich prezentów urodzinowych od Majlorda...
Prawa jazdy jeszcze nie mam i jak mi tak dalej będą szły egzaminy - nie wiem czy w ogóle w tym roku będę miała, ale Godryś stoi i czeka... :)
Nie jest młody, ani idealny, ale wg mnie jest cudowny :D
Już go dzisiaj zatarłam próbując się zmieścić w bramę, ale on mi wszystko (na razie) wybacza!
Już wiecie przed czym uciekać w bramy.


Czy też lubicie lipiec?