Obserwatorzy

30.06.2014

Zostawiam te drzwi uchylone...

Zapowiadało się na to już od dawna, a ja kilka dni temu podjęłam decyzje o napisaniu tej notki.
Wiele blogerek znika bez słowa, zawsze się wtedy zastanawiam co z nimi i dlaczego tak, a nie inaczej... Nie chce znikać, ale ten blog nie może już istnieć w obecnej formie.
Od kilku miesięcy pojawiały się tu tylko notki ze zdobyczami lumpkowymi i fotomixy - post typowo kosmetyczny rodziłam w bólach raz na kilka tygodni.
Straciłam do tego serce... Żeby nie napisać dosadniej: nie chce mi się myśleć o pierdołach.
"Chcę dzisiaj napisać notkę" zastąpiłam "musiałabym w końcu napisać tą cholerną notkę", a przecież nic na siłę i nie o to chodzi.

Blog będzie istniał nadal, bo chcę mieć jakieś miejsce gdzie można się wypisać. Pewnie pojawi się jeszcze jakaś recenzja, na pewno makijaż, nie znikną miesiące w zdjęciach, ani lumpeksowe zdobycze, ale ruszę bardziej w tematy życiowo-dzieciowo-remontowo-opiekuńczo-papierkowe. Albo nie ruszę wcale.
Zresztą - największą czytliwość na tym blogu miały notki porodowe, pokonały kilkukrotnie każdy inny wpis kosmetyczny, więc może do tego bardziej się nadaje?

Oczywiście rozumiem, że nie każdy lubi blogi "o wszystkim i o niczym" (z naciskiem na to drugie), więc nie zdziwię się, że wiele z Was odkliknie obserwacje.
Dziękuję Wam, że ze mną byłyście - rosnące statystyki i pojawiające się komentarze zawsze bardzo mnie cieszyły :-)
:*

Nadal staram się przeglądać Wasze blogi (zazwyczaj z tygodniowym opóźnieniem), ale często skomentowanie przekracza moje możliwości twórcze (no i 10 osób przede mną napisało już to co ja chciałam, a nie lubię się powtarzać).

Teraz powody (komu się nie chce czytać niech przeskoczy do 3 ostatnich akapitów):
Doszłam do takiego momentu w życiu, że mam tyle na głowie, tyle problemów do rozwiązania i tyle pieniędzy do zdobycia, że wolę się wyłączyć i nie myśleć o niczym. Kiedy sobie pozwolę na odblokowanie tamy, myśli dosłownie zalewają mi głowę, a ja czuję jak para uchodzi mi uszami. Jakby mi ktoś położył na bary 15 ton surowca.
Chłopak mojej siostry powiedział mi parę dni temu, że "jestem przymulona" oraz "cały dzień siedzę w domu, nic nie robię, a i tak nie mam w ogóle weny do życia". Chciałam się obrazić, póki mi się nie przypomniało, że o prawdę się nie gniewam, a ma przecież chłopak racje...
Jestem przymulona. Całe dnie spędzam gapiąc się w książki, z której jedna jest gorsza od drugiej, więc czytam po dwie strony z początku, środka i końca, żeby z równym brakiem zainteresowania sięgnąć po kolejną.
Rzeczywiście nic nie robię - w Anglii byłam sama z Lordasem przez większość dnia, cały dom był na mojej głowie, musiałam ugotować, upiec (w tym - jak wiecie - często piekłam sama chleb, a także wędliny), przygotować kanapki na śniadania i kolacje, wcisnąć jakiś posiłek w Lordasa, wyprać, pozbierać, poskładać, posprzątać, pozmywać górę garów, wyjść na spacer, zaplanować zakupy, a nawet wyczyniać dzikie akrobacje próbując myć nieotwieralne okna na piętrze, z zewnątrz...Były zajęcia, a ja je wykonywałam, bo taka była moja rola.
Teraz mieszkam chwilowo tzw. "kątem" u mamy i nie robię nic. Naprawdę nic. Nie gotuje, bo jednej porcji mi się nie chce, a Lordas je zazwyczaj z babcią wcześniej. Sprzątam tylko swój pokoik, a i to głównie polega na wrzuceniu zabawek do kosza. Wciskam dzieciaka babci, albo ciotce, żeby wzięły go na spacer, bo dla mnie przebranie się, ubranie wyjściowego ryja i łażenie bez celu, to za dużo na raz.
Nie jestem też najlepszą matką, a w każdym razie nie taką chciałam być - moje całe zaangażowanie, to usadzenie Lordasa na balkonie, siedzenie przy nim w celu popilnowania i gapienie się w ogród. Lordas zresztą na każdą moją propozycje zabawy mówi "nie" i nie mam mu za złe, bo a) to jedno z niewielu słów jakich w ogóle używa oraz b), byle co powoduje u mnie atak furii, a wtedy wrzeszczę jak potępiona i pewnie nie chce, żeby padło na niego.
Właściwie nie jestem już najlepszym niczym.
Nie taka chciałam być.
Nie chciałam mieszkać w tym domu. Ani w tym kraju.
Co do naszego remontu i przeprowadzki, to o tym najbardziej chce nie myśleć - czego się nie tkniemy, to wymaga zrobienia jeszcze czegoś i jeszcze... W tym tempie zamieszkamy na swoim chyba na emeryturze. I jak sprzedam nerkę. Ewentualnie jeszcze płuco i serce. O np. wymiana podłogi - niby prosta rzecz, ale na starą nie położę, bo wtedy różnica między jednym pomieszczeniem, a drugim jeszcze wzrośnie (a już jest tam spory próg) - będzie już za dużo na zrobienie schodka, ale wciąż za mało na dwa. Więc podłogę trzeba zerwać... ale pod spodem święta ziemia. Trzeba wylać beton. Najpierw go zamówić. Skoro już wylewamy, to przydałoby się ocieplenie. Czyli wylać, położyć styropian, wylać kolejną warstwę betonu i dopiero marzyć o kafelkach. No ale skoro wymieniam podłogę, a drzwi są do wymiany (x2), to muszę też zamówić nowe i ktoś je musi wstawić... Każda cholerna pojedyncza rzecz zajmuje czas, pieniądze i wymaga fachowców, których trzeba znaleźć (a znaleźć niegrzebków, to sztuka). A w ogóle, to nawet jeszcze nie zaczęłam...dopiero planuje zacząć.
Lordas nadal kuleje (co wg lekarza z naszego szpitala jest w najlepszym porządku po dwóch miesiącach od zdjęcia gipsu), a do tego uparcie nie mówi (co wymusza na nas wycieczki po kolejnych specjalistach i badaniach).
Pewnie byłoby mi łatwiej, gdyby Majlord był na miejscu, ale jeśli chcemy dokończyć dom w tym tysiącleciu, to tak dobrze nie ma... Ale i on nie ma łatwo, sam na obczyźnie.
A, i nadal ścigają mnie urzędy.
Na dokładkę radośnie zaczęłam sobie kurs prawa jazdy. Prawdę mówiąc już go kończę. Naprawdę mam świetnego instruktora, ale jestem dokładnie tak beznadziejnym kierowcą jak zawsze przypuszczałam - wystarczy, że idzie babka w fajnej sukience, a ja już się za nią oglądam (prowadząc!) jakby na plecach miała napisane gdzie kupiła. Albo widzę kogoś, o kim myślałam, że już dawno umarł i to mi przeszkadza w zauważeniu czerwonego światła. Przeczytałam ten dziadowski podręcznik dla przyszłych kierowców już 3 razy i naprawdę nieźle się obkułam, a nadal nie potrafię zdać egzaminu na własnym komputerze...co dopiero marzyć o państwowym... Pamiętacie, jak kiedyś pisałam, że niektórzy (w tym ja) się na kierowców nie nadają? Miałam rację!

Jeśli muszę to podsumować krócej, to powiem tylko, że czuję się, jakby za mną bez przerwy stał Dementor. One się żywią radością i nadzieją, a ze mnie wyssały już chyba całą.

Proszę, nie miejcie mi za złe, że w obecnym stanie ducha nie chce mi się wyrokować, że szampon jest zbyt lejący, albo żel za słabo pachnie.

Dziękuję za 4 lata, bo razem ze mną budowałyście ten blog...:*
Jeśli zechcecie - mimo wszystko - zostać, to będzie mi miło :)

20.06.2014

Mój makijaż ślubny

Zgodnie z obietnicą pokazuję Wam swój makijaż ślubny.
Malowałam się sama, nie miałam ciśnienia, że wszystko musi iść perfekcyjnie (chociaż oczywiście tego właśnie chciałam) - zaproszeni i wtajemniczeni byli tylko "sami swoi", najbliżsi z najbliższych, łącznie z nami i Lordasem 8 osób... ;)
Początkowo chciałam pomalować się w takich kolorach, ale ostatecznie nie miałam czasu przypomnieć sobie których cieni wtedy użyłam xD
Ale i tak wyszło w porządku, byłam zadowolona. I szczęśliwa.

Jeśli chcecie posty ślubne - ze zdjęciami, opisem formalności, czy choćby menu (sama szukałam czegoś tygodniami - wpisywałam w google "menu na małe przyjęcie weselne" i okazywało się, że "małe przyjęcie weselne", to wg większości ludzi 40 osób w knajpie, z wynajętą kucharką i kelnerami...) - chętnie napiszę, opiszę i się pozwierzam :)

Lista kosmetyków poniżej:











Planowałam jakąś bazę, ale ostatecznie zadowoliłam się kremem nawilżającym z Ziaji.
Przed wielkim dniem jeszcze bardziej obsesyjnie dbałam o niejedzenie śmieci (właściwie jadłam głównie owoce i warzywa) i nie próbowanie nowych kosmetyków, więc miałam tylko 3 pryszcze w różnym stopniu rozwoju ;) Razem z sińcami pod oczami zamaskowałam je korektorem Collection 2000.
Od początku tego roku używam tylko podkładów mineralnych Annabelle Minerals - tak było i tym razem, a utrwaliłam je wodą termalną Uriage (kupiona okazyjnie dzięki cynkowi od Hexx).
Początkowo planowałam użycie bronzera, ale ostatecznie stanęło na różu Cabana Boy z The Balm (który też mam dzięki Asi :* - wreszcie zaczęłam go używać!).
Brwi regulowałam u kosmetyczki, a podkreśliłam tą paletką do brwi.
O wąsik też zadbałam, a raczej wyjątkowo uparcie się go pozbywałam co dwa dni przez tydzień poprzedzający ślub używając wosku Joanna.
Oczy to cienie Bare Minerals z tej paletki + różowy cień z paletki Sleek Good Girl w wewnętrznym kąciku. Pod łuk brwiowy nałożyłam jasny cień z paletki Sleek Monaco - konkretnie odcień Bamboo. Do tego kredka Miss sporty (moja niezastąpiona od lat!).
Tusz jest jedyną rzeczą, z której nie jestem zadowolona w pełni - już od wielu miesięcy byłam wierna 2000 kalorii, ale w tygodniu poprzedzającym ślub mi zasechł...;/ Nie byłam już w mieście, żeby kupić nowy, więc postanowiłam wypróbować tusz, który dają w prezencie powitalnym w YR... To był błąd. Wprawdzie z samego efektu rozdzielenia i podkreślenia jestem zadowolona, ale pod koniec wieczoru odkryłam pod oczami dwie wielkie pandy - od czasów nastoletnich nie miałam tego problemu i zapomniałam, że tusze w ogóle mogą go sprawiać... Już mi się go odechciało.
Usta to przezroczysta konturówka z The Body Shop, którą pokazywałam tutaj (ale jeszcze nie zrecenzowałam) i szminka Rimmel by Kate w odcieniu 103.

Wszystkie kosmetyki się sprawdziły (z wyjątkiem tuszu!).
Malowałam się chwile po 13, rozeszliśmy się do domów po północy i makijaż był w porządku - w tym czasie poprawiałam go tylko raz - głównie przez podkład który starł się ze środka twarzy (jak na tyle całowania i przytulania i tak nieźle!).

19.06.2014

Makeup dzienny w brązach - Aga

Podrzucam dziś drugi z majkapów zmalowanych na moich przyjaciółkach... Aga akurat dała sobie pomalować tylko oczy i to bardzo niechętnie xD
Postawiłam na dzienne brązy i wyszło całkiem niegłupio...
W każdym razie była zadowolona.
Jedyne do czego mam wątpliwości, to ten różowo-fioletowy cień na dolnej powiece... Dziś raczej dałabym tam ostrą zieleń w celu ożywienia całości... Ale wtedy po kilku drinkach róż wyglądał sensownie xD







Już mogę Wam powiedzieć, że malowałyśmy się w mój wieczór panieński, a jako następny pokażę Wam mój makijaż ślubny ;)

Uwielbiam brązowe cienie... Musiał je wymyślić jakiś geniusz :D

11.06.2014

Babski wieczór - makeup Madzi

Pisałam Wam ostatnio - przy okazji makijażu siostry - że marzy mi się mieć więcej okazji do malowania innych...
I spełniło się :D
Miałyśmy z przyjaciółkami babski wieczór. Było co świętować, wręcz okazja była przednia i zdarzająca się zazwyczaj raz w życiu ;)
Był szampan, ale wierzę, że to nie pod jego wpływem dziewczyny dały mi się pomalować :D
 
Pierwszym manekinem była Madzia... :)
Był to obiekt cudowny do malowania - zaraz zobaczycie dlaczego. Podpowiem żebyście spojrzeli jak czystą ma cerę, bez rozszerzonych porów i "niespodzianek" ;) Do tego jest genialnie fotogeniczna i nie mam zdjęcia na którym by źle wyszła (chociaż ona uważa inaczej, bo jest głupią cepką)
Śliczna jest ta moja przyjaciółka... Znamy się już 17 lat i pierwszy raz ją malowałam, ale nie ostatni.
Podobno była zadowolona :D
 
 
 









Prawda, że należą jej się same komplementy? :)

09.06.2014

Kempkowy maj w zdjęciach

 
Maj nie był dla mnie ani gorszy ani lepszy niż poprzednie miesiące - nadal zabiegany i nadal nie obyło się bez szpitali (i urzędów!), ale z pewnością o tej porze nie mam zamiaru narzekać... ;)
Miałam nawet to szczęście, że polska tv pokazywała dużo księcia Harry'ego, który - jak wiecie - jest moją sekretną namiętnością :D Nie biegał niestety z nagim tyłeczkiem, ale dobrze uszyty mundur nie jest zły...
 
 
Pierogi z rybą - konkretnie z wędzoną makrelą. Lata temu wycięłam z gazety przepis, długo czekały na debiut i stały się w końcu jednymi z ulubionych... Chociaż niektórych to połączenie zaskakuje... ;)

Pamiątkowa słit focia w drodze na zdjęcie gipsu:

Chciałam sobie kupić kolczyki, ale nie mogłam się zdecydować, więc zrobiłam zdjęcie, żeby Majlord doradził :D
W moim sercu wygrywały niebieskie, ale i tak ich nie kupiłam...

Szliśmy do lekarza, mieliśmy mapę i zdjęcie mapy w komórce, a i tak w drodze powrotnej zgubiłam drogę...
Chciałam uniknąć rejonów, gdzie bałam się zaczepienia przez obcych dziadów i - jak na złość - wlazłam prosto na jednego i to nie wiedząc gdzie jestem...

Lordas się wreszcie dorobił własnych sztućców - stanowczo odmówił jedzenia plastikami ;)

Nigella... polubiłam ją... Chyba sobie wyobrażam, że jestem tak samo seksowną kulinarną boginią xD No, poza bijącym mnie mężem ;)

Literatura fachowa...

Capnęłam w Biedrze! Łapka i siekacz po 2 złocisze, obierak chyba za 3 :D

Robiłam porządki na szafie i patrzcie co wygarnęłam... Zasuszony kwiatek, który dostałam od Wiśniewskiego na jednym z - jak to się teraz mówi - eventów xD Właściwie to było jakieś nagranie programu :P
Więcej tam takich kwiatków (dosłownie i w przenośni) znalazłam. Każdy owinięty w ochronny papier, podpisany od kogo i z datą...
Czy ja nie mam z głową?

Siedzę przed własnym kompem, we własnym pokoju i nie mogę zdać cholernego testu na prawo jazdy...
A tu się akurat zakręciłam, bo zawsze tak robię i myślałam, że robię dobrze.

Szaszłyki z zielonki. Są naprawdę dobre, gdy doda się do nich mięso.

Lordas ma moczyć stópkę, więc wytargaliśmy spa do stóp w ramach urozmaicenia... Przez pierwsze dwa tygodnie nawet go to bawiło...

Nie kupujcie kalendarzy w maju! Zostaną tylko resztki...!
...ale przynajmniej za złotówkę :D
Uwielbiam Ewę, serio... Dzięki niej odkryłam, że posiadam mięśnie. Ale człowiek traci apetyt jak mu taka idealna fit Ewka wisi nad głową...
W sumie mogłam do tego podejść mądrzej i kupić jeszcze kilka na lodówkę i kuchenne szafki...

Przegrał walkę z pogodą...

A takie mam wyczepiste oksy :D
Lordas ma różowe okrąglaste muchy i lansujemy się we wsi :D

Owoce na śniadanie, owoce na podwieczorek, owoce na kolacje...
Aj lof owoce ;)

Jak się jest moim ulubionym instruktorem od prawa jazdy, to się dostaje takie babeczki :D

<3

Wenflon w małej rączce, to niedobry wenflon...

Owoce zawsze, mleko wszędzie.
Koktajl tajm! :)

Puścili mi Harry'ego w ramach poprawy nastroju... ;)

Lordasowy prezent na dzień dziecka... :)
 
Może powinnam zakończyć jakąś zgrabna piosenką o maju, bo tyle ich napisano...
Na przyyyyykłaaaad.... eeeee..... yyy...
O, już mam!
Maaaaju, maju, maaaaju, maju
Maaaajuuu cóż zooobaaczyymyyyy dziiiiś


06.06.2014

Siostrowy make up (tylko oczy, więc nie trzeba się bać)

W sobotę siostra poprosiła mnie o umalowanie na imprezę... Bywa to trudne, bo zawsze wyszukuje wcześniej w internecie zdjęcia makijażu z toną sztucznych rzęs, brokatów, fotoszopa i mówi, że "chce taki" xD
 
Zanim skończyłyśmy słońce zachodziło i akurat świeciło prosto w moje okno, gdy nadszedł czas robienia zdjęć...
Ale chyba nie wyszło najgorzej.
 
Nie zgodziła się na pokazanie reszty paszczy, więc muszą być tylko oczy :(
 





Od wieków nie miałam okazji malować kogoś poza sobą... a bardzo to lubię.
Muszę częściej ćwiczyć :)

04.06.2014

Lumpeksy wg Kempka - zdobycze maja

Żeby nie było, że tak tylko chodzę po tych lompach, kupuję worami i wszystko później ginie w czeluściach szafy - od kilku tygodni systematycznie wymieniam garderobę.
Nie mam już litości do za małych ubrań (na wydanie, albo do kosza), za dużych namiotów (poszły w worki - przydadzą się w ciąży i po niej), rzeczy z plamami (no pliiiiis - małe plamki w mało widocznych miejscach ujdą "po domu", ale duże plamiska do kosza), a przede wszystkim starymi babcinymi lompami po ciotkach, które zbierałam jako nastolatka zafascynowana stylem vintage...
Dużą rewolucje przechodzą też domowe ubrania... Ogólnie na "po domu" mam gorsze ubrania niż na wyjścia - chociaż słyszałam, że szlachta tak nie robi... Trudno się mówi, ale nie mam zamiaru narażać ulubionych ciuchów na to, że Lordas oderwie się od malowania palcami i przybiegnie przytulić, albo rozsmaruje mi truskawkę na przodzie... Przyznajcie się, która też tak robi?:D
W każdym razie uznałam, że "domowe" też musi mieć jakiś standard i wyrzucam wszelkie brzydkości przy pomocy eliminującego pytania: "Czy jeśli przyjedzie seksowny kurier, to będzie mi wstyd jak mnie w tym zobaczy?" :P
Ponieważ mam obsesje na punkcie kolejności - ubrania leżą ułożone w odpowiednich stosach w szafie i jeśli po raz n-ty znajduję wymówkę, żeby nie wziąć ciucha z góry, bo coś tam, a sięgam po coś z dołu (i omijam świętą kolejkę!) - pozbywam się go.
 
W maju dojrzałam i zaczęłam wybierać konkretniejsze ubrania - takie w których na pewno będzie mi dobrze, a nie które "może założę jak trochę przerobię" (bo może się to nie zdarzyć nigdy, leżą i straszą).
 
 
Krótkie portki i czapka z kosmitą dla Lordasa - 2 zł/szt.
Były bardzo przydatne, gdy miał jeszcze gips...


Biała torebka - 2 zł.

Ta sukienka (H&M) mnie szczególnie cieszy, bo wyszperałam ją dla maleńkiej przyjaciółki... Okazała się na nią za duża, więc wzięłam za 3 zł z zamiarem opchnięcia siostrze za 30 (dosłownie geniusz biznesu)... Ale że jej akurat nie było postanowiłam przymierzyć w celu zmotywowania się do żarcia mniej.
I się dopięłam... I nawet nieźle wyglądałam...
W sumie ciut przykrótka jak na moje lata, bo tak z tyłkiem na wierzchu, to już mogę tylko na rozbieranych randkach z Majlordem, ale jest radość? Jest!


Sweterek koronkowy, czy też szydełkowy, w każdym razie ładny i pomocny, gdy jest zbyt chłodno na wyjście bez, a zbyt ciepło na kurtkę.
3 zł

A Ty pokaż swoje nogi, nogi, nogi, nogiiii,
w kwiecistej spódniczce za 4 złoteee,
o o o o oł jeee :D

A to taki cudak też za 4 zł - przydatny do przechowywania laczków w altance, kosmetyków w łazience, albo dziecięcych drobiazgów.
(I czubki moich stópek całkiem za free)

Fioletowa spódniczka! Piękna, boska, urzekła mnie!
Też 4 zł ;)

Bluzka prześwituska teeeeż za 4 złociszony ;)

Sukienka za piątala:

Ta mnie rozbawiła i rozmarzyła - kiedyś widziałam motyw "dawania siebie" np. na Walentynki tż... trzeba było się tylko obwiązać wstążeczką.
Tu kokardka w pakiecie ze spódniczką... Przesłodka! I to za 3 zł ;)

I kolejna bluzka do ćwiczeń (USA Pro) - też za 3 zł.


Ogólnie majowe łupy, choć maleńkie w porównaniu z kwietniowymi, bardzo mnie usatysfakcjonowały.
Pędzę pooglądać Wasze!