Obserwatorzy

13.05.2014

Czym utrwalić minerały? - pytanie, nie odpowiedź...

Dziewczęta, wspominałam w poście stanikowym, że szykuje mi się dość ważna impreza.
Od początku tego roku używam podkładów mineralnych (o czym też tu powinno niedługo być...) i nie mam zamiaru już wracać do płynnych fluidów - nawet z takiej okazji...
No ale chciałbym, żeby mi się makijaż trzymał niezmieniony na twarzy... nie przez całą noc, ale przynajmniej przez 8 godz... I musi być perfekt, bo wiadomo - zdjęcia itd ;)
 
Rozejrzałam się tu i tam i rozważam dwa utrwalacze - fixer Kryolan lub proszek utrwalający ArtDeco...
Z czego Kryolan skutcznie odstrasza mnie ceną (potrzebuje tego na jeden raz!), a ArtDeco to proszek i nie wiem czy jest sens nakładać kolejny proszek na i tak sproszkowany podkład...
I czy przy podkładach mineralnych takie utrwalacze w ogóle cokolwiek dają? 
 
Błagam, doradźcie, bo wyjście coraz bliżej i nie wiem czy zdążę którykolwiek z nich zamówić na czas (a trzeba jeszcze wypróbować!)

11.05.2014

Kempkowy kwiecień w zdjęciach

Cześć dziewczyny :)
Przybywam z miesiącem w zdjęciach, żebyście wiedziały, że żyję... Nie ma mnie tu prawie w ogóle, szczerze mówiąc prawie nie bywam na laptopie... Często korzystam z tabletu, ale tam nie mam zdjęć do notek. Staram się nadrabiać Wasze notki, ale pisanie komentarza po tygodniu od ukazania się postu, gdy piętnaście osób przede mną napisało już to co ja chciałam jakoś wydaje mi się bez sensu...
Kwiecień upłynął całkiem intensywnie - jak zwykle: urzędy, lekarze, znów urzędy, znów lekarze... Zdradzić Wam tajemnice? Maj też taki będzie!
Majlord był na urlopie (3 tygodnie!), więc miałam kolejną osobę żądną mej uwagi, Lordas - jak wiecie - złamał nogę, a do tego była Wielkanoc, trzeba było odwiedzać rodzinę itd...
Wielkanoc akurat minęła mi nie wiem kiedy. Nie jestem wierząca, więc nie chodzi mi o wymiar duchowy, ale o same dni - po prostu gdzieś uciekły. W sobotę Lordas złamał nogę, w niedzielę po pośpiesznym (i licho świątecznym) śniadaniu wyruszyliśmy do teściów, a poniedziałek miałam suchy jak nigdy w życiu. Kiepsko.
Zorganizowałam Lordasowi świetnego Zajączka - po całym podwórku porozkładałam mu czekoladowe jajka, które miał zbierać do koszyczka, a na końcu czekało autko... Ale nie wykazał zainteresowania, a autko go przeraża (bo świeci!).
Ja teraz ciągle coś gubię, o wszystkim zapominam i już prawie notorycznie nie zabieram reszty w sklepach. Ostatnio w Biedronce radośnie zostawiłam 50 zł (którego mi kasjerka nie wydała, a ja nawet tego nie zauważyłam), a gdy w domu przeliczyłam pieniądze i wróciłam po swoją własność, to wszyscy klienci (i ta kasjerka!) komentowali jacy to ludzie teraz są, że przychodzą pieniądze wyłudzać... A po swoje poszłam przecież! Ostatecznie podliczyli kasę i mi oddali, ale co się wstydu najadłam, to moje... Słodko.
Generalnie jestem coraz bardziej przygnębiona... Pobyt w Polsce mi nie służy. Nie tęsknie już nawet za tym wygodnym życiem i brakiem bezsensownej bieganiny, którą miałam w UK... ale za samą Anglią tak. Nagle odkryłam, że wolę owce od krów, shopping centra od galerii i Królową od rządu. Po prostu czuję, że tam było moje miejsce, nie tu. Tam pasowałam.
Wszystko mnie przybija, więc wybaczcie, że nie mam ostatnio zapału do opisywania walorów kolejnej szminki (choć kupiłam sobie cudowną nową!)
 
 

 Miesiąc zaczęłam zdrowo, bo od sałatki...z kotletem. Jako mama na pełen etat muszę dojadać resztki po dzieciaku... a że Lordas żywi się niemal wyłącznie kotletami (tylko z piersi kurczaka, jedna warstwa panierki, mało przypraw, dobrze usmażone, mocno odciśnięte, pokrojone na drobno, ale nie za drobno, najmniejsze odstające włókno dyskwalifikuje obiad).
Ogólnie moje kolacyjne wieczory stały pod znakiem sałaty z fetą i czymś dziwnym... Czyli orzechami, winogronem, rodzynkami... Nie wiem co mnie naszło. Plus wino, na poprawę nastroju (zalejcie mnie winem!)


Sporo mi zajęło przeczytanie tej książki, bo miałam inne zajęcia i żałuję... Jest to książka, którą należy połknąć w dwa wieczory. Trochę się bałam czy nie zburzy mi wizji Rowling z krainy czarów, ale nie... Jak zwykle u Jo - wszelkie z pozoru nieważne wątki mają sens, a każde zdarzenie jest powiązane z innym tworząc genialna całość. Ryczałam jak bóbr pod koniec.
 


Gdy to zobaczyłam w gazetce od razu wiedziałam, że kupię - znalazłam do niego zastosowanie (bo herbatę średnio lubię)

 
Pokusiłam się o ponowne ugotowanie żelu lnianego - tęskniłam za tym efektem... ;)
 
 
 
Promocja na czekolady w Biedronce... Czego chcieć więcej.
Może tylko je jeść, bo póki co większość rozdałam xD (poza gorzkimi!)
 
Kolejna promocja z Biedry - koszyczki za 8 i podgrzewacze po obniżce... YC to to nie jest, ale tez nieźle.
 
 
Kalejdoskop Lordaska:
 
 
A to znalazłam przy porządkach! Ileż zakamarków skrywa mój pokój!
Szkoda, że nie pamiętałam o nich w Gwiazdkę, kiedy patrzyłam na skromne 5 przywiezione z UK i intensywnie myślałam czemu tak mało mam tych kul...

Banoffee pie:
 
I kawał!
 
 
Oddajemy, oddajemy!

Ser smażony po czesku - pycha!
Tłusty w diabły, ale nie do przebicia!
 
Pan kapitan na placu zabaw. Bawił się świetnie, ale...
 
...w tej pięknej scenerii...
 
...i przy tych widokach...
 
...skończyło się tak ;/
 
Kto nie miał dwulatka w gipsie, ten nie zrozumie...

Gorąca czekolada w wersji luksusowej - przepis niedługo na blogu.


 Wygląda jak hałda śmieci, a to tylko worek próżniowy z Biedronki uratował mi życie (i szafę!) - kurtki, płaszcze, szale - wszystko wciągnął i zminimalizował... Teraz czekają pod łóżkiem na sezon.

 W rodzinnym mieście Majlorda mają takie lompeksy, że głowa mała... Przytachałam do domu 4 torby lompów.

Takie książki mnie zawsze przerażają...

 A to już zastosowanie herbatnika (herbaciarki?) - stał się domkiem na sypkie cienie... I tak jeszcze nie wszystkie się przeprowadziły, ale teraz łatwiej mi ogarnąć jakie mam. Bo mam ponad 50 (większość od Hexx :**) i całkiem o nich nie pamiętałam gdy leżały na kupce!

Latająca ryba - wciąż czeka na nadmuchanie i złożenie...

Mój kochany Majlord dostał przed urlopem taaaaaką listę co ma mi przywieźć z UK... I myślicie, że przywiózł?
Przynajmniej o zapasie gatków i skarpetek nie zapomniał, więc nie mogę narzekać.

ALWAYS...!

Fura stoi, kierowca połamany...

Oczywiście nie mogło zabraknąć SELFIE... Bo teraz taka moda.

 Mówiłam sobie i przestrzegałam się solennie, że nie będę tej książki specjalnie szukać - jak trafię w bibliotece, to wezmę, ale nic na siłę...
No.
Ale Złodziejka książek, to Złodziejka książek... moja najukochańsza książka (równo z Harrym!), więc pewnego dnia zamówiłam sobie egzemplarz, żeby a pewno PRZYPADKIEM na nią w bibliotece trafić...
Nic nie straciła przy czwartym czytaniu - wręcz przeciwnie. Im więcej ja czytam, tym więcej w niej znajduję.
Nie da się jej prosto opisać, nie podjęłabym się recenzji. Trzeba przeczytać.
Gniecie, rozgniata, wbija w ziemię.


Tort rocznicowy z najlepszej cukierni w mieście. Serio dobry jak domowy i - niechętnie - ale muszę się zgodzić z mamą, że nie opłaca się piec w domu...

Kakaowy biszkopt, bita śmietana i wiśnie...
Ale i tak będę piekła sama xD
Nie byłabym Kempkiem, gdybym tego nie robiła... Wiążę się to jakoś nierozerwalnie z moja wizja perfekcyjnej pani domu (dużo bardziej niż czyszczenie fug szczoteczką do zębów!)


 
PS. Pamiętam, że któreś z Was prosiły o zajrzenie do nich... Nie mam na myśli przypadkowych spamerek, a dziewczyny, które tu naprawdę bywają, a ja - jakimś cudem - jeszcze ich blogów nie obserwuję. Proszę, przypomnijcie się jeszcze raz. Zapisałam sobie linki do Was w zakładkach, ale żebym ja teraz wiedziała które to były...

06.05.2014

Brafitting w mniejszym mieście

Dziewczyny, trafiłam dzisiaj na taki profesjonalny dobór staników, że... same popatrzcie.
Przeklejam notkę z mojego drugiego (typowo Kempkowego) bloga:
 
 
 
Jak wiecie z tego (klik) postu jestem posiadaczką małych cycków i wcale z tego powodu wiele nie narzekam...
Preferuję chodzenie w stanikach sportowych, a najlepiej bez, bo akurat mogę sobie na to pozwolić i nic mi do pępka nie zwisa.
 
Ale szykuje się nielicha okazja, gdy trzeba wyglądać... A żeby wyglądać przydałby się też nieskaczący i nie odznaczający się pod kiecką biust.
Jedno wiem - jeśli stanik ma być porządny, to nie można na nim przesadnie oszczędzać (nawet jak się jest tak skąpym jak ja!)
Założyłam sobie limit 80 zł i wybrałam się na poszukiwania po sklepach bieliźniarskich w mojej mieścinie...
 
 
Byłam tu i tam, wybór bliżej kiepskiego, albo ceny znacznie powyżej mojego pułapu.
Wreszcie dostrzegłam nowy sklepik i od razu mi się przypomniało, że ktoś mi wspominał, że w Ostrowie butik otwarły sobie prawdziwe brafitterki! Na szybie wielki napis "Pomożemy Ci dobrać odpowiedni rozmiar stanika" - w to mi graj! W głowie już zaczynam sama sobie tłumaczyć, że zwiększenie limitu do 100, a nawet w wyjątkowym przypadku do 150 zł nie będzie niczym złym...
Weszłam pełna nadziei i ... szybko mi ją zabrano.
 
O braffitingu na pewno większość z Was słyszała (a jeśli nie, to może poczytać choćby tutaj (klik).
Ja sporo na ten temat czytałam, ale nie wszystko pamiętam - w każdym razie ekspertką nie jestem, więc chciałam pomocy profesjonalistów.
W skrócie - nieśmiertelny bazarkowy rozmiar 75B w przełożeniu na biust niemal nie istnieje... Należy dobierać nieco ciaśniejszy obwód stanika pod biustem i zwiększać miseczki... Czyli jeśli miseczka jest za mała, to nie bierzemy większego obwodu, a jedynie większą miseczkę.
Nie należy się też bać rozmiarów, choć łatwo się przestraszyć miseczki H, jeśli dotąd widywało się tylko 70a, 75b, 80c i 85d - czyli rozmiarówkę dostępną w większości miejsc.
 
 
Na wstępie PP (Panie Profesjonalistki) spytały mnie jaki mam rozmiar stanika... Akurat tak się składało, że miałam na sobie swój najlepszy, mierzony zgodnie z zasadą braffitingu, jeszcze w Anglii kupiony, ale że nabyłam go w ciąży, więc wiadomo - schudłam od tamtej pory (zmniejszyć obwód!), choć sam cyc pozostał bez większych zmian (nie żebym była z tych co im w ciąży rosną...). Powiedziałam, że 36D, względnie 34DD również zawsze pasowało.
I wiecie co usłyszałam?
"Nie widać takiego biustu!" xD
Mam nadzieję, że moje cycki tego nie słyszały, bo wyemigrują z rozpaczy na plecy...
Wyobrażacie sobie, że już po tym miałam ochotę wyjść, ale pani postała, popatrzyła i podała mi rozmiar...
 
80B!!
 
...czyli taki jaki można dostać na standardowym bazarze...
...taki przed jakim się wrzeszczy i krzyczy, żeby nie brać...
...taki w którym producent powiększa tylko obwód i doszywa do niego odpowiednio większa miseczkę (jakby nie istniały grube kobiety z małym biustem, albo chude kobiety z wielkim biustem)
 
...oczywiście tak napchane push-upem, że gdyby wyjąć z niego całą watę i chcieć w zamian wsadzić skarpetki, to par by zabrakło, a przysięgam, że mam ich pierdyliard.
Elastyczny stanik o obwodzie 80 po dwóch użyciach i dwóch praniach byłby tak szeroki, że mogłabym się nim owinąć dwa razy...
A ta miseczka B... no bicz plis... Może i brak mi tkanki tłuszczowej w okolicach biustu (i, jak na złość, wyłącznie tam :D), ale przy dobrze dobranym staniku miseczka D jest szczelnie wypełniona... Nie kłamię. Jak mi Majlord pozwoli, to mogę nawet wrzucić zdjęcie dla udowodnienia. Zresztą - sam może potwierdzić. O.
 
 
Teraz wyobraźcie sobie taką sytuacje: pójdzie osoba, która nigdy o prawidłowych rozmiarach staników nie czytała, zobaczy zachęcający napis o profesjonalnym dobieraniu i radośnie wyda stówkę, bo wymieni 75B na 80B (zgodnie z myśleniem "B jest małe, D jest duże, nie mam dużych piersi, to chyba mam B")
 
A ja...chyba poproszę Majlorda o przywiezienie stanika z UK. W rozmiarówce dobranej jeszcze po ciążowemu, ale i tak lepszej niż mi zaproponowano w tym "profesjonalnym" sklepie...