Obserwatorzy

29.11.2013

Clean&Clear, Truly Gentle Facial Wash + Kempkowe ostrzeżenie

Dziewczyny, przybywam dziś do Was z ostrzeżeniem (i trochę użalaniem się nad sobą).
Ostrzeżenie brzmi: nie znacie dnia ani godziny oraz: nie traćcie czujności.
Bo jak się ma coś większego zdarzyć, to nigdy się nie zdarzy kiedy akurat siedzimy wypięknione i nam się nudzi!
Siedziałam w domu z chłopakami, pogoda do spacerów nie zachęca, więc włosy przedprzedwczorajsze (no dobra - mogę sobie wmówić, że sprawdzałam alternatywną teorię, że włosy długo nie myte myją się same), na tyłku legginsy (dobrze, że bez dziur) i przykrótki tiszert z reklamą browaru... Na paszczy pryszcze, połowa rozdrapana i oczywiście wąs jak u wuja Władka... Cud, że nogi goliłam dwa tygodnie temu, więc bluszcz nie wystawał spod nogawki... No, zapuściłam się przez parę dni, bo ostatnio nic mi się nie chce i generalnie jest mi źle...
Poszłam robić kanapki, straciłam na chwilę czujność, bo przez ramię musiałam strofować Lordasa, a nóż radośnie spadł z blatu. Na moją stopę. Ostrzem w dół.
W sumie zanim to zauważyłam (że nie spadła menda tępą stroną), zdążyłam jeszcze podrzeć ryło na Lordasa i na Majlorda, że go nie pilnuje.
I tak pół biedy, że wzięłam - jak należy - nóż do chleba, a nie - jak mam w zwyczaju - świeżo ostrzony tasak...
Wyobraźcie sobie moje przerażenie na ryju, gdy uświadomiłam sobie jak wyglądam... A tu krew się leje, kości widać, dziecko samo zostać nie może, a trzeba wyjść do ludzi i doturlać się do szpitala.
Fenks god for suche szampony...
Na szczęście skończyło się na bólu, strachu, prześwietleniu i dwóch szwach - stawu nie uszkodziłam (choć było takie podejrzenie). A teraz tydzień w darmowym bandażowym bucie i ani stąpnąć ani dotknąć tego palucha (bo dziura w takim miejscu, że byle ruch zaczyna się lać spomiędzy szwów), gratis obolałe ramie (szczepionka na tężec), przerywana nocka (znieczulenie przestało działać) i 5 dni na antybiotykach...
Dlatego oświadczam: więcej się nie zapuszczam. Żadnego "umyje jutro, bo nigdzie nie idę", ani "siedzę w domu, to zrobię sobie z paszczy wyciskaną masakrę"...
Bo jak się jest Kempkiem, to nawet różdżka nie wystarczy, żeby się przed ślamazarnością chronić.
Ciamajdy świata łączcie się! (i uczcie na moich błędach)
 
Dziś przychodzę z produktem, który... chyba nie sprawi, że człowiek poczuje się bardziej komfortowo.
Kolejny z "czyścicieli" - do używania na szybko rano, kiedy muszę akurat pół oka mieć otwartego i zerkać czy Lordas nie przytula szczotki klozetowej...
 

 
Skład:


 
Niby nieprzejrzyste opakowanie, ale pod światło widać ubytek.
Cieszy mnie pompka, bo przy tego typu produktach jest wręcz niezbędna.


 
Jest przezroczysty, dość lejący, ale lekko się klei. Nie ma mocnego zapachu, prawie wcale się nie pieni.



Szybki w użyciu i łatwo się spłukuje, ale ja nie mam po nim uczucia oczyszczenia...
Buzia jest ściągnięta (i to przez kilka kolejnych godzin), wyraźnie bardziej sucha.
Przełomu na twarzy nie zauważyłam - niedoskonałości ani się nie zmniejszyły, ani nie przestały przybywać...
 
Zużyję, bo już mi weszło w rutynę, ale z pewnością do niego nie wrócę.
Szukam dalej ideału.
 


25.11.2013

Nivea, Daily Essentials - odświeżający tonik do skóry normalnej i mieszanej

Teoretycznie Nivea mnie nie zachwyca, a od czasu gdy ich płyn do demakijażu próbował mi wypalić oczy patrzę na nich nieco podejrzliwie...
Ale każdy zasługuje na szansę, a ja szukałam czegoś do szybkiego odświeżenia buzi i padło na ten produkt:
 

Skład:


Plusuje wygodne zamknięcie na, aczkolwiek dziura mogłaby być mniejsza - chwila nieuwagi i na waciku mamy powódź...


Staram się być sumienna i stosować go po dokładnym demakijażu i umyciu buzi czyścidłem, ale... nie zawsze mi się chce.
Czasem ma tak przeogromnego lenia, że jedyne na co mnie stać, to nalanie toniku na wacik i przetarcie twarzy (pomaga mi to, że na co dzień się ostatnio nie maluję).
 

Ten tonik radzi sobie całkiem dobrze ze swoim podstawowym zadaniem - odświeża. Lubię czuć "czystość" po szybkim użyciu, bo wiem, że zbiera co tam akurat zostało wydzielone.
Nie zostawia buzi ściągniętej, ale za to lekko przesusza (spodziewałam się tego).
 
Nie jest tłusty, ma konsystencje i wygląd wody. Mocno pachnie, ale to nic nowego u produktów tej firmy.
 
Jestem zadowolona - nie podrażnił mnie, nie szczypie i nie piecze po użyciu.
 
Wiem, że to nic odkrywczego, ale lubię mieć na półce produkt, którym mogę zmyć tłusty film jaki zostawiają niektóre mleczka i dwufazówki...
 


19.11.2013

Elemental Herbology, Detox - Botanical Bathing Infusion


Pokaże Wam dziś produkt o którym nie sądziłam, że się tu kiedyś pojawi... Po prawdzie nie sądziłam nawet, że kiedykolwiek go otworzę i zacznę z niego korzystać...
Wygrałam go w pewnym konkursie i niezbyt mnie ucieszył (bo chciałam wygrać coś innego), nawet kiedy dotarł się nim nie zainteresowałam - przeczytałam nazwę, olałam ulotkę i skład i odstawiłam go na półkę...
Powód jest prosty - jest to produkt do kąpieli, a ja baaaardzo rzadko wyleguje się w wannie. Wolę prysznic, bo szybciej i wygodniej...
Ostatnio jednak naszła mnie ochota na długie moczenie tyłka, więc przypomniałam sobie o tym dziwaku.
 
Butelka przypominająca syrop raczej nie zachęca:
 

Wreszcie zerknęłam na skład i okazało się, że to nie jakiś mendelejowy zbierak, tylko mieszanina różnych olejków.



Trudno uchwycić skład z okrągłej butelki, więc przeklejam:
 
Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil *,Prunus Persica (Peach) Kernel Oil*, C12-13 Pareth-3 Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil*, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Oil*,Citrus Grandis (Grapefruit) Peel Oil*, Juniperus Communis Fruit Oil*, Pelargonium Graveolens Flower Oil*, Tocopheryl Acetate (Vitamin E), Citral*, Geraniol*, Citronellol*, Limonene*, Linalool*.
 
Wprawdzie w kwestii składów się nie wypowiadam, bo się nie znam, ale ilość olejków imponuje.




Należy wlać 2-3 korki produktu do wanny pełnej wody i cieszyć się kąpielą...
Tak zrobiłam.
Czułam się trochę dziwnie, bo nie jestem przyzwyczajona do olejków w kąpieli, a na wodzie pływały tłuste oka i czułam się jak w rosole...
Skóra też szybko oblepiła się olejem - co było całkiem przyjemne (zero zacięć przy goleniu nóg - pierwszy raz w życiu).
 
Zapach jest bardzo intensywny - dla mnie zbyt nużący. Najbardziej mi przypomina eukaliptusowe cukierki na gardło - utrzymywał się w łazience jeszcze następnego dnia, ale ze skóry zniknął prawie od razu po wytarciu.
 
Trzeba po użyciu wymyć wannę - ja się rozleniwiłam, uznałam, że jak z większego ją opłuczę, to Majlord nie zauważy... O matko, jego wrzask był słyszalny chyba nawet w Polsce :D
 
150 ml kosztuje 20 funtów i nie wiem czy to jest dużo czy mało, bo w tego typu produktach "nie siedzę". Sądząc po składzie, to adekwatnie, ale taki ludek jak ja, który długie kąpiele bierze raz na kwartał, uzna to za zbędny gadżet.
 
Wg producenta "pomaga zredukować zastój płynów w organizmie, pobudza krążenie i eliminuje toksyny, jednocześnie dodając energii i ożywiając"
Czy płyny ruszyły, a toksyny wyszły nie mam jak sprawdzić (sprytne), z moim krążeniem wszystko w porządku, a co do energii... spałam później jak zabita.
 
Skóra po użyciu była mięciutka i nawilżona, ale efekt nie utrzymał się długo - może gdybym stosowała regularnie, to jakieś zewnętrzne korzyści też by miało...
Wg ulotki można tego używać też podczas prysznica, ale ta forma mnie nie przekonuje (smarować się olejem zamiast myć?)
 
Ogólnie chyba go zużyję, choć pewnie zejdą mi na tym ze dwa lata...
Mimo mocnego zapachu i wrażenia oblepienia, kąpiel była przyjemna - odprężająca i dobra dla skóry.
 
Używacie tego typu produktów, czy - jak ja - traktujecie jak dziwactwo?


16.11.2013

The Body Shop - grzebień do włosów

Przy włosach kręconych, każda próba użycia szczotki do włosów kończy się puchem.
Czesanie grzebieniem bardziej popłaca - uskuteczniam to podczas mycia, w chwili, gdy na włosach jest maska lub odżywka.
 
Dotąd używałam plastikowego grzebienia wypatrzonego w polskim sklepie za 50 pensów i w sumie jakoś sobie radziłam... Ale był nieporęczny, bo jego głównym celem miało być plecenie warkoczyków i miał tragiczny kształt...
 
W końcu na jednym blogu zobaczyłam drewniany grzebień z The Body Shop - i wiedziałam, że muszę go mieć...
 

Cena regularna to 4 funty, ale spokojnie można w promocji kupić go za połowę mniej...

 
Już mi się nie chce wracać do tamtego plastikowego..
Ten jest krótki - niewiele wystaje poza dłoń i bardzo poręczny. Nie ślizga się w dłoni podczas czesania, jest solidniejszy.



Drewno - sądząc po etykiecie - jest dobrej jakości, ale nie polecam zostawiania grzebienia w wilgotnej i zaparowanej łazience: raz popełniłam ten błąd i rano znalazłam grzebień wygięty w łuk... Trochę się później naprostował, ale do pierwotnego kształtu już nie powrócił... :(
 



Polecam go szczerze każdej kręconowłosej - dobrze radzi sobie z rozczesywaniem kołtunków i nie łamie się przy tym (co się zdarza plastikowym).
Z tego co widzę drewno jest pokryte jakąś warstwą ochronną, więc oleje ani tłuste odżywki mu nie szkodzą (poza zostawieniem go w wilgoci...).
 
Wiem, że czasem jest ciężko znaleźć dobry grzebień, bo moja siostra w Polsce szukała miesiącami czegoś solidnego z szeroko rozstawionymi zębami i co by jednocześnie niekoniecznie było plastikowe...
Która też szuka, niech biegnie do TBS :)

15.11.2013

Janków Przygodzki - jak pomóc?

Teraz z innej beczki - rano o tym myślałam, ale zaniechałam ten pomysł, bo blog o kosmetycznych bzdurkach nie wydawał mi się dobrym miejscem...
Jednak skoro Kasia już podjęła temat, to i ja dorzucę.
 
Być może wiecie, a być może nie, że moim rodzinnym miastem w Polsce jest Ostrów Wielkopolski. To bardzo blisko Jankowa Przygodzkiego w którym wczoraj był wielki wybuch gazu.
 
Ludzie stracili domy, a dwójka nawet życie...
Osoby poparzone wciąż są w szpitalu - w tym między innymi dwuletnia dziewczynka.
To mnie najbardziej "uderza", bo Lordas jest w tym samym wieku i nie chce nawet sobie wyobrażać, że w jednej chwili bawimy się w domu, a w następnej leży w szpitalu cały poparzony...
 
Ludzie zostali bez dachu nad głową, bez swoich ubrań, rzeczy, rodzinnych pamiątek czy dokumentów...
 
Nie rozkaże Wam, żebyście przekazywali pieniądze (choć jest to wskazane i jak najbardziej potrzebne), ale na pewno wielu z Was ma ubrania, których nie nosi, zabawki, z których dzieci wyrosły, sprzęty domowe, przybory szkolne - potrzebne jest dosłownie wszystko.
 
Idzie zima, idą Święta - pomyślcie, że niektórzy w kilka sekund stracili i stół przy którym mogli by siedzieć i wannę do której mogli by wpuścić karpia i garnki w których mogliby gotować makiełki -  wszystko.
 
 
znajdziecie adres do wysyłki rzeczy, konto na które można wpłacać środki, a także listę osób, które są najbardziej potrzebujące.
Liczy się każda kwota, każda rzecz.
 
To się mogło stać wszędzie...
 


Batiste - suchy szampon dla ciemnych włosów

Długo opierałam się idei suchych szamponów do włosów. Kiedyś tłumaczyła mi ich działanie koleżanka i uznałam to za totalne dziwactwo...
No ale w chwili słabości skusiłam się na miniaturkę tropikalnego Baptista z działu podróżnego, a później już... samo poszło... ;)
Trzeba bardzo uważać, bo np. w Tesco cena (4f) jest dwukrotnie wyższa niż w Superdrug (2f) - w każdym razie w Tesco na wersję do brązowych włosów nie ma nigdy promocji, a w Superdrug jest często...
 
 
Skład:


Psikadło typowe jak w lakierach do włosów:


Wersja dla brunetek wygląda na dłoni tak (ale nie na dłoń jej się powinno używać - tropikalna zostawiała biały ślad):



Sposób użycia jest prosty: pryskasz z odległości, chwilę wmasowujesz i czeszesz.
 
Obie wersja pachną mocno, przy czym nie rozumiem zachwytów nad zapachem wersji tropikalnej, bo wg mnie to nic specjalnego.
 
Ja mam bardzo ciemne włosy, więc wersja standardowa zostawiała na nich osad - prosto było go wyczesać, ale po co się martwić czy coś z tyłu nie zostało jeśli można użyć wersji dla brunetek, której na włosach nie widać.
 
Działanie jest genialne - włosy są odświeżone, przy czym wcale nie są obciążone - wręcz przeciwnie: chciałabym się dowiedzieć co oni w środek mieszają, bo tak uniesionej czupryny wcześniej w życiu nie miewałam.
Efekt odświeżenia spokojnie starcza na cały dzień.
 
Czytałam dużo recenzji i wiele dziewczyn narzeka, że włosy po użyciu są szorstkie i nieprzyjemne w dotyku - czegoś takiego nie zauważyłam, może w związku z tym, że jak ratuję włosy i są "na ostatnich nogach", to nie macam ich co chwilę, żeby sprawdzić czy są mięciutkie.
Także ta wada jak dla mnie z tyłka wzięta.
 
Wydajność zaskoczyła mnie na plus - już przy miniaturce spodziewałam się, że starczy na 2-3 razy, ale użyłam jej dobre 10 razy lub więcej (aczkolwiek wielu włosów to ja nie mam...).
 
Wiadomo, że nikt nie stosuje tego codziennie, tylko w awaryjnych sytuacjach i nie zauważyłam żadnego negatywnego wpływu na włosy.
Plusem jest, że można kupić różne wersje zapachowe i w różnych wielkościach - od małych do torebki, po takie wielkie butle jak moja.
 
W tej chwili uważam suchy szampon za niezbędnik w każdej kobiecej łazience.
Używacie?
 
 


14.11.2013

Collection 2000, Longer lash mascara - wodoodporny tusz do rzęs

Wpadł mi do koszyka przy okazji promocji 3 za 2 - mój stary tusz powoli przysychał, więc się skusiłam.
Opakowanie jakie jest każdy widzi:
 
 
Skład:
 
Zwykła standardowa niezbyt gruba szczoteczka - normalnie unikam tego typu szczoteczek, sięgam raczej po silikonowe albo grzebyczki, ale za tą cenę (3f) nie zaglądam koniowi do tyłka.


Oświadczam, że... jestem rozczarowana. Nie wymagałam dużo od tuszu "na co dzień", ale ten najbardziej przypomina mi mój pierwszy tusz, którego używałam jako nastolatka... Tylko, że tamten kupiłam za złotówkę na targu i tyle był warty.
 
Nie klei rzęs i nie tworzy pajęczych nóżek, ale tak poza tym nie robi właściwie nic... Efekt jest delikatny, prawie żaden. Nie ma uniesienia, podkręcenia, ani nawet pogrubienia.
Niby się nie kruszy, niby się nie maże, szybko na rzęsach zasycha, ale po kilku godzinach znika. Dosłownie: bierzesz wacik, żeby go zmyć, a wacik czysty.
 
Więcej go nie kupię, a nawet nie wiem czy jeszcze kiedyś użyję - skoro już nakładam tusz, to chciałabym widzieć efekt.
 
Może u którejś z Was sprawdził się lepiej?


11.11.2013

Dr.Hauschka - Melissa day cream

Wiecie, że zmagam się z tragicznie sucha cerą - parę dni zaniedbania i skórę mam tak ściągniętą, że boję się, że popęka, kiedy się poruszę.
Dotąd wystarczały mi kremy, które znajdowałam w Tesco... ale jakiś czas temu wpadł mi w ręce ten krem:
 

Trochę czekał na swoją wielką chwile, bo u mnie wszystko ma swoją kolejność, a miałam zapas innego...
Początkowo trochę zniechęcała mnie metalowa tubka - kojarzyła mi się z maścią z apteki i niekoniecznie było to miłe skojarzenie. Ale ostatecznie to tylko opakowanie...


W końcu się przyzwyczaiłam, chociaż trochę mnie irytowało, że nie mogę go postawić w łazience, tylko musi leżeć taki pogięty...


Skład - na tym się nie znam - ale widzę dużo olejów:


Od wejścia pewność, że nikt nie macał:


Krem nie jest wcale tłusty, ma lekką konsystencje, łatwo się rozprowadza.
Tubka wystarczyła na równy miesiąc (z kalendarzem w ręku) - nakładałam na raz porcję wielkości dwóch ziarenek groszku (wystarcza na całą twarz).
Jest jasnożółty i genialnie pachnie cytrusami - w to mi graj - kojarzy mi się z kremem do rąk, którego kiedyś używała mama, ale zapach ten nie jest ani trochę chemiczny.


Właściwie za sam zapach mogłabym go pokochać, ale poza tym wchłania się w pół chwili i nie pozostawia po sobie żadnego irytującego filmu...


Mimo, że w związku z potwornym zapryszczeniem jakiś czas temu zmieniłam pielęgnacje dodając kilka z założenia mocno wysuszających czyścideł - po rozpoczęciu stosowania tego kremu sytuacja nie zmieniła się na gorsze.
Tzn. nie mam zamiast skóry Sahary - czego się spodziewałam. Wręcz przeciwnie: cera jest nawilżona, gładka, powiedziałabym, że ideał.
Udało się też powstrzymać atak zmutowanych pryszczy, więc wnioskuje, że ten krem się do ich powstawania nie dokłada.
 
Byłby moim absolutnym faworytem, bo uważam go za kremową miłość życia, ale...cena.
O to się zazwyczaj w życiu wszystko rozbija.
Koszt tego kremu, to około 25 funtów... Mogłabym uznać, że warto skoro ma się po nim buzię jak niemowlak, ale za równowartość jednej takiej tubki mogłabym sobie kupić kolejną różdżkę, a za roczny zapas nawet replikę Nimbusa 2000... (chociaż Majlord by powiedział, że to nowa wanna, albo kafelki do remontu łazienki) Trzeba mieć priorytety ;)
 
Być może, kiedy już kupię wszystkie różdżki, które chce... i nawet zdobędę Nimbusa, a także trafi się jakaś większa promocja - pomyślę o regularnym używaniu tego kremu.
Tymczasem Wam serdecznie polecam jeśli cena Was nie zraża...
Warto.
 
Miałyście może ten krem, albo coś tej firmy?
Bo dla mnie była - przed tym kremem - zupełnie nieznana...


08.11.2013

Mamowo: Wyprawka dla dziecka - spis przedmiotów potrzebnych (i tych mniej)

...z moim komentarzem.
 
Przed przyszłymi rodzicami, jeszcze zanim dziecko pojawi się po tej stronie brzucha, stoi ogromne zadanie - kompletowanie wyprawki.
W sklepach - zarówno tych stacjonarnych jak i internetowych - jest gigantyczny wybór przedmiotów różnego zastosowania, kształtu, rozmiaru i ceny.
Część jest potrzebna, część zupełnie nie. Część z początku wydaje się "z czapy wzięta", a później bardzo się przydaje, część wydaje się przydatna póki się nie okaże, że jest zupełnie niefunkcjonalna.
 
Sami, jako świeżynki w temacie "rodzicielstwo" poczyniliśmy kilka zupełnie nietrafionych zakupów.
Chciałabym Was przed nimi przestrzec.
 
Oczywiście ostateczny wybór należy do Was - bez sporej części z tych rzeczy nasze mamy i babcie się z powodzeniem obchodziły. I jakoś nas wychowały.
Za to sprzedawca w sklepie będzie Wam wciskał, że wszystkie są absolutnie niezbędne, bo - wiadomo - on chce je sprzedać.
 
Zebrałam spis rzeczy, które wchodzą w skład CAŁKOWITEJ WYPRAWKI potrzebnej na przyjęcie dziecka, kilka na wiek późniejszy, a nawet kilka "niezbędników" dla świeżej mamy.
Podzieliłam je na kategorie, żeby było przejrzyście.
 
Nie zgadzam się na kopiowanie treści tego wpisu i podawanie za swoją pracę w jakimkolwiek innym zakątku internetu. I będę kradziejstwo ścigać.
 
 


Po porodzie - dla mamy:
- wkładki laktacyjne - do stanika, żeby pokarm nie przeciekał. Nie trzeba robić zapasów, bo może się okazać, że pokarmu się nie ma wcale, ale paczkę warto mieć. Taniej, albo w kryzysie - można się ratować zwykłymi wkładkami higienicznymi przeciętymi na pół.
- stanik do karmienia - przydatny w szpitalu, albo kiedy mama krępuje się ściągać za każdym razem zwykły stanik. Ja się na zakup nie pokusiłam - i tak prawie nie miałam pokarmu, a przez kilka pierwszych dni po porodzie piersi były tak wrażliwe, że ledwo mogłam znieść dotyk koszulki.
odciągacz do pokarmu - jeśli mama zamierza wrócić do pracy, albo ma problemy z laktacją. Są ręczne, małe i tanie laktatory, są duże, elektryczne - już znacznie droższe.
Uwaga dla mam z UK: w razie potrzeby można wypożyczyć laktator (należy pytać położną), koszt to około 7 f., sprzęt jest w dobrym stanie, a wszelkie wymienne końcówki dostaje się nowe.
- poduszka do karmienia - czyli tak zwany banan, często mamy kupują go już w ciąży, żeby wygodniej było spać. Tu znów - ja używałam zwykłych poduszek, ale jeśli ktoś ma możliwość tanio kupić, to czemu nie.
- podkłady poporodowe - mam tu na myśli zarówno te rozkładane na materac jak i rodzaj ogromnych podpasek. Wiele mam z tych pierwszych rezygnuje, a w drugim przypadku korzysta po prostu z największych nocnych podpasek - tak też można, ale dla własnego spokoju (zwłaszcza na czas pobytu w szpitalu) warto kupić kilka szt. Niewykorzystane podkłady na łóżko można zużyć podkładając pod dziecko podczas przewijania...


Noworodek:

KARMIENIE:
- podgrzewacz pokarmu - jeden z ułatwiających życie, ale jednak zbędnych gadżetów. Butle z mlekiem równie dobrze można wsadzić do gorącej wody. W podróży natomiast sprawdza się termos z TT - w jednej części trzyma się wrzątek, a do "nakrętki" można go wlać, żeby pogrzać butlę.
- sterylizator - można tanim kosztem wyparzać butelki polewając je wrzątkiem, ale jednak warto zainwestować w sterylizator. Ja używałam go dopóki dziecko nie skończyło roku. Sterylizacja w odpowiednim sprzęcie trwa dosłownie kilka minut, a butelki są tak ułożone, że gorąca para dotrze do każdego zakamarka.
- płyn do mycia butelek - jeśli nie chce się używać zwykłego płynu do naczyń. Uwaga! Wszelkie butelki i smoczki należy bardzo dokładnie wypłukać po użyciu jakiegokolwiek detergentu.
- termometr do mleka - jeśli się nie ufa "badaniu" na nadgarstku lub z zgięciu łokcia, które większość rodziców z powodzeniem stosuje. Mleko musi być ciepłe, ale nie gorące.
- butelki, smoczki, mleko modyfikowane - warto się zabezpieczyć i mieć choć po jednej sztuce na wypadek braku pokarmu. Ja upierałam się, że będę karmić piersią i nie musimy tego kupować - gdy przyszło co do czego Majlord nad ranem jechał do sklepu po mleko. W UK działa całodobowe Tesco, ale w Pl nie polecam tej metody...
- suszarka na butelki - można butelki suszyć na rozłożonym ręczniku, ale wtedy zawsze w środku zostaje trochę wilgoci. Warto suszyć na specjalnej suszarce (lub wkładzie ze sterylizatora), żeby powietrze miało przepływ do środka butelki.
- szczotka do mycia butelek - niezbędna. Najlepiej z końcówką do mycia smoczków.
- termos - możecie wstawać w nocy przed każdym karmieniem (w przypadku karmienia MM), gotować wodę, a później ją studzić, ale można wieczorem nalać ciepłej wody do termosu i mieć w nocy wodę na w sam raz.
- kubeczek do karmienia - plastikowy, z dołączoną rurką - w razie kłopotów z karmieniem piersią dostaniecie go od położnej.


PRZEWIJANIE:
pieluszki - nie poruszam tematu wielorazowych, bo się na nich nie znam. Najlepsze tuż po urodzeniu były pieluszki Huggies, ale producent przestał je produkować. Na cały dalszy czas  sprawdzał się Pampers. W Polsce podobno dobre są Biedronkowe pieluszki DaDa. Oczywiście kupujemy na początek najmniejszy rozmiar.
- chusteczki nawilżane / wata i woda - niezbędne przy przewijaniu. Na początek, przy wrażliwej skórze noworodka, warto się pomęczyć używając do podmywania waty zamoczonej w ciepłej wodzie, ale na dłuższą metę nie jest to wygodne rozwiązanie.
- kosz na pieluchy - jedno z naszych największych rozczarowań. Do takiego kosza wrzucamy brudne pieluchy i skręcamy "w serdelki". Początkowo byliśmy zachwycani, ale... wkład wystarcza tylko na około tydzień, a jego cena jest dość zaporowa. Dodatkowo wcale nie niweluje zapachu, więc można sobie wyobrazić aromaty przy wyrzucaniu raz dziennie takiego serdelka...
- mata do przewijania - plastikowa, składana - niezbędna na spacery. Warto ją po użyciu dezynfekować płynem antybakteryjnym i oczywiście każdorazowo myć.
- przewijak na łóżeczko - niestety, przydatny na dłużej tylko przy małym dziecku. Jeśli dziecko urodzi się duże już około 3-4 miesiąca zaczyna z niego wyrastać. Dla nas to było nieporęczne, bo łóżeczko stało w sypialni, a w dzień korzystaliśmy z salonu. Użyliśmy tego przewijaka może z trzy razy...
- komoda z przewijakiem - to już większy gadżet, wręcz mebel. Dobry, jeśli ktoś dla dziecka przeznacza od razu osobny pokój. W takiej komodzie na górze jest przewijak, a niżej miejsce na wanienkę, pieluchy i regalik na ubrania. Zajmuje sporo miejsca, więc warto się dobrze zastanowić czy będzie się go często używało.


MYCIE / HIGIENA
- pieluchy tetrowe - nawet jeśli zamierza się używać pampersów. Pieluchy tetrowe nie są drogie, ale niezbędne, kiedy dziecko ulewa - łatwiej podłożyć pieluszkę niż wieszać mu na szyi śliniak. Sprawdzają się też lepiej niż ręcznik do wycierania po pierwszych kąpielach.
- aspirator do nosa - obecnie nie stosuje się często - kiedyś popularnych - gruszek. Najprościej używać rurki, której jedną końcówkę wkłada się dziecku do noska, a drugą wciąga powietrze. Niestety trudno to utrzymać w czystości i łatwiej często wymieniać. Na szczęście nie jest drogie.
- nożyczki do paznokci - niektóre mamy czują się pewniej obgryzając malutkie paznokcie, ale małe nożyczki lub obcinaczki też się sprawdzą. Oczywiście należy się z nimi obchodzić ostrożnie.
- płyn do tkanin + proszek - dostosowany dla dzieci. W UK będą to proszki NonBio, w Pl hipoalergiczne. Polecam Fairy i Dzidziusia. Używałam tylko proszku, bo dziecko samo z siebie ładnie pachnie, więc nie trzeba dokładać chemii w postaci płynu.
- kosmetyki do mycia - choć początkowo dziecko można równie dobrze myć wodą.
- sudocrem - lub inny krem na oparzenia,
- ręcznik - miękki, sprawdzają się te z kapturkiem,
- wanienka - do dużej wanny przenosimy dziecko, gdy potrafi już samodzielnie siedzieć,
- fotelik kąpielowy - nie używałam, nie mam - kąpaliśmy dziecko zawsze we dwoje, więc jedno trzymało, a drugie myło. Taki fotelik może się sprawdzić, gdy nie ma kto przytrzymać dziecka, a mama boi się, że sama mokrymi dłońmi nie da rady,
- termometr do wody - polecam tańszy sposób czyli sprawdzanie łokciem. Woda ma być ciepła, ale nie gorąca!
- myjka - są specjalne materiałowe myjki dla dzieci. Przy noworodku sprawdzi się mycie ręką.
- szczotka do włosów - większość noworodków nie ma wielu włosów, można ten zakup odłożyć na później, ALE jeśli pojawi się ciemieniucha coś do wyczesywania będzie niezbędne...
- oliwka / oliwa z oliwek - do smarowania ciała. Zwłaszcza "późniaki" mają problem z przesuszoną skórą. Warto zainwestować w dobrej jakości oliwę z oliwek do smarowania.
- sól fizjologiczna - nie mieliśmy, nie używaliśmy. Aczkolwiek zazwyczaj pojawia się na listach rzeczy niezbędnych do kupienia, a w Polsce łatwo ją dostać. Ja pierwszy raz zetknęłam się z nią, kiedy Lordas miał zapalenie oskrzeli i potrzebował inhalacji.


SPANIE:
- podkład pod prześcieradło - można się obejść bez tego. Wydaje mi się, że każda mama zmienia dziecku pieluchę na tyle często, żeby nie obudzić się z mokrym materacem...
- pościel - przy czym niektórzy nie zalecają podkładania noworodkowi poduszki (my używamy dopiero od niedawna, a Lordas ma 2 lata),
- łóżeczko + materac - łóżeczko najlepsze z regulowana jedną stroną - noworodka łatwiej odkładać, gdy bok jest trochę opuszczony, a kiedy dziecko umie siadać/stać można podnieść bok na całkowitą wysokość.
Co do materacy, to jest ogrom wypełnień. Każdy musi wybrać wg swojego gustu / kieszeni. My mieliśmy najzwyklejszy materac bez udziwnień.
- kocyk - a najlepiej kilka. Warto mieć jeden ażurowy.
- koszyk wiklinowy do spania - dziecko szybko z niego wyrasta, ale dla mnie to niezbędny gadżet. Dziecko łatwiej w nim zasypia, bo ma ciasno wokół, a młoda mama, może mieć go zawsze na oku - każdy wiklinowy koszyk dla dzieci ma "uszy" do noszenia.
- elektroniczna niania - oczywiście niektórzy nie wyobrażają sobie bez niej życia, ale w taniej wersji można równie dobrze położyć w okolicy dziecka telefon komórkowy połączony z drugim, który mama ma przy sobie, ustawionym na tryb głośnomówiący. Oczywiście tylko przy darmowych minutach.
- monitor oddechu - temat dyskusyjny. My poradziliśmy sobie świetnie bez tego, ale ktoś może uznać, że mu to potrzebne, dla własnego spokoju...
- rożek - szkoda kasy na kupowanie - rożek można zwinąć z każdego koca.
- prześcieradło z gumką - jest przydatniejsze, bo dziecko nie ma możliwości go skopać.
 - smoczki dydusie - my nie uznajemy takiego "zapychania" dziecka i użyliśmy tylko raz (od razu wypluł). Pamiętajcie, że od tego trudno dziecko odzwyczaić.
- pozytywka zawieszana nad łóżeczko - noworodek się nią nie zainteresuje, ale niemowlak już owszem. Warto zwrócić uwagę, żeby była dobrej jakości. My dostaliśmy pozytywkę w prezencie i pewnego dnia karuzela zerwała się i spadła na dziecko. Sprawdzajcie ZAWSZE solidność wykonania.

PRZEMIESZCZANIE SIĘ:
- fotelik samochodowy - w UK mama z dzieckiem nie zostanie wypuszczona ze szpitala dopóki położna nie upewni się, że posiadają odpowiedni fotelik. Jest to spory wydatek, ale obecnie można spotkać wózki "w kompakcie" z fotelikiem. Polecam kupowanie od znajomych. Ważne: fotelik nie może być po wypadku.
My mieliśmy taki. Zwracamy uwagę, żeby styropianowe wypełnienie było nienaruszone, żeby szelki miały regulowaną wysokość, żeby miał dodatkowe poduszeczki (noworodek nie jest w stanie utrzymać główki, a ona nie może "latać"). Dodatkowo szelki powinny mieć materiałowe osłonki.
- wózek - chyba najbardziej kosztowna rzecz w wyprawce - jak wyżej: polecam kupić od znajomych / rodziny / na aukcjach internetowych / carbootach.
Niektórzy rodzice rezygnują z głębokiej gondoli na rzecz wożenia dziecka właśnie w foteliku samochodowych (trzeba mieć specjalne przejściówki) - jest to w wielu przypadkach wygodniejsze, ale ogólnie uznane za niezdrowe dla dziecka.
Wybierając wózek sprawdzamy czy jest bezpieczny, solidnie wykonany, czy wszystkie zaczepy trzymają się bez problemu, czy są szelki (to już w wózku dla dziecka siedzącego - szelki można dokupić).
Można kupić wózek 3 albo 4 kołowy, na dużych albo małych kołach - zależnie od tego po jakiej powierzchni będziemy się poruszać.
Tu widać nasz - jest bardzo ciężki, więc nie polecam jeśli trzeba by go wnosić po schodach, ale jest bardzo solidny, dobrze zrobiony, przejedzie po każdym gruncie.
- torba do wózka, folia, śpiwór, moskitiera, parasol - obecnie są na wyposażeniu większości wózków.
- nosidełko na ramiona lub chusta - u nas nosidełko się zupełnie nie sprawdziło - szelki nie trzymały się na ramionach, tylko zsuwały i całość nie była bezpieczna.
Co do chust się nie wypowiem - nie miałam nikogo, kto by mi pokazał jak jej używać, a sama wolałam nie kombinować.


UBRANIA:
- kombinezon lub kurtka/ płaszczyk - jeśli dziecko ma się urodzić zimą. Jako mama nie mogłam się oprzeć kombinezonom - zwierzaczkom, więc nasz Lordas był przebierany za mysz... Kombinezon jest wygodniejszy u tak małego dziecka, bo macie pewność, że z żadnej strony mu nie zawiewa...
- śpioszki, body, pajacyki - body z krótkim i długim rękawem + pajacyki na chłodniejsze dni - polecam mieć spory zapas, bo małe dziecko łatwo się brudzi (ulewa, sika i strzela kupą na 3 metry)
- czapki, rękawiczki - na sezon jesienno-zimowy + tzw. "niedrapki", które zakłada się dziecku tuż po urodzeniu, żeby się nie podrapało.
- sweterki / bluzy, bluzeczki na krótki rękaw,
- spodenki, rajstopki, skarpetki - ubrania z naturalnych materiałów, niezbyt ciasne.
Warto kupić kilka szt. z najmniejszego rozmiaru, a kilka z nieco większego - nigdy nie wiemy jak duże dziecko się urodzi i trzeba być przygotowanym.
Nie ubieramy latem dziecka w kurtkę. Jemu też jest gorąco!
Ilość sztuk poszczególnych rzeczy zależy od tego jak często macie zamiar dziecko przebierać i robić pranie. Ja miałam swojego rodzaju manię na tym punkcie i przebierałam dziecko po każdym wyjściu. Do prania wędrowało wszystko w co był ubrany czyli od bodziaka do kurtki. Do tego dwa razy w tygodniu zmieniałam pościel i kocyki, raz w tygodniu pranie materiałów wyścielających wózek. Również robiłam generalne pranie po każdej wizycie u lekarza / w szpitalu - wtedy do prania wędrował też materiał z fotelika samochodowego i buciki ;)
Obecnie dowiedziono, że pranie w niskich temperaturach sprzyja namnażaniu bakterii, ALE w wyższych ubranka bardzo szybko się niszą, mechacą i rozciągają. Jeśli upieramy się przy delikatnym praniu w 30 st. - należy wyprasować ubrania.
Spotkałam się raz z opinią, że kupować ubrania dla dziecka w lumpeksie to wstyd - większej bzdury w życiu nie słyszałam. Moja mama zaczęła robić ubraniowe zapasy jak tylko dowiedziała się, że będzie babcią i przysłała nam dwa ponad dwudziestokilogramowe kartony ubrań. Miałam w czym przebierać i mogłam sobie pozwalać na zmienianie kurteczki po każdym spacerze. Pamiętajmy, że młodzi rodzice dostają ogrom ubrań od rodziny / znajomych - niektóre nietrafione rozmiarem czy nie dostosowane do pory roku. Sama mam pełno takich, których Lordas nawet raz nie miał ubranych. W lumpeksach można znaleźć ubranka dla dzieci nowe z metkami - po praniu i prasowaniu, to żaden wstyd.
Trzeba być ekologicznym ;)

Niemowlak:
- chodzik - NIE POLECAM. Lordas był leniwy w kwestii ruchu i mając 8 miesięcy nawet nie przewracał się na boki (nie to, że nie umiał - umiał i czasem mu się zdarzyło, ale generalnie wolał leżeć i patrzeć w sufit). Do chodzenia (ani raczkowania) też się nie brał - skusiliśmy się na chodzik. BŁĄD, BŁĄD, BŁĄD. Szybko załapał i stał się mobilny, więc już zupełnie nie wykazywał chęci do samodzielnego stawiania kroków - podpełzywał lekko w stronę chodzika i płakał tak długo, aż go do niego wsadziliśmy. Z perspektywy czasu już wiem, że to tylko opóźniło jego chodzenie.
Mało tego - w pewnym momencie zaczął się bardzo w nim wychylać na boki, a także odchylać do tyłu - kiedyś, przy mojej chwili nieuwagi, bo tego dnia jechaliśmy do Polski i pakowałam rzeczy, tak się odchylił to tyłu, że grzmotnął o posadzkę.
Pierwszy raz w życiu tak się wtedy bałam - zrobił się lejący, dosłownie leciał mi z rąk i tak przeraźliwie płakał. Zaczął od tego płaczu zasypiać, a ja byłam tak przerażona, że zapomniałam, że to jego pora snu i myślałam, że mdleje... Szybki telefon do Majlorda, który rzucił pracę jak stała i jechał z nim na wariackich papierach do lekarza - za parę godzin mieliśmy ruszać w podróż, a tu nie wiadomo co z dzieckiem.
Na szczęście tylko nas wyśmiali, że dziecko sobie nabiło guza, a u nas pełna panika.
To był ostatni podryg chodzika i więcej go u siebie nie chcemy.
- mata edukacyjna - im bardziej kolorowa, tym lepiej. Uwaga, żeby muzyka nie była zbyt głośna i żeby całość nie miała małych elementów. Matę kładziemy na podłodze, NIGDY na łóżku!
- gryzak do owoców - kiedy zaczynamy wprowadzać stałe pokarmy bywa pomocny. Do siateczki ładujemy soczysty owoc (truskawka, kawałek arbuza), zakręcamy, a dziecko wysysa sok bez możliwości zadławienia.
-bujaczek - leżaczek - dla mnie nieoceniony. Miałam dwa - w salonie i w kuchni. Zajmuje dziecko na kilka chwil, więc można w tym czasie pozmywać albo zrobić sobie kanapkę.
Zawsze zapinamy dziecko pasami
- krzesełko do karmienia - dalszy etap. Zwracamy uwagę, żeby miało regulowane oparcie i wysokość, lepiej jeśli ma stoliczek - dziecko szybciej się uczy jeść, kiedy może samo podłubać w misce.
- mata z przyssawką na miseczki - silikonowa, przyczepiana do stolika, która ma chronić miskę przed wylądowaniem na ścianie. Moje dziecko nauczyło się ją odklejać w 15 sekund - całkowicie zbędny wydatek.
- śliniaczki - konieczne przy nauce jedzenia, wprowadzaniu nowych pokarmów i ząbkowaniu (dziecko wtedy mocno się ślini). Odradzam plastikowe "kaftaniki", które mają chronić tułów i rękawy przed zabrudzeniem - nieporęczne i dziecko czuje się w tym jak w zbroi.
- grzechotki, kolorowe zabawki, materiałowe książeczki - zwracamy uwagę na solidność wykonania, na rodzaj użytych materiałów i na to czy zabawka nie ma luźnych drobnych części, które mogłyby się oderwać. Zabawki (zwłaszcza te na baterie) nie powinny być zbyt głośne.
- skarpetki z pamperkami -idealne, kiedy dziecko uczy się podnosić nóżki. Można kupić specjalne np. w internecie, a można do zwykłych skarpetek doszyć małe maskotki, które zainteresują dziecko.



 
Jejku - tak długaśnej notki chyba tu jeszcze nie było.
Podziwiam jeśli ktoś dotarł do końca.
 
 


04.11.2013

Garnier mineral, Clean Sensation - antyperspirant w kulce (najlepszy)

Jak wiecie (lub nie) z dawniejszych notek - poświęciłam sporo czasu na szukanie antyperspirantu idealnego.
Miał szybko wysychać pod pachami, nie zostawiać śladów i - oczywiście - chronić przed zapaszkiem. Nie wymagam pachnienia przez 48 godz. po jednej aplikacji (bo przecież się myję!), ale wymagam nie śmierdzenia po ćwiczeniach (bo kończę je, gdy mi się przebudzi dziecko i nie mam wtedy czasu ani możliwości brać prysznica).
 
Często pod notkami na ten temat pojawiały się komentarze zachwalające Garniera. Podchodziłam do nich sceptycznie, bo lata temu miałam jednego i nie wspominałam go dobrze, ale w końcu się pokusiłam.
Na szczęście.
 

Skład:


 
Jak widać - kosmetyki te są produkowane w Polsce. (I nie mogłam ich tam odkryć, musiałam na obczyźnie...xD)
 
Kształt opakowania jest wyprofilowany i wygodny do trzymania w dłoni.
Kulka duża i się nie zacina:


Jest wydajny - lekkość opakowania zwiastuje u mnie końcówkę, ale używałam go dobre 2 miesiące.
 
Szybko wysycha po aplikacji i nie trzeba w tym celu przez 10 min. trzymać rąk w górze.
Nie plami ubrań - ani na biało, ani na żółto.
Chroni przed potem - przed wydzielaniem (nawet przy ćwiczeniach spod pach nie cieknie aż tak) i przed zapachem (tutaj megaplus, bo dotąd nie miałam żadnego, po którym człowiek by nie capił przy większym wysiłku).
 
Zapach samego produktu nie jest natomiast bardzo silny i wyczuwalny - co też mi pasuje, bo nie lubię mocno pachnieć jakimś kosmetykiem.
 
Nie podrażnia i nie szczypie - nawet jeśli w pośpiechu lekko zadrasnęło się wcześniej pachy przy goleniu.
 
Dla mnie ideał i będę do niego wracać. Dalej już nie szukam.
Ufff. Lubię takie szczęśliwe końcówki poszukiwań :)
 
Miałyście go już?


01.11.2013

Kempkowy październik w zdjęciach

W miarę upływu dni myślałam, że w tym miesiącu notka zdjęciowa będzie wyjątkowo krótka - teraz podczas zrzucania i zmniejszania wyszło na to, że będzie długa jak nigdy.
 
Tym razem mniej jedzenia ;)
 
Chciałam się nawet pokusić o zdjęcie gołej facjaty w myśl - widzianego na kilku blogach - "raw beauty", ale po zerknięciu na efekt, musiałabym to nazwać raczej "raw pasztet", więc nie ma głupich :D
 
Dzieło Lordasa:

 
Mężuś mnie koocha: <3

 
Piglet do kompletu:

Kupiłam samplera i oboje przepadliśmy za YC:

 
Czekoladowy Baileys:

 
Kruche czekoladowe ciasteczka z kremem custard:


Lordasowe układanki:

 
Tak dzieciaka głodzimy, że aż mu kości widać:
 
Skromne zakupy z TBS - grzebień już uwielbiam :D

Maleńka rączka:


Trzeba zamieszkać półtora tysiąca kilometrów od domu, żeby w sklepie obok kupić mąkę z sąsiadującego z rodzinnym miasteczka:


Kluski z dziurką i gulasz:

Za łososiem nie przepadam, ale na kanapce z serkiem nie jest zły:

Lordas je jabłka z psem, z budą:

Dwa Henryki się spotkały - jeden duży, drugi mały:

Dyńka - okazała się smaczna tylko w zupie warzywnej i placku... No i pestki nie do pogardzenia :D

Harry!

Na spacerze w dzień (nie)upalny:

Przejście dla Bohatera Świata i Króla Królów...
Lordas spaceruje:

Ozdobiony przystanek:

Gdyby nie było zachmurzenia lub gdybym miała aparat jak armatę, to daleko w tle widzielibyście góry:

Nie pytajcie. Widziałam zapowiedź, postanowiłam obejrzeć "dla jaj" i się wciągnęłam xD Jaka dziś byłam zła, że nie puścili kolejnego odcinka! xD

Dziad wstrętny:

Top Gear - płaczę ze śmiechu prawie przy każdym odcinku ;)

Sernik z ziemniakami - długo się wzbraniałam przed pieczeniem, ale bardziej wilgotnego sernika nie jadłam - pycha!

 
Placek drożdżowy z dynią:

Mysło do rąk o zapachu Coli - choć u nas numerem jeden jest to o zapachu jaffa cakes (czyli delicji) :)

Harry! <3 Może wyczytam taką przyjaźń dla Lordasa... :) 

Jedyna część, której mi brakowało do kolekcji - musiałam upolować na eBay. Trafiła się z serii dla dorosłych, więc ostatecznie stanęło na tym, że każdą część mam inaczej wydaną.
Ale czyta się przecież tak samo - nie okładka ważna ;)

Ciasto ze śliwkami podpatrzone u Hexx - pokusiłam się na zrobienie z połowy porcji - mimo, że w weekend ma być makowiec-  bo śliwki to owoce, a ciasto jest z mąki = zboże = roślina czyli liczę jak sałatkę :D
 
 
PS. Kto zauważył, że Kempkowy blog zmienił nazwę, ten może sobie wziąć kawałek dowolnego jedzenia ze zdjęć.
A kto nie zauważył ten dostanie... wyjca!