Obserwatorzy

28.10.2013

Ni to moro, ni to Kempek - JVBeauties make up

Dziś makijaż wykonany paletką cieni o której pisałam tutaj i zielonym sypkim cieniem, który dostałam od Maggie <3
 
Oszczędzę Wam widoku mojej całej zakraterowanej twarzy... ;) I tak nadciągała burza i niewiele z całości widać.
Tyle udało mi się wyskrobać z dostępnych fotek:
 




Pokusiłam się znowu o podkreślenie brwi (nie żebym je wcześniej doprowadziła do porządku...).
 
Oswajam zieleń i chyba się z zielenią lubię :)

26.10.2013

KKCenterhk, JVBeauties Professional cosmetics - cienie do powiek 02

Wmawiam sobie, że cieni nigdy za dużo i tak sobie tłumacze powiększającą się kolekcje. Wprawdzie jestem rozważna, wszystkie interesujące mnie kolory już mam, ale same wiecie jak trudno nie sięgnąć po jeszcze i jeszcze jeden.
Z przyjemnością pobuszowałam po stronach KKCenterhk, żeby sobie wybrać kolejną małą paletkę.
A w sumie nie taką małą...
 
Przybyła w zgrabnym kartoniku:
 

W tych akurat da się rozczytać skład:


 
Wybrałam wersję 02 czyli matowy brąz i matowy bardzo jasny beż - idealne do nudziaków.
Zaskoczyłam się po otwarciu kartonika, bo cienie nie mają wielkości cieni, tylko raczej róży czy bronzerów. Kilka minut mi zajęło przetrawienie czy to wielkie kółko to na pewno cień do powiek.
Stanęło na tym, że raczej tak xD


 
Brąz nie jest za ciemny - ot, kawa z mlekiem. Beż jest bardzo bliski bieli, ale jednak nie całkiem bielutki.


 
Na dłoni wyglądają tak:




...czyli naprawdę przyzwoicie.
 
Nigdy nie byłam z tych co omijają wszelkie chińskie centra - chętnie w nich buszowałam i nie boję się ichniejszych kosmetyków (chyba, że naprawdę dziwnie pachną).
Te akurat nie pachną wcale (fenkju Latający Potworze Spaghetti)
 
Dość się zaskoczyłam ich pigmentacją - na plus.
Są dobrze zmielone, nie pylą.
Właściwie jest w nich coś takiego, że... mur beton - dwa razy po nałożeniu ich na powiekę zdarzyło się (a będzie to widać w następnej notce w mejkapie nimi zrobionym), że gdzieś się zagięła jakaś zmarszczka i kawałek został niepokryty cieniem - ciężko zakryć dziurę, je rozetrzeć i połączyć z innymi kolorami.
Za to trwałość - godna podziwu. Ogólnie nie mam problemu z trwałością cieni na moich powiekach, więc na inne skarżyć się nie mogę. Również te trzymają się nieruszone od południa do wieczora, nie znikają, nie ścierają się.

Podsumowując: to dobry produkt. Niekoniecznie chciałabym płacić za niego kilka dolarów (trochę wygórowana cena jak za produkt firmy absolutnie w naszym kraju nieznanej) i sprowadzać z końca świata, ale gdybym je spotkała za kilka złotych w lokalnym chińskim sklepiku, to brałabym w ciemno.

Zaglądacie na dział z kosmetykami w sklepikach typu chińskie centrum/ "wszystko po..." czy się boicie?


21.10.2013

Clean&Clear, Deep Action cream wash

Ponieważ zrobiłam się pryszczata ponad normę i bardzo mi to przeszkadzało, a przypominanie sobie raz na miesiąc, że trzeba by się za to zabrać na poważnie przestało wystarczać uzbroiłam się w małą armię pomagaczy-oczyszczaczy. Znaczy brałam z półek co podpadło i miało akurat na opakowaniu zapewnienie, że przegoni nadmiar brzydkich niespodzianek.
 
Między innymi sięgnęłam po znaną, szeroko reklamowaną markę Clean&Clear, a dokładniej ten tu krem myjący co to mi miał oczyścić pory:
 

 
Tubka duża, dość poręczna, zamykanie na zatrzask (i to taki, że paznokcie można połamać bez trudu), duża dziura w środku.
Jak to tubki mają w zwyczaju - przy końcówce wyciśnięcie go zaczyna coraz bardziej przybliżać się do niemożliwości, więc rady nie ma - trzeba ciąć, bo w środku zalega sporo resztek.


 
Produkt ma konsystencje lekkiego kremu. Jeśli miałabym go do czegoś przyrównać, to do śmietany z puszki. Ma lekko kwaskowy zapach, który może irytować.



Ma przyjemną konsystencje i łatwo się rozprowadza. Po kilku chwilach szorowania pojawia się uczucie chłodku (mentol), ale idzie się przyzwyczaić.
Cera tuż po jest lekko ściągnięta, ale na szczęście nie zostaje taka długo.
Co do jego najważniejszej roli i oczyszczania, to w sumie jestem zadowolona. Tak dokładnie: w sumie. Nie wiem co oni tam w środek mieszają, ale po wszystkich produktach tego typu, które dotąd miałam (nie żeby ich było wiele) następowało chwilowe polepszenie, a później Wielki Atak Pryszczy.
Z tym jest trochę inaczej - buzia rzeczywiście jest gładsza, pory zmniejszone, ale jeśli już gdzieś wyskoczy nieprzyjaciel, to ogromny, bolesny i niemożliwy do wyciśnięcia.
Jestem prostym człowiekiem - wolę wycisnąć i zapomnieć, a nie chodzić z wielką podskórną gulą przez (czasem prawie!) dwa tygodnie.
 
Nie jest zły, ale po wykończeniu już do niego nie wrócę. W kolejce czeka kolejny czyścik, więc będę szukać nadal i liczyć na cud.
 
A Wy jak oczyszczacie buzię? A raczej czym?:)



16.10.2013

KKCenterhk, Cuicu - paletka cieni do brwi

Z rozczuleniem patrzyłam na dziewczyny malujące sobie brwi, gdy wcale malować ich nie potrzebowały i zastanawiałam się na co komu cień do brwi.
Dopóki nie wstawiłam kilku makijaży pod którymi pojawiły się napomnienia, że powinnam swoje brwi podkreślać.
Uniosłam je zdziwiona, bo są CZARNE, więc jakie mam je zrobić? Czarniejsze się nie staną.
Ale - jak to często bywa - ziarno zostało zasiane i postanowiłam spróbować, żeby mieć w razie czego gdzie tak komentujących odesłać... ;)
Także, gdy KKCenterhk zaproponowało mi wybranie sobie kosmetyków do testów, poprosiłam o tą paletkę:
 

 
Przyszła w formie całkiem przyjemnej dla oka, w porządnym kartoniku.
Choć wiele się z niego nie dowiedziałam:


 
W środku mniej elegancko, ale nadal nieźle - plastikowe opakowanie przez które dokładnie widać produkt.
Samo się nie otworzy, bo zamknięcie trzeba wcisnąć i pociągnąć, żeby się dobrać do zawartości.


 
W środku znajdują się 3 cienie - 2 beże i jedna czerń...


...dołączono też lekko ścięty pędzelek, z drugiej strony zakończony gąbeczką.
Z powodzeniem go używam, bo pędzelek jest zbity i nie rozczapierza się, a gąbeczka o tyle twarda, że świetnie sobie radzi z rozcieraniem cienia.



 
Wybrałam ten zestaw, gdzie była i czerń i jaśniejszy beż - w sumie dobrze trafiłam.
Kolory są matowe, a na dłoni wyglądają tak (maziane paluchem):


Tu już po lekkim przetarciu drugą dłonią:


Brew na łyso:


I w ubraniu:





Cienie nie kruszą się, nie pylą - są twarde, ale łatwo je nabrać załączonym pędzlem.
Są dobrze napigmentowane, łatwo je rozprowadzić.
 
Jak dla mnie to bardzo dobry produkt - bardzo długo trzymają się na rękach i nie ścierają się od np. dotknięcia dłonią.
Przyznam się, że po tym jak przyszły od razu pomaziałam brwi, a później całkiem o nich zapomniałam - pewna, że nie mam żadnego makijażu, a zbyt leniwa (lub zmęczona), żeby użyć żelu do twarzy (oj, czasem sobie odpuszczam, no) poszłam w takich spać (no cooo?!). Następnego dnia odkryłam w lustrze nadal pomalowane brwi, za to poduszka była czysta.
Aczkolwiek nie polecam tej metody sprawdzania trwałości :D
 
Podkreślam, że nie mam porównania z innymi produktami tego typu i już nie będę miała.
Spróbowałam i już wiem, że miałam rację - moje brwi nie potrzebują domalowywania.
Mam wrażenie, że takie dodatkowe przyciemnienie sprawia, że moja twarz wygląda bardziej srogo, starzej.
 
Co do samego produktu to spełnia swoją rolę - brwi są podkreślone, bardziej widoczne, kolor można dobrać pod siebie. Efekt jest trwały.
Pytałam Majlorda co o tym sądzi i powiedział, że brwi tak pomalowane wyglądają na bardziej wyrównane i zadbane.
Zgadzam się z nim, bo o tym, żeby je regulować nieczęsto pamiętam. Fakt, że "w cieniu" nierówno wyrwane włoski aż tak nie rażą.
 
Koszt tego produktu to około 5 dolarów, przesyłka chyba jest darmowa. Zamówić go możecie pod podanym na początku linkiem.
Ja mam zamiar jeszcze poużywać ich na siostrze :D
 
Podkreślacie brwi?
 



11.10.2013

Collection 2000, Cream Puff - Fairy Cake, lip cream

Lubię jesień, ale od paru(nastu) dni zupełnie nie mogę się ogarnąć - nic mi nie wychodzi i na nic nie mam czasu. Dzisiaj przeszła mi koło nosa za pół darmo aukcja wymarzonej różdżki, sesje na rowerku nic nie dają (poza tym, że boli mnie odwłok i nie mam już czasu na czytanie oryginalnego Harrego), a moje dziecko, gdyby umiało rysować, rysowało by mamę z ogromną, wiecznie się drącą mordą.
 
Ech.
Okrutny październik.
 
Przybywam z recenzją mojego trzeciego Cream Puffu - poprzednie znajdziecie tu (mojego ulubionego) i tu (najgorszego).
Fairy cake plasuje się pośrodku.
 

 
Ma standardowy dla wszelkich tintów i lip creamów "błyszczykowy" aplikator.
Produktu nabiera się w sam raz - ani nie za skąpo, ani nie za dużo.
Jest gęsty, ale bez przesady - łatwo się rozprowadza na ustach. Niestety - strasznie smuży i te smugi pozostają widoczne.


 
Kolor jest koralowy, dobrze napigmentowany.
Tu widać dobrze konsystencje:


 
A tu najlepiej oddany kolor:



Na ustach możecie go zobaczyć w tym makijażu.
 
Po nałożeniu szybko "zasycha" na ustach i staje się całkowicie matowy.
Trzeba mieć do niego zadbane usta, bo podkreśla skórki i sam trochę wysusza.
Posiłku nie przetrwa, ale przekąskę owszem.
 
Kosztuje około 3 funtów.
 
Jak już pisałam na początku - nie jest moim ulubionym, ale stoi dużo wyżej niż cielisty, który jest fatalny.
Z daleka wygląda bardzo porządnie, z bliska widać smugi. Niestety, nie da się go tak nałożyć, żeby smug nie było.


Jest wydajny, bo mam go dobry rok, a końca nie widać, ale raczej go nie polecam. Myślę, że można kupić produkt tego typu i w tym kolorze, który równo się rozprowadzi. Jeśli miałabym wskazać, to w tej samej cenie i w tej samej szafie jest jego idealny różowy brat - Cotton Candy ;)
 
A Wy - wybieracie szminkę, lip cream, tint czy lakier do ust?:D


08.10.2013

Voucher -35% na zakupy w The Body Shop

Normalnie nie bywam w The Body Shop. Nie bywam ogólnie w wielu sklepach - na czele z Lushem, gdzie Lordas raz był niezwykle bliski rozbicia garnca z wodą.
Lordas po prostu w takich sklepach robi "wiatrak", czyli wyciąga ręcę na boki i sprawdza jak wiele uda mu się zrzucić... A tam tak wszystko poupychane, poustawiane jedno na drugim - w Primarku też ma raj (my mniejszy).
 
Drewniany grzebień podpatrzyłam na jednym z blogów i miałam zamiar zamówić online. Wpadła mi też w oko bezbarwna konturówka do ust, bo od dawna takiej szukam, więc wysyłka wyszła by darmowa.
Ale jechaliśmy do centrum handlowego i coś mnie tknęło (instynkt łowcy) - przypomniało mi się, że w jednej aplikacji z kuponami często widywałam logo TBS.
Zerknęłam i... - 35% na zakupy w sklepie.
Mi w to graj!
 

 
Kupiłam grzebień i konturówkę - jak chciałam. Zamiast 12 funtów, dałam 7 z groszami.
Nie miałam czasu się rozglądać za innymi łupami, bo Lordas zdołał zrzucić jakiś zestaw szklanych pachnideł, zdawało mi się, słyszałam brzdęk rozbijanego szkła, więc chciałam się szybko ewakuować... (No cóż... Nie każdy jest odważny) Tak się spieszyłam, że podałam ekspedientce pierwszy banknot jaki mi wpadł pod palce (wciąż zerkając za siebie i oceniając szkody), bo byłam przekonana, że została mi tam ostatnia dziesiątka. Stoję, uśmiecham się od ucha do ucha (po takiej zniżce - wiadomo :D) i czekam, aż wyda resztę, a ona patrzy na mnie jak na głupka... No tak - bo dałam tylko piątkę...


 
Najważniejsze dla Was:
Co trzeba zrobić, żeby zdobyć taki voucher?
Mieszkać w UK, ściągnąć na androida aplikację "vouchercodes.co.uk", zarejestrować się, kliknąć na ikonkę TBS, wybrać lokalizacje sklepu, pobrać voucher i pokazać sprzedawcy telefon. Przy czym ostatnie 4 kroki należy zrobić już w sklepie/przed wejściem :)
 
Nie wiem do kiedy potrwa promocja - dziś jeszcze była, a swój realizowałam w niedzielę.
Ach, do mojego paragonu dołączono też kolejny voucher - minus 10 funtów przy kolejnych zakupach za minimum 25, ważny do końca listopada w sklepie i online. Idzie Gwiazdka, więc na pewno wykorzystam.
 
Szybko, szybko.
Korzystajcie!

03.10.2013

Wrzesień w zdjęciach

Ponad tydzień nie było notki - nie mogę się zebrać. Najpierw nie miałam weny, później Lordas świętował i nie chciałam tracić czasu, a na koniec przegoniło mnie przeziębienie.
 
We wrześniu mniej więcej pamiętałam o pstrykaniu, ale nie pamiętałam, żeby wcześniej sprawdzać szkiełko w aparacie - pewien Lordas, który stale memła parówki albo czekoladę, bardzo lubi brudnymi rączkami łapać mój telefon.
A później się człowieku zastanawiaj - czemu te zdjęcia takie niewyraźne?
 
Przesyłka z KKcenterhk - niedługo więcej na blogu:
 

 
Pierwsze zdanie w Harrym przy którym chce mi się płakać:


Ciastka owsiano-imbirowe:


Mój Kłapouch ma towarzystwo - polujemy jeszcze na Prosiaczka:


 
Trafiłam w Tesco na redukcje chleba ;D Zapłaciłam 1.10 zamiast 11f - szkoda, że mam taką małą zamrażarkę xD (Tomek miał minę jakby chciał się w czoło pukać, kiedy zaczęłam ładować bochenki do wózka...):


 
Lordas dostał zastawę:


Warzywne placki:

 
 
Ślęczałam nad tymi puzzlami dłużej niż wypada - klęłam na swoją durnotę, bo kto normalny kupuje puzzle, których 90% to czarne tło?


Już mi nikt nie podkradnie maszynki :D


Pół życia spędziłam wierząc, że ropucha była kobietą i miała na imię Teodora:


Placki z gotowanych ziemniaków z farszem jajeczno-pieczarkowym - jedne z najlepszych placków na świecie!


Lordasowy tort... Tylko Kempek orientuje się, że nie ma z czego zrobić oczu, kiedy już trzeba podawać go do stołu:

 
Świętujemy:
 


Lordasa najbardziej cieszyło darcie dekoracji... Wyszło jakoś smutno - od przyszłego roku muszą być porządne kinderbale:


Przez te oczy nie wyglądał, ale był pyszny - kakaowy biszkopt, mascarpone, nutella i orzechy:


100 latów:

 
Schodzi na sprawdzaniu poczty i odwiedzaniu Waszych blogów:

 
Car boot... Bez przechwałek, bo na ostatnim NIC nie kupiłam (poza ocieplaczem dla Lordasa, ale nie musiałby go mieć gdybyśmy nie pojechali marznąć...)


 
Nie przeszkadzają mi świąteczne dekoracje we wrześniu... Poczułam już magię Gwiazdki :D


 
2000 kalorii w BM za połowę ceny... Już nie sięgnę po inny tusz, o nie, nie, nie... Dla mnie to miłość od pierwszego wejrzenia...:


Lordas dostał małego Henryka, żeby przestał bać się dużego:


 
Ocieplamy sobie szaro-buro-ponurą łazienkę:


Mata wodna - kolejna zabawka, która mamę cieszy tak samo jak dzieciaka :D
(Zamazałam pozdrowienia, bo nie wiem czy by sobie ciocia życzyła być w internetach)


Lubimy szklane kule:



Ufff...
Jak minął Wasz wrzesień?