Obserwatorzy

31.08.2013

Coventry Transport Museum

Wybraliśmy się niedawno - było akurat trochę wolnego czasu, a Lordas autka uwielbia, więc uznaliśmy, że mu się spodoba...
Przeliczyliśmy się - większość czasu spędził na rękach, a niektóre eksponaty prawdziwie go przerażały - jest tam np. fragment imitujący czasy wojenne, gdzie idzie się ciemnym korytarzem, wokół wyją syreny, głos z głośników wzywa do ewakuacji, a wokół leżą "szczątki" spod bomb... W sumie nie dziwie się, że się tego bał i nawet późniejszy kącik dla dzieci, gdzie z drewnianych części można zbudować własny samochód go nie zaciekawił. Szkoda.
 
Ale jeśli ktoś ma blisko i ma nieco większe dzieci (albo po prostu lubi samochody), to warto pomyśleć o zwiedzeniu. Wstęp jest darmowy, a muzeum ma mnóstwo eksponatów - od rowerów przez bryczki, autobusy, stare samochody, traktory, a nawet samochód, który ileś lat temu bił rekord prędkości.
Jest też symulator takiej właśnie ogromnej prędkości dla zainteresowanych.
 
Zdjęć wielu nie mam, bo z szacunku nie robię zdjęć z fleszem w muzeach, a tam było ciemno.
 
Traktory:
 
 
Rower. Przyznam, że wydaje mi się znacznie przyjaźniejszy niż rowery obecne:














Wnętrze dawnego babskiego sklepu:

 
 
Przyczepa hipisów:
 



Jest też nowa część wystawy poświęcona nowoczesnym samochodom. To faworyt Majlorda:

 
A to mój:



 
Powrót do przyszłości:

Gdy byliśmy tam za pierwszym razem, wśród nowszych aut stał odtworzony cabriolet Barbie - teraz go nie było i jestem trochę niepocieszona.
 
A to straszna winda - kara za to, że nie chciało nam się z drygiego piętra znosić wózka. Następnym razem zniosę na własnym garbie, bo w tej windzie idzie się przerazić:



Przyznam się Wam, że te stare auta dużo bardziej podobają mi się niż nowoczesne (z wyłączeniem Jaguara:D) i chętniej oglądałam improwizowane wnętrze starej kuźni (ciemno, po środku koń, wokół odgłosy kucia, w tyle płomyczek na piecu, a do tego... zapach. Jak oni zapach kuźni odtworzyli - pojęcia nie mam) niż silnik który pędzi sto milionów kilometrów na godzinę.
Chyba się urodziłam 200 lat za późno :D

28.08.2013

Maybelline, Super Stay 10h Tint Gloss - Forever Coral

Odkąd odkryłam tinty jestem zakochana w tego typu produktach do ust.
Zawsze usta traktowałam po macoszemu, ewentualnie maziałam pierwszym lepszym błyszczykiem - teraz szminka to podstawa przy każdym wyjściu.
 
Wokół tego tinta długo krążyłam, ale wydać na niego 9 funtów średnio mi się widziało, bo czytałam o nim marne recenzje...
W końcu nadszedł Dzień Kobiet i PRZYPADKIEM wysłałam Majlorda do sklepu z listą i maleńką prośbą, że gdyby chciał i gdyby był tak miły, a także gdyby przypadkiem przechodził przez ten dział, to czy by mógł, bo jest taki specjalny dzień?
Mógł :D
 

Chciałam mocną czerwień, więc wybrałam nr 410 - Forever Coral. Kolor, który znajdziemy w opakowaniu sugeruje nakrętka.
Tint ma dość pękate opakowanie, ale jest bardzo poręczne i estetyczne. Napisy nie ścierają się po paru użyciach.



 
Skład znajdziemy na rozkładanej nalepce umieszczonej na nakrętce:


Ma lekko wygięty aplikator w kształcie ust, który ma ułatwiać nakładanie. Przyznam się uczciwie, że pierwszy tydzień jej użytkowania spędziłam zastanawiając się jak u licha mam tym czymś sprawniej nałożyć pomadkę?
Wreszcie odkryłam, że bardziej nachylona stroną maluje się dolna wargę, a odwrotną górną - odkąd to opanowałam żyje mi się lepiej, bo to rzeczywiście ułatwienie.
Gąbeczka jest duża i mięciutka, nabiera odpowiednią ilość produktu, a nadmiar pozostaje otarty o brzegi buteleczki.


Na dłoni wygląda tak:

 
Sprawia wrażenie transparentnego, ale dokładnie pokrywa usta i nadaje im krwisty, intensywny kolor.
Ma przyjemny zapach - przypomina mi słodki syrop na kaszel z dzieciństwa, smakuje lekko słodko.
 
Na ustach wygląda tak:
 
 
 
A więcej jej zdjęć w akcji znajdziecie TUTAJ.
 
Początkowo, po jej nałożeniu czułam mocne mrowienie ust, które ustępowało po kilku minutach, teraz już nie zwracam na to takiej uwagi. Tint po nałożeniu wygląda jak błyszczyk, ale podczas tego mrowienia "wżera się" w usta i efekt robi się ciekawszy.
 
Trochę podkreśla suchości, więc należy zadbać o usta przed jej nałożeniem.
 
Wytrzyma na ustach kilka godzin - przy czym nienaruszona tylko około dwóch, ale ślad po niej zostanie do około 5 godz. od nałożenia.
Lekki posiłek przetrwa, ale całego obiadu nie.
Niestety - muszę jej zarzucić nierównomierne ścieranie. Dalekie wspomnienie koloru zostaje na całości, ale miejscami (zazwyczaj tam, gdzie były jakieś "zadziorki") kolor się zbiera i zostaje bardzo intensywny - wygląda się wtedy jakby się wypiło wiadro krwi i zapomniało się oblizać. Niezbyt ciekawe zakończenie.
 
Ogólnie ją polubiłam i ten kolor zużyje z przyjemnością, ale na resztę się raczej nie skuszę - za taką cenę mogę kupić produkt, który będzie schodził na raz, a nie nieudolnie udawał, że wciąż jest na miejscu.
 
 


26.08.2013

Oriflame, Very Me Sponges - gąbki do makijażu

Sama pozostaje wierna gąbkom z Rossmanna, ale podczas ostatniego pobytu w Polsce mama dała mi te... Skoro dają, to biorę - mi w to graj.
Ostatnio do nakładania podkładu używam jaja z talią, ale czasem bardzo mi się spieszy i nie chce mi się ruszać tyłka z krzesła, żeby iść je zmoczyć.
W takich okolicznościach przypomniałam sobie o ukrytych w kufrze gąbeczkach :)
 

Nie za bardzo mi pasuje ich kształt - wolałabym, żeby były grubsze. Takie cienkie kwadraty nie są zbyt poręczne przy malowaniu.
Sama gąbka jest zbita, mięciutka, nie chłonie dużo podkładu. Daje bardzo dobry, naturalny efekt przy wklepywaniu.
Jedna strona jest gąbczasta, a druga nie przepuszcza podkładu, co chyba z zamierzeniu miało uprzyjemnić malowanie - i to robi.
Wiem, że gąbki powinno się wyrzucać po jednym użyciu i pewnie gdybym malowała kogoś bym to zrobiła. Swoje po prostu piorę, póki się jeszcze nadają do użycia i - jedyne co mogę im zarzucić - to, że już po pierwszym praniu zrobiły się rozlazłe i nie wróciły do pierwotnego rozmiaru. Doprać się też za bardzo nie dały...
 
Nie wiem jaka jest ich cena, ale jeśli ktoś nie lubi nakładać podkładu pędzlem lub palcami, to te gąbeczki powinny mu podejść.
 
Znacie?



24.08.2013

Do fryzjera nie choooodze, bo jest mi nie po drodzeee...

Wspomniałam w poprzedniej notce, że ścięłam włosy.
Oczywiście zrobiłam to sama, bo fryzjer słysząc "połowę" pewnie ociachał by mnie na łyso... Właściwie, gdy patrzę na zdjęcia, widzę, że ścięłam sobie najwyżej 1/3, ale do teraz wierzyłam, że aż pół:D

Powodów było kilka:
- znudziły mi się,
- zapragnęłam większej zmiany,
-w długich jest za gorąco,
- żadna klamra już nie spinała takiej długości,
- strasznie długo schły,
- Lordas mi je wyrywał,
- a poza tym liczę, że krótsze się wzmocnią i zaczną mniej wypadać...

Wyglądały tak:


A zostały takie:



Na zdjęciu wyszły jak krzywe, ale to tylko ja krzywo siedze - nie miał mnie kto obfocić, więcmusiałam kombinować z wyzwalaczem i ustawianiem aparatu na wieży z wszystkiego co było pod ręką...
Tym razem nie chciałam takiego wielkiego szpica jak ostatnio i w sumie jestem zadowolona :D

Czuje się lżej po zrzuceniu balastu :)





23.08.2013

Żel lniany

Do żelu lnianego powróciłam po latach - dosłownie. Kiedy jeszcze byłam młodą panienką trafiłam na Wizażu na dział "lokowy" i postanowiłam zrobić wszystko na raz - mycie odżywką, żel lniany, nie rozczesywanie...
Nietrudno się domyślić, że - w moim przypadku - skończyło się to wielkim łupieżem prawie nie do pozbycia.
Resztki żelu wylałam i olałam sprawę.
 
Ale niedawno... postanowiłam dać mu drugą szansę.
 

Żel gotuję tak: do gara wsypuje dwie łyżki siemienia lnianego (ziarna, nie zmielone), dolewam szklankę przefiltrowanej wody. Gotuję 15 min., mieszając (lubię jak jest gęsty).
Zdejmuje z ognia i ciepły przelewam przez pieluchę tetrową lub sitko do herbaty.
Gdy ostygnie, dobrze zakręcony przechowuje w lodówce.
Tutaj też różnie - czasem trzyma się dwa tygodnie, czasem po 4-5 dniach jest już spleśniały - nie wiem od czego to zależy (być może od Lordasa, który co 5 min. sięga sobie z lodówki truskaweczkę:D)
Żel miewa różne kolory - od przezroczystego po kolor herbaty. Jest przejrzysty póki świeży, w lodówce mętnieje. Pachnie też herbatą.
Wyrzucam, gdy spleśnieje...



 
Żel nakładam na suche włosy - można na mokre, ale mi to nie odpowiada, bo zbyt długo wtedy schną...
Po prostu nabieram kawał gluta, rozcieram w dłoniach (jak np. paski z woskiem) i wgniatam we włosy.
Daje efekt gdy wyschnie - można włosy wtedy jeszcze raz ugnieść, ale ja to pomijam, bo wolę efekt samego nażelowania (i taki widzicie na zdjęciach).


Żel lniany nie obciąża włosów, nie sprawia, że klapcieją. Jeśli się przesadzi z ilością - wystarczy je dobrze wygnieść po wyschnięciu.
Efekt jest naturalny i sprawia wygląd jakby mokrych kosmyków (do wygniecenia).
Dzięki niemu włosy się nie puszą, a skręt jest podkreślony.
 
Włosy możecie podziwiać, bo już ścięłam :D
 
Używacie, używałyście lub planujecie używać tego naturalnego zamiennika żelów drogeryjnych?


22.08.2013

Zakupowo: car boot II

II, bo kilka(naście) miesięcy temu pokazywałam już drobne zakupy carbootowe :)
 
Przypomnę - car boot to taki targ staroci - ludzi przybywają autami, rozkładają swoje towary (dosłownie WSZYSTKO tam można znaleźć) i sprzedają za grosze.
U nas odbywa się wcześnie rano w niedzielę (od 6.30)
 
Tym razem zdobyłam sporo rzeczy dla mojego drugiego bloga - sztućce do zdjęć (2 łyżeczki podejrzewam o srebrność :D) w oszałamiającej cenie 3 za 1f.
Trafił się też nóż do ciasta.
 

 
Patera na cukierki (1f):


 
I taka na ciasto (2f) - dotąd inwestowałam w szklane/metalowe, więc ta kolorowa, malowana dość się wyróżnia w moim arsenale :)


 
Sukienka (3.50f)
Jest cudowna! Lubię ten typ sukienek :D


 
Oraz rowerek dla Lordasa (za oszałamiające 4f) - od razu się w nim zakochał i po każdym spacerze sam wciąga go do mieszkania (chociaż my uparcie wystawiamy go na korytarz :D)



Lubicie starocie?

21.08.2013

W7 Photo shoot - podkład do twarzy

Nie brak mi podkładów, ale gdy znalazłam ten w jednym ze sklepów musiałam go koniecznie zgarnąć.
Zauroczył mnie jasny kolor (bo ciężko o coś co nie jest pomarańczowe), majątku nie kosztował (z pewnością mniej niż 4 f - dokładnie nie pamiętam) i w zasadzie... było warto.
W zasadzie.
 

 
Estetycznie wygląda bardzo przyzwoicie - gruba butla z matowego szkła, czarny korek. Całkiem przypomina Revlon ColorStay.
Napisy czarne i trwałe - nie zacierają się (choć łatwo je ubabrać).
 

 
Skład:


 
Ma jeden, ogromny minus - wielgachna dziura przez którą... nic nie wypływa.
Początkowo myślałam, że kupiłam trefny, zaschnięty podkład, ale pogrzebałam tam badylem i okazało się, że z podkładem wszystko ok - normalnie się rozsmarowuje, nie zważony, data w porządku i nie śmierdzi.
Po prostu jest bardzo, bardzo gęsty i nie wypływa. Póki co mam sposób - trzymam go stale do góry gierami, a i tak muszę nim trząść żeby cokolwiek wyleciało - przy końcówce ciężko widzę wydłubanie resztek.
Właściwie w ogóle nie widzę.


 
Kiedy wreszcie uda się go wydobyć:


Kolor jest dość jasny, nie ma tendencji do pomarańczowienia czy ciemnienia, łatwo się rozprowadza (mimo gęstości):



Podkład dobrze zakrywa np. krostki (chociaż z tych najbardziej opornych szybciej schodzi), dobrze kryje, dobrze wyrównuje koloryt cery.
Ma niezłą trwałość - pryszcze po 2-3 godz. widać, ale kolor zostaje na buzi przez kolejnych kilka godz. (producent obiecuje 16, ale nie bądźmy śmieszne...)
Nie wiem czy zapycha, bo ostatnio mam cerę nastolatki, także trudno mi dostrzec różnice...
Nie podkreśla suchych skórek, nie łuszczy się, nie waży (a mam bardzo suchą cerę)
 
Używam go stosunkowo często i jeszcze nie sięgnęłam dna, ale trzeba go niemało, żeby pokryć całą twarz.
 
Zastanawiam się czy kupić kolejny i sama nie wiem - efekt dobry, trwały, ale po co się męczyć z podkładem w szklanej butli, który nie chce z niej lecieć?
 
Używałyście?


16.08.2013

Neutrogena, Formuła Norweska - krem do rąk

Często myje ręce, zmywam, albo używam żelu antybakteryjnego, więc  - siłą rzeczy - moje dłonie potrzebują wspomagania, żeby nie wyglądać jak u praczki w średniowieczu.
Mam też - nawracający od dzieciństwa - problem ze schodzącą skórą. Najpierw pojawiają się maleńkie wypukłości na skórze, coś jak krostki, później zasychają, pękają i zostaje sucha skóra, takie zadziorki - gdybym za któryś pociągnęła, to mogę sobie spokojnie zrywać skórę z dłoni płatami... Konsultowałam się kiedyś z lekarzem i to podobno brak witaminy A. Ale maści z witaminą A akurat w domu nie mam.
 
Zakupiłam jakiś czas temu szeroko reklamowany krem Neutrogeny z formułą norweską:
 

Skład (zupełnie się na tym nie znam, ale czasem pytacie):


 
Tubka jest plastikowa i łatwa do obsługi - póki pełna. Kiedy produktu z niej ubędzie jest go coraz trudniej wycisnąć. Konieczne będzie cięcie przy końcówce i jestem pewna, że znajdę tam wtedy produktu na dobry tydzień używania
Ma bardzo malutki otwór (co mnie momentami wkurza):



Krem jest gęsty, mazisty, tłusty - gdybym go miała z czymś znanym porównać, to bardzo przypomina wazelinę.
Po wsmarowaniu dość szybko się wchłania i nie ma po nim śladu, ale kiedy np. pół godz. później opłuczę dłonie, to zacznie być wyczuwalny tłusty film.
Jest bezzapachowy - wolę to niż zapach, który by mnie irytował.
 


 
Postawiłam go w widocznym miejscu, ale ciężko mi idzie zużywanie - lubię użyć i po chwili zapomnieć, że użyłam, a tu nie mam na to szans (do pierwszego mycia rąk, kiedy okaże się jakie są tłuste).



Co do działania, to nie mogę mu nic zarzucić - dłonie są (od razu i w dłuższej perspektywie) miękkie, zniknęły zadziorki i suche skórki, skóra jest gładka.
Działa właściwie natychmiast - jeśli dopuszczę do tego, żeby skóra na dłoniach mi popękała, to po 2-3 aplikacjach wszystko zaczyna iść w lepszym kierunku.
Nic po aplikacji nie swędzi, nie chłodzi, nie grzeje - używam go razem z moim dzieckiem, bo Lordas lubi robić to co mama i nie było żadnych podrażnień / skutków ubocznych.
 
I teraz mam dylemat: kupić kolejną tubkę, bo dobrze działa, czy poszukać czegoś o lekkiej konsystencji (bo wolę)?
Co Wy byście zrobiły?

31.01.2014
Dopisek tutaj, bo już nie mam dylematu...