Obserwatorzy

28.06.2013

Murad, Anti-Aging Acne - Time Release Acne Cleanser oraz: z czym sobie on nie poradzi z tym sobie poradzi woda!

Ten kosmetyk przeleżał w kuferku "na zaś" ponad rok. Wygrałam go dawno temu w pewnym konkursie (nie blogowym).
Ostatnimi czasy moja twarz wyglądała jak u nastolatki - pryszcz na pryszczu, pryszczem poganiany.
Jest to tym bardziej irytujące, że nie jestem już przecież podlotkiem, a nawet kiedy byłam nie miałam aż tak tragicznej cery...
Uznałam, że nadszedł jego czas...
 

Tubka jest mała, plastikowa i przezroczysta - dokładnie widać ile produktu już nam ubyło.
Plastik jest o tyle miękki, że nie ma problemu z wydobyciem produktu.
Mały otworek dozuje dokładnie tyle produktu ile chcemy, a potrzeba go na jeden raz bardzo niewiele.



 
Jak widzicie na opakowaniu nie ma składu - co dla niektórych może być ogromnym minusem.
 
Produkt ma konsystencje trochę jak wazelina - gęsty, choć nie mazisty i tłusty. Pachnie alkoholem.
 
Należy go wmasować w skórę twarzy i szyi, a później spłukać ciepłą wodą.
Za pierwszym razem byłam zaskoczona - spodziewałam się jakiegoś szczypania, ściągnięcia, ale... nic nie nastąpiło. Ot - jakbym posmarowała skórę tłustym kremem, a potem go zmyła.
 
Byłam pełna nadziei w jego dobre działanie (bo nie jest specjalnie tani), więc używałam regularnie.
 
I... nic. Kompletnie nic.
Pryszcze początkowo nieco ustąpiły - tylko po to, żeby po paru dniach wrócić ze zdwojoną siłą.
Mało tego - jak już wracały, to nie takie, które można pacnąć pastą i do rana o nich zapomnieć - pojawiły się wielkie, bolesne czerwone kulki, których nie szło w żaden sposób wycisnąć (tak, wiem - bleee) ani zasuszyć. Pulsowały i bolały przez kolejny tydzień.
 
Jedyny plus taki, że nie wysuszył skóry (a bardzo się tego bałam) i że buzia nie była po nim ściągnięta.
 
Nie jest też specjalnie wydajny - przy każdym kolejnym użyciu wyraźnie powiększa się ubytek.
 
Szczerze mówiąc mam go jeszcze resztkę, wyrzucić żal (zwłaszcza z moją zasadą, że nie zacznę nowego produktu póki inny tego samego przeznaczenia nie jest wykończony), a używać mi się nie chce...
 
Być może używany z resztą produktów z tej serii dałby lepsze efekty, ale skoro sam z siebie robi NIC, to po co go kupować?
 
 
 
PS.
Lekko ponad tydzień temu powróciłam do dobrego nawyku, który miałam w zeszłym roku - wypijam ponad przepisowe 2 litry wody dziennie (dotąd starczała mi kawa rano).
Niezależnie od tego przeczytałam kilka dni temu, że niedoskonałości na czole pojawiają się przy okazji odwodnienia.
Wierzcie lub nie, ale czoło mam już czyste! Owszem - zostały jakieś pojedyncze wągry i pełno blizn po maltretowanych "niespodziankach", ale nie wyskakują żadne nowe żarówy!
 
Wniosek?
Zamiast kupować takie "murady" lepiej kupić parę butli wody :)
 


21.06.2013

Nivea, Daily Essentials - Express Hydration Primer

Podobny (ten sam?) krem widziałam w zeszłe wakacje w gazetce Natury - zainteresowałam się nim, ale nie za bardzo miałam czas się po niego wybrać.
Jakiś czas temu szukałam w Tesco mojego ulubionego kremu nawilżającego i - jak na złość - nie było.
Za to akurat ten kusił promocją i w miarę ładnym opakowaniem, więc wzięłam...
 
 
 

 
W całkiem solidnym kartonowym pudełku znalazł się mały (choć solidny!) słoiczek z plastikową zakrętką. Całość jest ciężka i wygląda na trwałą.


 
Niezmiernie się ucieszyłam, gdy odkręciłam nakrętkę i odkryłam aluminiowe zabezpieczenie kremu.
Uff!
Ta pewność, że nikt w nim wcześniej nie grzebał jest bezcenna (i chciałoby się ją mieć zawsze...)
Łatwo się zdarła, a po bokach nie zostały żadne resztki kleju - plus.



 
Krem jest biały, dość lekki - chociaż stosunkowo gęsty. Łatwo się go rozsmarowuje, choć trzeba odrobinkę więcej niż zwykłego kremu, żeby pokryć całą twarz.


Jeśli chodzi o nawilżenie, to niestety - nie zauważyłam. Ok - w ciągu dnia buzia nie była przeraźliwie sucha, podkład się nie łuszczył, ale już następnego ranka znów Sahara zamiast cery.
Krem szybko się wchłania i zostawia taki film na buzi jak silikonowe bazy pod makijaż. Buzia jest wyraźnie wygładzona, jakby "ślizga".  Łatwo na nim rozprowadzić podkład i nie warzy się.
Przedłużenia trwałości makijażu nie zauważyłam - może kilkanaście / kilkadziesiąt minut dłużej makijaż wyglądał jak swieżo zrobiony - nic szczególnego...
 
Nie wiem jak z wydajnością, bo używałam go tylko przez tydzień regularnie, a teraz sporadycznie - póki co niewiele ubyło.
 
Cena to (w promocji) około 15 zł, a ja tutaj kupiłam go za jakieś 3 - 4 funty.
 
Ogólnie przyjemny produkt - porównywalny z tańszymi bazami pod podkład. Ale nic koniecznego...
 
Używałyście?


17.06.2013

Essence, Breaking Dawn 2 - lakier do paznokci 04 Edward's love

Ostatni wampirzy produkt. Uff :)
Szczerze mówiąc do teraz nie wiem czemu tak szybko grabnęłam ten lakier... Zwłaszcza, że niebieski podobał mi się o niebo bardziej.
Kiedy pierwszy raz pomalowałam paznokcie tym czarnym aż złapałam się za głowę... O Latający Potworze Spaghetti, cóż ja uczyniłam?
Na szczęście później trochę się do niego przekonałam i ostatecznie nie uważam tego za najgorszy zakup zeszłego roku :)
 
Butla jak butla - gruba, ciężka, szklana. Lądowała już na podłodze i żyje. Zakrętka plastikowa i solidna, choć do trzymania troszkę nieporęczna - bo bardzo gruba.
 


Pędzelek krótki i gruby - z jednej strony 2 machnięcia i paznokieć gotowy, a z drugiej - trudno takim precyzyjnie malować z ominięciem skórek.
 


Na paznokciach wygląda tak (zdjęcie paznokci sprzed około pół roku - z czasu używania odżywki Eveline 8w1, bo teraz wyglądają jak 10 nieszczęść...):




W buteleczce wygląda jak rozgrzany asfalt w pełnym słońcu, a na paznokciach to po prostu czerń z ogromną ilością srebrnego brokatowego pyłu.
Brokat jest drobny i nie odstaje - nie jest wyczuwalny na powierzchni paznokcia.
 
Nie jest leisty, ale nie jest też za gęsty - rozprowadza się łatwo. Ja nakładam zawsze tylko jedną warstwę i ta schnie dość szybko (na wyschnięcie drugiej nie miałabym cierpliwości czekać).
 
Biorąc pod uwagę, że zmywam, piorę i gotuję zdarte końcówki pokazują się już następnego dnia. Chociaż podczas urlopu w Pl, gdy leżałam i pachniałam spokojnie przez 2-3 dni wyglądały przyzwoicie.
 
Ostatnimi czasy nie czuję się za dobrze z ciemnymi paznokciami, bo nie mam czasu zmywać ich co 2 dni i nakładać świeżej warstwy, ale dla tego czasem robię wyjątek...
 
Lubicie czerń na paznokciach?


15.06.2013

Essence, Breaking Dawn - lipgloss 02 renesmee red

Kolejna rzecz z edycji wampirzej.
Przysięgam, że z odnalezieniu na dysku zdjęć został mi już tylko jeden wampirzy produkt.
Nie wierzę, że firma do każdej limitki opracowuje nową recepturę, więc może kiedyś coś podobnego wróci ;)
 

 
Błyszczyk ma standardowe opakowanie z mocnego, grubego plastiku. Moje dziecko już nie raz go dopadło i nawet nie widać śladów ząbków.
Napisy mocno się trzymają, a przezroczysta całość pozwala się oszukiwać, że na ustach otrzymamy cudowną czerwień.
 
Sam aplikator jest dość śmieszny - ma kształt... czopka!
Teoretycznie ma ułatwiać nałożenie błyszczyku, ale ja (ciemna masa) przez pierwsze kilka minut nie mogłam się ogarnąć jak się za to zabrać...
 


 
Błyszczyk jest gęsty, bardzo kleisty. Intensywnie pachnie czymś bardzo słodkim (mnie ten zapach irytuje). Na dłoni prezentuje się całkiem przyzwoicie - już nie tak czerwono jak w opakowaniu, ale nieźle. Ma w sobie pełno grubego brokatu - tego też nie znoszę, bo choinka ze mnie licha (w opakowaniu ten brokat aż tak nachalnie nie wyglądał).


 A na ustach wygląda tak:




Jak dla mnie nijak.
Chciałam czerwieni (którą sugeruje opakowanie), a mam jakąś grubą prawie przezroczystą warstwę, a do tego pełno brokatu!
Żeby było śmieszniej - błyszczyk potwornie się klei, rozpuszczone włosy przy nim strach nosić. Szybko się zjada, a brokat zostaje na suchych ustach (wygląda to komicznie).
 
 
Ja już się na żaden błyszczyk ani pomadkę Essence nie skuszę (po tej), ewentualnie mogę jeszcze wypróbować ich tinty :)

08.06.2013

Natura Silk - jedwabna kuracja

Był swego czasu "szał" na jedwabie - wtedy oczywiście żadnego nie miałam. Teraz szał się skończył, wiara w cudowne właściwości jedwabiu do włosów przycichła, a ja wypatrzyłam taką butelczynę za obłędne 4 zł z groszami i wzięłam, bo co mi tam!
 

Jedwab zamknięty jest w małej, plastikowej buteleczce. Czarny korek zawiera pompkę co jest bardzo na plus przy aplikacji takiego produktu.
Sam jedwab jest przezroczysty, gęsty, ładnie "perfumowo" pachnie, jest śliski (jak to jedwab!) i pozostawia na dłoniach po użyciu taka warstwę silikonową jak niektóre bazy pod makijaż...


 
Pompka nabiera na raz nie obiecaną na ulotce kroplę, ale ilość wielkości dużego ziarnka grochu - w sam raz na długie włosy.
 
Co do samego działania - początkowo stosowałam je na naturalne fale - wgniatałam odrobinę, gdy za bardzo się puszyły (wtedy jeszcze je rozczesywałam!) i dzięki temu zaczynały wyglądać jak powinny - zwarte, nie busz i lok przy loczku. Podkreślę to słowo: zaczynały, bo gdy tylko jedwab przysechł zamiast włosów miałam na głowie stóg siana po tornadzie - każdy włos w inna stronę i nijak nie szło tego przyczesać.
Szybko zmądrzałam i przestałam używać go na loki.
 
Nieczęsto prostuje włosy, ale gdy już to robiłam starałam się pamiętać, aby nanieść trochę tego jedwabiu odpowiednio wcześniej i prostować je gdy wyschnie - bardzo pomagało. Prostownica łatwiej "szła" po włosach.
Gdy były już całkiem proste też wcierałam w nie odrobinę produktu - utrzymywały się proste znacznie dłużej (nawet przy wilgoci!), łatwiej było je rozczesać, były miękkie i mega lśniły! 
 
Właściwie dla tego efektu po prostowaniu chętnie kupię go ponownie.
 
Widzę jedną wadę - użyłam go nie więcej niż 20 razy w ciągu jakiegoś roku, a jest go już resztka, którą coraz trudniej wydobyć z dna. Szkoda, że tak słabo z wydajnością...

02.06.2013

Tresemme, Split Remedy - maska do włosów

Dwie notki temu pokazywałam Wam maskę keratynową z którą nie za bardzo się polubiłam - teraz czas na mojego faworyta.
Używam już kolejnego opakowania (z małym skokiem w bok do keratynowej).
 

 
Maska ma standardowe dla Tresemme, solidne, plastikowe opakowanie. Sama się nie odkręca, rzucanie jej nie straszne, a pod prysznicem z mokrymi dłońmi ma się okazję stworzyć własną encyklopedię przekleństw.
Słoik jest biały, nakrętka zielona, pojemność 300 ml, a koszt to zawsze około 5 funtów.



Sam produkt jest biały, ładnie "perfumowo" pachnie.
Ma dość lekką, nie kleistą, ale też nie rozlewająca się konsystencję.
Na swoje (długie) włosy nakładam porcje wielkości śliwki - produkt jest dość wydajny.
Maska świetnie się rozprowadza, łatwo nią "dotrzeć" do wszystkich włosów.
Ja swoje włosy czeszę tylko podczas kąpieli - właśnie po nałożeniu maski - i mam to dzięki niej bardzo ułatwione. Włosy są śliskie, nie muszę się szarpać z kołtunami.
Łatwo się spłukuje.
 
Już po wysuszeniu włosy są wyraźnie bardziej miękkie, lśnią, nie plątają się i znacznie mniej puszą.
Nie obciąża moich włosów, nie zostawia na nich tłustego "nalotu".
Lekko nią pachną - mi to nie przeszkadza.
 
Ach - sama jej nazwa: wiadomo, że nic nie sklei i nie naprawi końcówek - nie po to ją kupiłam. Producent zapewnia, że końcówki będą lepsze o 80% już po 3 użyciach... Oczywiście bzdura ;)
Zauważyłam, że przy jej regularnym stosowaniu końcówki nie są aż tak wysuszone i nie zaczynają się rozdwajać tak szybko po ścięciu, ale jak już się rozdwoją, to ta maska im nie pomoże ;)
 
Ogólnie ją lubię i w kwestii masek do włosów, to mój nr 1 :)

01.06.2013

Essence, Breaking Dawn - pomadka do ust, 01 A piece of forever

W zasadzie nie lubię szminek, choć czasem o tym zapominam.
Tak właśnie było, gdy zobaczyłam zdjęcia tej szminki na stronie Essence - od razu poprosiłam kumpele, żeby mi "po drodze" kupiła.
(Tak - wampirza edycja już dawno nie jest dostępna, ale kto powiedział, że pod tą czy inna nazwą nie wróci?)
Ale czemu nie zerknęłam na swatche? No czemu?
 

Szminka zamknięta jest w standardowym plastikowym "szminkowym" opakowaniu.
Nie jest specjalnie porządne, ale też nie użytkuje jej na tyle, żeby się miało zrobić nieestetyczne.
Jeszcze się nie połamało, napisy nie zeszły, sama się nie otwiera - nie narzekam.
Kosztowała jakieś 11 zł.



 
Sztyft wykręcany, w całości złoty z ogromną ilością brokatowych drobinek.
Przyznam się Wam do czegoś - ja myślałam, że ona będzie zostawiać usta złote ;( Taki złoty, połyskliwy "wampirzy" efekt mi się marzył.
Tymczasem:


 
Spełnienie moich marzeń, to to nie jest - ot, przezroczysta błyszcząca baza ze złotymi drobinkami.
Ja chciałam złotą całość! :(
 
Na ustach wygląda tak:


 
 
Na pewno są dziewczyny, które lubią taki delikatny "błyszczykowy" połysk.
 
Trwałość słaba - jedzenia czy picia nie przetrwa. Bez posilania też długo nie wytrwa, bo baza się "zliże", a drobinki znikną...
Włosy się do tak pomalowanych ust kleją bardzo chętnie ;)
 
Sama pomadka jest dość miła w użytkowaniu - słodko pachnie, lekko się rozprowadza, nie jest "tępa" w użyciu.
Nie wysusza, a przynajmniej ja tego nie zauważyłam.
Brokat nie zostaje w załamaniach - raczej po prostu znika.
 
 
A jakie jest Wasze wyobrażenie o wampirzych ustach?
Imionami nie polecę, bo słabo je znam, ale w Zmierzchu (nie mam pojęcia której części) jest taka scena, gdy ta wampirzyca blondyna (ta wredna) opowiada Belli jak została wampirem.
Ma wtedy taki genialny ni to szary, ni to srebrny makijaż oczu i jeszcze genialniejszy kolor ust - musze odszukać zdjęcie (a wcześniej imiona!) - to wg mnie najlepszy makijaż w tych filmach.