Obserwatorzy

30.05.2013

Wolę wackiem orać pole niż... iść do fryzjera

Serio.
Nie wiem czy wszelcy fryzjerzy tej planety mają swój własny unikalny język, którego reszta świata nie rozumie.
Czy może po prostu mają zbyt mało okazji, żeby sobie twórczo ulżyć i zamiast kupić sobie plastikową głowę ćwiczą na głowach klientów?
W każdym razie ja królikiem doświadczalnym być zamiaru nie mam.
 
Gdy chce mieć podcięte KOŃCÓWKI - co podkreślam 1000 razy i dodaje, że "NAJMNIEJ JAK SIĘ DA", to mam chyba prawo oczekiwać, że nie wyjdę ścięta na zapałkę?
Ano widać nie.
Bo zdarzyło mi się iść podciąć końcówki z włosami sięgającymi niżej stanika, a wrócić z takimi do szyi.
Zaraz się ktoś znajdzie, kto powie, że widocznie tyle było zniszczone...
Serio? 30 cm włosa?
 
Z racji, że NIGDY nie wyszłam od fryzjera w pełni zadowolona, zakupiłam nożyczki fryzjerskie i biorę (w)los we własne ręce.
U fryzjera nie byłam już dobre 3 lata i być zamiaru nie mam.
Jak sobie sama utnę źle - to źle będę miała, ale przynajmniej 3 lat zapuszczania nie zgarnę lekką ręka do kosza.
 
Nie zależy mi na jakiś cudach wiankach wymyślnościach - włosy ścięte prosto mnie nie rażą... Teraz akurat poniosły mnie wodze fantazji i ścięłam sobie na wielki szpic. Za duży ten szpic, ale już wiem co poprawić i następnym razem zrobię mniejszy.
Aczkolwiek płakać nie płacze - oryginalnie jest i twórczo ;)
 
 


Chociaż zestawienie dwóch jednej wielkości zdjęć przekracza moje możliwości graficzne, mam nadzieję, że widać ile i jak uciachałam..
 
Nie widać tego (mój Nikon takich sztuczek nie zna), ale końcówki były już bardzo zniszczone. Rozdwajały się, a nawet rozczwarzały - najwyższy był czas coś z tym zrobić.
I zrobiłam.
Kilka cm od końca machnęłam też nożyczkami do cieniowania - aczkolwiek póki co nie wiem na czym ich czar polega (i go nie widzę).

Tak, tak - następnym razem postaram się o wyraźniejsze zdjęcia.


Ścinacie włosy same czy oddajecie się w ręce "fachowców"?
 


27.05.2013

Tresemme, Keratin Smooth - maska keratynowa

Jak wiecie jestem absolutnie zakochana w Tresemme.
Kiedy tylko potrzebuje coś "włosowego" kieruję się do ich zakątka w Tesco :)
Gdy odkryłam serię keratynową od razu wiedziałam, że coś z niej będę musiała mieć.
I miałam!
Kiedy skończyła mi się ich ulubiona maska do włosów, a na półce w sklepie jej też brakło, sięgnęłam po tą keratynową...
 
 
 

Maska zamknięta jest w standardowym - dla Tresemme - plastikowym "słoiku" o pojemności 300 ml.
Kosztuje zawsze w okolicach 5 funtów.
Pokrywka mocno trzyma - trudno ją odkręcić mokrymi dłońmi pod prysznicem.
Całość jest dość solidna - nie raz już fruwała, upadała i lądowała w koszu na śmieci (dziecko odkryło do czego on służy:D)




Sama maska jest biała, gęsta, wręcz mazista.
Zazwyczaj maski Tresemme są dość lekkie, ale ta się wyróżnia - jest kleista, jak gumowata - nie przepadałam za jej nakładaniem. Mało tego - trzeba było jej bardzo dużo nabrać, żeby wystarczyło na całe włosy. W związku z powyższym - skończyła się szybciej niż zazwyczaj.
A zapach... no cóż. Pachniała bardzo kwaśno (zasługa keratyny - ona sama strasznie cuchnie), nie nazwałabym tego przyjemnym aromatem.
 

Co do działania - ta seria została stworzona z myślą o stylizacji na ciepło. O ile rzeczywiście wytargałam suszarkę czy choćby wyprostowałam później włosy, to włosy wyglądały ok - puszenie zmniejszone, włosy dość lśniące i prawie miękkie.
Ale (jak zazwyczaj) jeśli zostawiłam je same sobie, to lichutko - włosy skrzypiące, szorstkie, matowe, zupełnie bez połysku.
 
To chyba pierwszy produkt Tresemme z którego nie byłam w pełni zadowolona - może gdybym posłuchała producenta i stylizowała włosy na ciepło, to miałabym o niej lepsze zdanie, ale w sytuacji "schnijcie jak chcecie" nie mogę jej zawdzięczać ani odżywienia, ani poprawienia wyglądu włosów...
Do tego ten zapach i mazistość!

Szkoda.


24.05.2013

Essence, Nail art - special effect! topper

Odkąd odkryłam Essence zawsze będąc w Naturze staram się zerknąć i wypatrzyć nowe cudeńko.
Tak było i z tym topperem, który kupiłam podczas przymusowego postoju w Polsce...
 

Już nie pamiętam ile kosztował - pewnie około 11 zł.
Zamknięty jest w standardowej szklanej, solidnej butelce przez którą widać ogrom jego dobrodziejstwa :)
 
 
Tutaj widać paznokieć pokryty tylko nim (1 warstwa):



 
Topper to przezroczysta baza w której zatopione są różnokolorowe drobinki brokatu. Sam brokat jest w trzech wielkościach - od sporych do bardzo maleńkich drobinek.


 
Co mnie megazaskoczyło - trzyma się na paznokciach dobre 3 dni (gdzie przy moim trybie życia już następnego zawsze mam odpryski) - zarówno sam jak i wtedy, gdy pokrywa inny lakier.
Znacznie przedłuża trwałość lakieru, który jest pod nim i nadaje połysk.


 
Pędzelek jest gruby i nabiera na raz dużo brokatu, a co najważniejsze - rzeczywiście zostawia go później na paznokciach.
Brokat nie odstaje z lakieru - tworzy w nim gładką, równą powierzchnię.
Ze zmywaniem gorzej - trzeba się nie lada namęczyć, żeby się brokatu z paznokci pozbyć, ale to akurat standard.

Tu na niebieskim lakierze:


Jest wydajny - póki co ubytku nie widać, a użyłam go już kilkanaście razy.
Nie zauważyłam, żeby zgęstniał czy zaczął się ciągnąć - nie jest też bardzo rzadki. Konsystencja jest w sam raz.
 
Bardzo lubię efekt, który daje i z pewnością nie jest to mój ostatni Essencowy topper ;)
 


18.05.2013

Transparentna kredka do ust - gdzie szukać?

Pomocy! :)
Pewnie bywacie w drogeriach częściej niż ja (bo ja ostatnio zakupów nie mogę znieść), więc orientujecie się lepiej:
 
W szafach których firm (polskich lub angielskich) szukać przezroczystej kredki do ust?
 
Widziałam kiedyś w tv i raz na jakimś blogu, ale za Chiny sobie nie przypomnę jakiej to było firmy.
 
A zawsze mi się gdzieś pomadka za kontur wyciapie, już nie wspominając o tym, że kształt ust bym chciała nieco poprawić ;)
 
A może którąś z takich kredek szczególnie polecacie?
 
Wspomóżcie Kropka... a raczej Kempka :)

16.05.2013

Carmex wiśniowy - balsam do ust

Carmen był jednym z tych kosmetyków co do których nie zastanawiałam się w kwestii kupna. Dużo o nim wcześniej słyszałam, a że szła zima - postanowiłam zadbać o usta.
Już "dogorywa", mam go dobre 2 lata i choć tylko na początku grzeszyłam z nim systematycznością, to opinie o nim sobie wyrobiłam.
Z pewnością były to dobrze wydane pieniądze (choć już nie pamiętam jak duże).
 

 
Carmex ma różne typy opakowań - od metalowych puzderek do wyciskanych tubek. Ja skusiłam się na tubkę, bo wydała mi się najbardziej higieniczna.
Rzeczywiście balsam bez przeszkód wychodzi przez dziurkę - nie wiem jak by było przy końcówce opakowania, bo mojego jest jeszcze sporo (jest megawydajny!).

 
Mój niby jest wiśniowy, ale tej wiśni nie czuje i nigdy nie czułam - pachnie bardzo mentolowo.
Nałożony cienką warstwą jest dość smaczny, ale przy grubszej warstwie czuć ohydny plastikowy posmak.
Jest gęsty, ale nie tępy - łatwo się rozprowadza. Dość długo zostaje na ustach, ale po jakimś czasie robi się na nich trochę "chemiczny". Włosy się za bardzo do niego nie lepią (uff!).


 
Jeśli pamiętam, by używać go regularnie nie mam najmniejszych problemów ze spierzchniętymi ustami.
Zazwyczaj nie pamiętam... Na szczęście Carmex sobie z moją słabą pamięcią radzi - nawet mocno popękane usta po kilku nałożeniach robią się gładkie i miękkie.
Mam wrażenie, że on koi skórę na ustach - często sobie przygryzam, albo zrywam skórki, a po jego aplikacji przestają mnie piec.
Dobrze, a przede wszystkim bardzo szybko nawilża.
Po nałożeniu czuć na ustach lekki chłodek (ale dość szybko znika).
Nałożony jest prezroczysty, daje efekt lekko "mokrych" ust.
 
Z pewnością będę do niego wracać.
 
Znacie go?
Używacie?

12.05.2013

Mamowo: Babydream - zestaw trzech pierwszych szczoteczek do zębów

Żeby zdrowe ząbki mieć trzeba tylko chcieć.
 
Michał szybko zaczął ząbkować, bo już w drugim miesiącu... Ale minęło pół roku nim pierwszy ząb się pokazał... a właściwie dwa zęby, bo wyszły od razu dwie dolne jedynki.
Później poszło piorunem - mając 15 miesięcy miał 16 zębów i ten stan utrzymuje się do dziś.
Brakuje 4, ale czekamy cierpliwie :)
 
Długo szukałam dla niego szczoteczki - najpierw wypatrywałam takiej gumowej nasadki, którą nakłada się na palec i "szoruje" dziecku zęby. Nie trafiłam. Zaczęłam szukać malutkich szczoteczek, ale żadna mi nie pasowała...
 
Podczas mojego przymusowego wygnania w Polsce w Rossmannie znalazłam takie coś:
 

 
...i wzięłam od razu!
Cały zestaw 3 szczoteczek kosztował obłędne 10 zł, a praktycznie eliminuje problem "Jak nauczyć dziecko mycia zębów?"
 
 
Pierwsza jest silikonowa szczoteczka z wypustkami zamiast włosków. Do tego posiada blisko główki "zatyczkę" dzięki której dziecko nie może jej wepchnąć za głęboko.
Póki co tak się składa, że utknęliśmy na jej etapie, bo Michał bardzo lubi myć zęby sam, a boję się żeby sobie innej nie wepchnął do gardła... Wszelkie higieniczne normy wymiany szczoteczek już przekroczyliśmy, ale sumiennie płucze ją wrzątkiem (mam nadzieję, że to coś daje).

 
Następna w kolejności szczoteczka ma plastikową obudowę, ale sama część myjąca jest silikonowa i nadal nie jest to włosie, a silikonowe "ząbki":
 

I w końcu trzecia, już "normalna" ze zwyczajnym (choć krótkim) włosiem:



 
Są solidnie wykonane, rączka nie ślizga się w małych rączkach.
 
Jeśli macie maluchy w wieku zdobywania tytułu Czystego Ząbka, to zerknijcie za tym cudeńkiem.
 
Informuje, bo sama długo szukałam i nikt mi nie potrafił wskazać gdzie takie cudeńka zdobyć :)

11.05.2013

Essence, Breaking dawn - róż do policzków z wampirzej edycji

Kolejna rzecz, która skusiła mnie podczas urlopowych spacerów po Naturze.
Akurat nad tym się ani chwili nie wahałam, a od pierwszego użycia jestem w tym różu zakochana bez pamięci (nie zawsze z wzajemnością)
 
 
 
Była to limitowana edycja, więc nie jest już dostępny. Ale zauważyłam, że takie rzeczy czasem wracają pod innymi nazwami ;)
Kosztował 12 zł.
Ma plastikowe opakowanie - nie wygląda zbyt solidnie, ale póki co mi się nie rozpadło (druga sprawa, że się z nim nie przemieszczam). Jest przezroczyste, a czarne skąpe napisy nie przeszkadzają w podejrzeniu co jest w środku.
Zatrzask dobrze trzyma i nie otwiera się sam.
 

 
Sam róż jest dość miękki (ale nie pyli i się nie rozkrusza przy nabieraniu). Jest dobrze zmielony.
Nie zawiera żadnych brokatowych drobinek - to całkowity mat.
Łatwo go nabrać pędzelkiem i nie odniosłam wrażenia, żeby jedno muśnięcie zbierało go w nadmiarze.
Kolor to bardzo ostra czerwień, ma może leciutka domieszkę pomarańczy - przy odrobinie pracy mogłaby przypominać ślady po krwi.
 
Jeśli mocniej docisnąć i machnąć po ręce wygląda tak (góra), a niżej efekt po lekkim roztarciu:


 
Po mocniejszym roztarciu tak:
 

Trochę się namęczyłam, żeby go złapać na zdjęciach makijażu, bo jeśli machnę nim w granicach rozsądku, to na zdjęciach go nie widać, a z kolei niespecjalnie mi się chce robić z siebie matrioszkę ;)





Przepadam za nim.
Oczywiście - łatwo przesadzić z taką czerwienią, ale lekko nałożony daje efekt promiennej, świeżej buzi.
Podoba mi się taki rumieniec niczym u Stefci Rudeckiej na widok Ordynata ;)
Trwałością nie grzeszy - z pewnością całego dnia bez poprawek nie wytrzyma. Właściwie dość szybko się ściera, ale mi to nie przeszkadza póki co.
Nie zapycha (a przynajmniej wzmożonego wysypu niechciejstwa nie odnotowałam w tych rejonach).
Jest dość lekki - człowiek nie czuje się pod nim jak pod plamą farby.
Łatwo się rozprowadza i rozciera.
 
Obecnie to mój nr 1 :)
 
Skusiłyście się na coś wampirzego?


07.05.2013

Collection 2000, Cream Puff - 1 Cotton Candy

 Odkąd pierwszy raz zobaczyłam ją u Maggie - wiedziałam, że musi być moja.
Ogólnie nie lubię mazideł do ust, ale czasem o tym zapominam i sięgam po jakiś błyszczyk / szminkę.
 
Skorzystałam z okazji, że był wieczór, TŻ jechał do Tesco po coś co musi być na już i wiedziałam, że jest zbyt zmęczony na negocjacje...
Nieśmiało poprosiłam i szybciutko spisałam na listę dokładną nazwę. Zastrzegłam, że ma sam wybrać kolor, żeby miał poczucie misji...
Kupił idealnie :D


 
Pomadka ma standardowe błyszczykowe opakowanie z błyszczykowym aplikatorem - patyczek z gąbeczką.
Gąbka jest mała i nabiera dokładnie tyle produktu ile trzeba na całe usta.
Całość ma 5 ml i dostępna jest (podobno) 4 kolorach - przy czym ja dotąd spotkałam (i mam) tylko 3.

 


 
Jest wydajny, bo wręcz go nadużywam, a służy mi ponad pół roku.
Nie wiem jak z dosięgnięciem do dna, bo jeszcze tam nie trafiłam.
Buteleczka jest z plastiku, ale nieprzejrzystego, więc nie mogę sprawdzić stopnia zużycia.
Przez te kilka miesięcy nie zmienił ani konsystencji, ani właściwości.
Bardzo przyjemnie pachnie - słodko jak wypieki, lekko waniliowo... :)


 
Na dłoni wygląda tak:


 
Usta moje reprezentatywne nie są, wąskie  liche, a z biegiem czasu zmieniają się coraz bardziej w nitkę.
Postanowiłam, że pierwszy i ostatni raz je pokazuje, ale chciałam zobrazować efekt (wyjechane i nierówne, ale nakładałam "na czuja")

 
 
Jest to typowa pomadka w kremie - ma konsystencje lekkiego musu, jest bardzo dobrze napigmentowana.
Nie robi smug na ustach i dobrze je pokrywa.
Trzeba chwilę poczekać żeby zaschła, ale warto :)
Kiedy już zaschnie jest całkowicie matowa - żadnych drobinek, żadnego błysku czy połysku.
 
Podkreśla suche skórki i wysusza usta - wskazane wzmożone nawilżanie.
 
Jak już zaschnie nie straszne jej kilka łyków picia ani kilka kęsów jedzenia (ale całego kubka kawy, ani całego obiadu nie przetrzyma).
Schodzi równomiernie, nie zalega w załamaniach.
Trwałość nie zła - bez jedzenia, picia i całowania wytrzyma kilka godzin (a szybkie poprawienie nie sprawia problemu).
 
Kosztuje około 3 funtów, ale często widzę na nie promocje "3 w cenie 2".
 
 
Lubicie matowe pomadki?
 

05.05.2013

Pożegnanie z morzem - Lulworth Cove i Durdle Door po raz trzeci

...i ostatni :(
Prędzej niż później opuszczam Anglię i nie widzę już okazji do ponownych tam odwiedzin.
 
Tym mi trudniej, że to moje najukochańsze miejsce na świecie.
Tak. Piszę to z pełną świadomością. Jest wiele miejsc, które lubię... niejedno zwiedziliśmy podczas mieszkania tutaj i niejedno mnie zachwyciło, ale Lulworth jest wyjątkowe.
Nie jestem wielbicielką morza. Całe życie uważałam, że wolę góry. Bałtyk mnie zupełnie nie rusza (poza wypatrywaniem bursztynu, muszelek i obmywaniem stópek).
Może to wina położenia nad Kanałem? Ni to morze, ni to ocean...
 
Aż tu nagle to jedno miejsce i uczucie, że się serce zostawiło właśnie tam.
Nie wiem - może 3 życia temu tam mieszkałam, może mi w tamtejszej zatoce robili próbę wody przed spaleniem na stosie, a może pływałam jako wieloryb w tamtejszych wodach. Pojęcia nie mam, ale mnie tam "ciągnie".
Oczywiście - tęsknie trochę za Polską jako krajem lat dziecinnych, Ojczyzną i rodzinnym "gniazdem", ale już z pewnością znacznie mniej niż 3 lata temu.
Rozum z kolei gierami się zapiera, kwiczy i krzyczy, żeby zostać w UK. Trudno mu się dziwić porównując warunki życia - człowiek się szybko przyzwyczaja do dobrego...
A dusza dniem i nocą unosi się tam nad klifami - przeliczam oszczędności (mało) i modle się do Latającego Potwora Spaghetti, żeby się wydało, że moim prawdziwym ojcem jest Kulczyk albo inny Gates i żeby w ramach zadośćuczynienia kupił mi tam dom.
Mały domek z małym ogródeczkiem - znajdę sobie jakiś sposób zarobkowania i już mi się nie będzie nigdy chciało stamtąd wyjeżdżać.
 
Taaaaaak...
 
 
Wcześniejsze wizyty pokazywałam Wam tutaj i tutaj.
 
Po drodze do miejsca przeznaczenia mijamy górki i doliny na których pasą się owce:
 

 
...typowe farmy:


 
...i cudownie urokliwe stare angielskie cmentarzyki:


 
Wreszcie pokonujemy ostatnie górki i już pierwszy raz z daleka widać morze:


Idąc z parkingu oglądamy takie i inne hoteliki:
 


 
...kolorowe pensjonaty:


 
Do samej zatoczki prowadzi jedna ulica, wzdłuż której płynie strumień:


 
...i już widać morze...


 
JEST!


 
Woda taka czysta trafiła się tym razem - akurat był odpływ.
Poprzednim razem podczas przypływu była gloniasta i aż zielona.


 
Moje chłopaki ;D


 
Klify:



 
 
Podobizna Kempka gratis - namawiam Najmłodszego na moczenie stópek (słusznie nie chciał - woda lód)



 
Wszystko co dobre szybko się kończy - czas zbierać się do domu...


 
W drodze powrotnej przyuważyłam drzewko przystrojone całe w dziecięce plastikowe wiadereczka:


 
Jeszcze szybki podjazd na górę zerknąć z daleka na Durdle Door.
Wejść tam z wozem rzecz trudno wykonalna...
Przyznam się, że nie zeszłam i nie patrzyłam na łuk, bo dobijała mnie świadomość, że jestem tam trzeci raz i trzeci raz nie docieram do celu...


 
A teraz, to my już idziemy w stronę Słońca...


03.05.2013

Nivea, Sun kids - krem z filtrem dla maluszków

O ile zimową pielęgnacje buzi dziecka zaniedbałam, o tyle o letnią zadbałam od razu.
Nie znam się na kremach z filtrem, nie używam (błąd), w sumie za dużo się na słońce nie wystawiam i opalać nie lubię.
Ale o dziecko trzeba dbać :)
 
Przyznam, że stając w sklepie przed regałem z kremami dla dzieci kierowałam się głównie estetyką opakowania. Bo czym miałam? Żadnych recenzji wcześniej nie przejrzałam...
W końcu sięgnęłam po ten - był akurat w promocji (3 funty z 6), a do tego to malutkie "podróżne" opakowanie mieszczące się w kieszeni.
W tym roku zaopatrzyłam się w jego dużą wersję, ale zbyt się pospieszyłam - stary jeszcze nie był skończony i jego przydatność nadal nie minęła.
 
 

 
Krem ma dwie wersje - ta mała podróżna i pełne opakowanie. Oba utrzymane są w wesołej biało - żółtej kolorystyce.
Regularna cena małego to 6 funtów, dużego 12 (w promocji o połowę mniej).
Krem posiada faktor 50, można go stosować na twarz i ciało.
 
Sam krem jest bladożółty, dość rzadki - nie spływa przez palce, ale bliżej mu do konsystencji kefiru niż jogurtu.
Ma trochę dziwny zapach, nie jest nieprzyjemny, ale trudno go określić.
Bardzo łatwo go rozsmarować, szybko się wchłania, nie jest tłusty - nie zostawia tłustego "filmu".
Zostawia skórę rozświetloną (jakby miał brokat), nawilżoną i mięciutką.
 
Jeśli jesteśmy na dużym słońcu poprawiam smarowanie co kilkadziesiąt minut.
 
Jak pisałam - używamy go już drugi rok. Ani razu nie zdarzyło się jakiekolwiek poparzenie słoneczne, schodząca skóra czy choćby zaczerwienienie od słońca.
 
Nie podrażnia, nie uczula.
 
Jego przydatność po otwarciu to 12 miesięcy, ale jest bardzo wydajny - wystarczy kropla wielkości groszku, żeby posmarować całą buzię (i to obficie).
Jak pisałam - przez całe lato nie zdołaliśmy wykończyć tego małego opakowania.
 
Polubiliśmy się z nim wszyscy... w tym roku mam zamiar go dziecku podkradać :)


02.05.2013

Essence, I love stage - baza pod cienie


Odkąd pierwszy raz użyłam bazy pod cienie nie wyobrażam już sobie bez niej makijażu.
Tak się akurat złożyło, że kupno obecnej przypadło mi w Polsce, a że zwiedzałam akurat Nature - padło na Essence.
 

 
Opakowanie ma kształt błyszczyku - plastikowa buteleczka z (takim jak błyszczykowy) aplikatorem.
Samo się nie otworzy, z pewnością się nie potłucze, ale łatwo je zgubić.
Aplikator niby higieniczny - produkt można nałożyć bezpośrednio na powiekę (choć moim zdaniem nabiera się go za dużo), ale co z tego skoro i tak trzeba rozetrzeć i wklepać go paluchem?
Chyba wolałabym sama sobie nabrać ile chce skoro i tak muszę po nim szorować ręce.


 
Sama baza ma konsystencje rzadkiego podkładu - jest dość lekka, w cielistym kolorze.
Wydaje się być jasna, ale lekko ciemnieje a powiece - do mojego koloru cery jest odrobinę zbyt ciemna.


 Rozsmarowuje się dobrze, nie robi smug, wtapia się w skórę i szybko zasycha.
 
Użyłam swojego najsłabszego cienia, żeby zobrazować czy podbija kolory - po lewej z bazą, po prawej bez bazy:

 
Jak widać - lekko podbija kolor. Nie jakoś spektakularnie, ale zawsze.
Nie zauważyłam wzmożonych problemów z rozsmarowaniem cieni po jej nałożeniu. Pod wpływem tarcia pędzelkiem nie zbija się w grudki (Joko miała do tego skłonność).
 
Jeśli chodzi o przedłużenie trwałości cieni, to poświęciłam się - nałożyłam ją na jedną powiekę, drugą zostawiłam suchą, pomalowałam się i wyszłam tak do ludzi.
Po kilku godzinach było tak (prawe oko bez bazy, lewe z bazą - czyli tu na odwrót: BAZA PO PRAWEJ):
 

 
Na oku bez bazy widać prześwitującą skórę - cienie się starły.To z bazą trzyma fason.
Czyli ewidentnie podbija trwałość cieni.

W zasadzie nie można mieć do niej wielu zastrzeżeń - jest tania (około 11 zł), podbija kolory cieni, trzyma je na oku dłużej, nie sprawia problemów przy rozsmarowywaniu, jest wydajna i łatwo ją wydobyć z pudełka.
A jakoś... nie mogę się z nią polubić. Chyba jednak zbyt przeszkadza mi sposób aplikacji...
Opakowanie wykończę, ale po kolejne nie sięgnę...


Jakie są Wasze z nią doświadczenia?