Obserwatorzy

28.04.2013

Porównanie białych kredek: Basic 08 i Miss Sporty, Mini - me eye liner

Swego czasu (i nadal się zdarza), gdziekolwiek człowiek by wstawił makijaż z czarną kreską na linii wodnej, od razu słyszał tysiąc razy, że jej tam nie powinno być.
Ok, taka moda - jedynymi słusznym i dopuszczanymi kredkami, z którymi można się było pokazać była biała / cielista.
Na nic tłumaczenia, że niektórzy ludzie (jak ja) źle się w takiej czują, że niektórzy ludzie (jak ja) źle z taką wyglądają i że niektórzy ludzie (jak ja) nie muszą się przejmować, że może o pół milimetra optycznie zmniejszy się oko okolone czarną kredką.
 
W końcu uznałam - kto wie ? - być może tłum w tym przypadku się nie myli... Czemu nie kupić, użyć, spróbować i ogólnie łaj not?
 
Wybrałam się do drogerii i całe szczęście, że skusiłam się na jedną najtańszych białych kredek (Miss sporty), bo ewidentnie to zabawa nie dla mnie.
Drugą białą (Basic) wygrałam w rozdaniu daawno temu.
 
Czemu by ich nie skonfrontować?
 

Kredka Basic ma czarna rączkę, jest standardowo drewniana i trzeba ją temperować.
Póki co jeszcze tego nie robiłam, więc nie wiem jak się wtedy zachowuje.
Ceny nie znam, dostępności też niestety nie.




Kredka jest miękka, nie trzeba długo trzeć, żeby nią cokolwiek na oku namalować. To co namalujemy nie jest blade, wręcz przeciwnie - biała, wyraźna kreska, ale przeraźliwie szybko znika.
Mnie nie uczula, ani nie podrażnia.



 
Kredka Miss Sporty jest wykręcana, zamknięta w plastikowej obwódce.
Kosztuje mniej niż 10 zł (tu około 3 funtów) i jest ogólnie dostępna np. w Rossmannie.



 
Wysunięty rysik jest cienki, dość ostry, ale szybko się tępi. (Żeby go doprowadzić do pierwotnej formy należy ścisnąć czubek w palcach i uformować :D)
Kredka jest okropnie twarda, potwornie podrażnia oko przy próbie namalowania kreski.
A sama kreska... po nałożeniu kilku warstw zaczyna być widać jakiś bladziutki ślad, ale znika (dosłownie) w mgnieniu oka.
 
 
Po lewej Basic, po prawej Miss Sporty:



Podsumowując: do ideału obu daleko...
Żadna nie utrzyma się na linii wodnej dłużej niż kilkanaście minut. Do tego efekt zupełnie mi się nie podoba.
 
Za to znalazłam genialne zastosowanie do Basica - przy wykonywaniu makijażu maluję sporą kreskę pod brwiami i rozcieram palcem - sprawdza się IDEALNIE, utrzymuje na oku kilka godzin i świetnie rozświetla.
Miss Sporty sobie z tym nie radzi - chyba oddam ją Michałkowi - nie będzie żal, gdy pomaże ściany ;)
 
Znacie?
Jakie są Wasze odczucia co do jasnych kresek na dolnej powiece?

27.04.2013

Essence - gel eyeliner, 01 "Midnight in Paris"

Cześć, jestem Kempek i mam problem z kreską.
Z czarną kreską.
Mam tygodnie, że z uporem maniaka ćwiczę jej malowanie, mam miesiące, że nie namaluję żadnej.
Efekt zawsze taki sam - raz na sto miliardów kresek udaje mi się namalować kreskę idealną...
Znaczy rzadko.
 
Spory czas temu zainwestowałam w porządny pędzelek do kresek - świetny zakup, bo przestały wyglądać jakbym je malowała mając atak trzęsawki. Choć do ideału im daleko.
Mając już dobry pędzel postanowiłam kupić tez porządny eyeliner, bo poprzedni można było o kant tyłka rozmalować.
Byłam akurat w Polsce i padło na Essence.
 

Opakowanie bardzo porządne - szklany słoiczek z plastikową zakrętką. Zero szans na przypadkowe odkręcenie, a szkło na tyle grube, że przeżyje upadek.
Cena: około 12 zł - swój kupiłam w Naturze.
Pojemność 3 ml.
Posiadam najciemniejszy, czarny kolor o uroczej nazwie "Midnight in Paris"



 
Sam tusz jest mięciutki - nie ma żadnego problemu z nabraniem go na pędzelek. Swój słoiczek strasznie już ubabrałam próbując oczyścić pędzel z nadmiaru (ale to norma, a ja lubię się pobabrać).
Ogólnie łatwo się go nabiera i dobrze "rozsmarowuje" na powiece.



Eyeliner jest smoliście czarny - tak samo w opakowaniu jak na powiece.
Dość szybko zasycha, ale przy nadmiernym machaniu powiekami (jeszcze świeży) chętnie się odbije. A jeśli uda nam się tego uniknąć, to po kilku godzinach i tak na górnej powiece znajdziemy odbity czarny łuk (choć sama kreska na intensywności nie straci).
Za to nie przysycha w słoiczku, nie gęstnieje i nie zmienia swoich właściwości.
Kreska nie rozmazuje się od dotykania paluchem i radzi z nią sobie (bez problemu) dwufazowy płyn do zmywania.
 
Jest wydajny - z pewnością nigdy go nie skończę, a obecny ubytek określiłabym na jakieś 4-5% (przy czym nie maluje się często, ale mam go dobre 9 miesięcy)
Ach - choć wg producenta powinno się go zużyć w ciągu 6 miesięcy ;) Póki co nie zmienił zapachu, konsystencji ani nie podrażnia, więc używam dalej.
 
Makijaż z jego użyciem możecie zobaczyć tutaj i tutaj.
 
Pewnie kupiłabym kolejny raz, gdyby nie to, że skończą go produkować nim ja skończę słoiczek :)


25.04.2013

Joanna, Sensual - plastry z woskiem do depilacji twarzy

Jak większość kobiet i (chyba) każda brunetka - mam ten problem.
Ok - wujka Władka jeszcze nie przypominam, ale jeśli sobie odpuszczę woskowanie wąsa raz i drugi, to zacznie być go widać z dwóch metrów.
Naturalna rzecz i mówi się trudno, ale przecież nie trzeba tego znosić...
 
O swoich najulubieńszych plastrach Veet pisałam tutaj.
 
Joanne kupiłam przy okazji wizyty w Polsce - chciałam przyoszczędzić. 
Jedno Wam powiem - popsuły się. Kiedyś były znacznie przyzwoitsze.
 

W małym kartoniku znajdujemy 6 podwójnych plastrów z woskiem + tubkę oliwki.
Trzeba przyjąć, że z dobrym woskiem zużyjemy podwójny plaster na raz, ale z powyższym potrzebujemy co najmniej 4 pojedynczych plastrów.
Sama oliwka jest w porządku - delikatnie doczyszcza resztki wosku, łagodzi pieczenie. Ja zawsze nakładam ją palcem, ale można i wacikiem.




Podwójne plastry są ze sobą złączone - łatwo je oderwać.
Wystarczy chwilę potrzeć w dłoniach, by rozgrzać wosk i rozkleić całość.
Trzeba szybko przyklejać do skóry, a jeszcze szybciej zrywać, bo jeśli się zbyt długo wahamy wosk robi się tak miękki, że nic nie wyrwie.
Jakość nie oszałamia - jeden pasek nie zerwie nawet połowy włosków, trzeba dwóch na każdą ze stron - a i to nie wyrywa idealnie wszystkiego.
Do tego zauważyłam, że po ich użyciu nad górną wargą wychodzą mi malutkie krostki - nie podrażnienie, a raczej jakieś... zapchanie (?)
 
W tym przypadku skąpstwo nie popłaciło - po skończeniu opakowania mam zamiar wrócić do plastrów Veet.


23.04.2013

Mamowo: Bambino - krem ochronny z tlenkiem cynku

Z żalem przyznaje, że w ciągu pierwszej Michałkowej zimy zaniedbaliśmy sprawę ochrony jego buzi. Nie wychodziłam z nim zbyt często, bo dyganie dwóch kilkudziesiąciokilogramowych części wózka z piętra na dwór mnie przerastało, a poza tym moja kondycja psychiczna nie była najlepsza. No dobra - byłam najgrubsza w życiu i nie miałam najmniejszej ochoty, żeby ktoś mnie oglądał.
W te nieczęste okazje przenosin nosidełka z domu do auta i z auta do domu uznałam, że "nic mu nie będzie".
Było.
Na policzkach ma całe mnóstwo pękniętych naczynek, które nie znikają :(
Nie widać tego bardzo, ale z bliska - owszem.
Martwię się, żeby kiedyś dziecko nie miało do mnie pretensji, więc czym prędzej zaopatrzyłam się w krem ochronny.
Wybrałam polski - Bambino, znany chyba wszystkim.
 

 
Krem zamknięty jest w metalowej, kolorowej puszce.
Wieczko dobrze trzyma - nie ma szans, żeby dziecko samo otworzyło opakowanie, albo żeby coś się rozbabrało w torebce.
O ile pamiętam jest kilka wielkości opakowania - cenowo też się różnią. Dokładnie ile kosztuje nie pamiętam, ale nie jest drogi.
Mamy pewność, że nikt w kremie nie macał, bo zabezpieczony jest sreberkiem - ma ono jedną wadę: jeśli nie zerwie się za pierwszym zamachem, resztki wciskają się w krem i nieźle się trzeba zababrać, żeby je wydobyć.




Krem jest gęsty, dość tłusty, ale łatwo się rozprowadza.
Wchłania się dość szybko, ale pozostawia na buzi tłusta warstewkę.
Mojego dziecka nie uczulił (i nie zaszkodził, gdy pewnego dnia został oblizany z rączek).
Wystarczył nam na całą dłuuugą zimę.


 
Nie wiem jak zabezpieczał przed zimnem - bo jak to sprawdzić? Moje dziecko póki co nie potrafi powiedzieć czy go mniej z zimna szczypie nosek ;)
Stosowaliśmy nie tylko na wyjścia, ale codziennie, żeby weszło w nawyk - buzia była mięciutka i cudnie pachniała. Czerwieniła się na zimnie tak samo jak wcześniej.
Trochę uspokoiłam sumienie, że w tym roku dbam, ale - niestety - nowe czerwone naczynka się i tak pojawiły :(
 
Krem będę nadal kupować na okres jesienno-zimowy, bo zrobiliśmy ze smarowania codzienny rytuał. Ma całkiem poprawne działanie - nawilża buzię (i rączki), nie uczula.
Jednak gdybym znalazła coś, po czym nie pękają nowe naczynka, to z tego bym zrezygnowała...

19.04.2013

Dla mam spodziewających się z uk - program o położnych

Widzę po statystykach, że posty "porodowe" cieszą się sporym zainteresowaniem.
 
W związku z tym
uprzejmie donoszę,
że oglądając ostatnio TV przypadkiem natrafiłam na program o położnych nagrywany w UK.
 
Wszystkie mamy, które spodziewają się dziecka, a mieszkają w UK i może chciałyby podpatrzeć jak to wygląda "z drugiej strony" (są bardzo dobrze pokazane warunki, sprzęt, ogólnie realia) niech zerkną na Tvn Style.
 
Z tego co widzę odcinków jest 6.
 
Dziś widziałam drugi, a kolejny będzie w sobotę 20.04 o godz. 20.15 (+ powtórki)
Czwarty ma być w sobotę 27.04, też o godz. 20.15 (+ powtórki)


17.04.2013

Moje włosy i aktualna pielęgnacja - kwiecień

Zawsze z wypiekami na twarzy (i prawie ślinotokiem) oglądam Wasze aktualizacje włosowe.
Nie mogę się napatrzeć na te lśniące, zdrowe włosy. Wpadam w rozpacz próbując sobie odpowiedzieć na "Kiedy ja będę takie miała?".
Cóż... Moje włosy dzieli morze od tych, które Wy pokazujecie, a w tym morzu pływa jeszcze... skręt.
Nie że do palenia, ale też można oszaleć.
Wszystkie aktualizacje włosowe, które śledzę dotyczą włosów prostych.
Moje się kręcą - czasem mniej, czasem więcej, ale zawsze falują.
 
Od kilkudziesięciu tygodni zmieniam pielęgnacje.
Może inaczej - w ogóle ją zaczynam. Był czas, że wystarczył mi szampon i odżywka... Teraz stopniowo wprowadzam nowe rytuały i nowe produkty (poza szamponem i odżywką - tych nie zmienię póki mam do niech dostęp). Dodałam olejowanie, maski, brak czesania na sucho, wycieranie w bawełniana pieluchę, a nie ręcznik.
Oczywiście wszystko powoli - żeby wiedzieć co służy, a co nie...
 
Zdjęcia od tyłu nie są zbyt wyraźne, bo Tomek niespecjalnie chciał zostać fotografem, a Michałek akurat wtedy postanowił dostać się wyżej - chodził między nami z wyciągniętymi rączkami, więc fotografowanie włosów musiałam sobie załatwić sama.
 






Uważam, że prawie całe wyglądają w porządku. Nie perfekcyjnie, ale nie tragicznie.
Najgorzej jest z tyłu - tam gdzie w nocy targają się o poduszkę. W tym miejscu są napuszone i poplątane. Nie bardzo mam pomysł jak to rozwiązać - uważniejsze spanie nie jest możliwe, bo i tak nie rzucam się w nocy śpiąc jak sardynka między dwoma chłopakami :D
 
Jeśli chodzi o to jak o nie dbam:
1. Staram się przynajmniej raz w tygodniu, na parę godz. przed myciem nałożyć olej (obecnie migdałowy).
2. Myję szamponem Tresemme  Naturals z obniżoną zawartością silikonów - nakładam szampon tylko na skalp, a po włosach ledwo spływa.
3. Po myciu nakładam odżywkę Tresemme Naturals - do spłukiwania.
4. Po spłukaniu odżywki nakładam maskę (też Tresemme), pozwalam jej chwilę pobyć na włosach, po czym rozczesuję je grzebieniem z szeroko rozstawionymi zębami.
5. Ostatnie spłukanie (po czesaniu) robię bardzo delikatnie, a do tego zimną wodą.
6. Staram się wycierać włosy w tetrową pieluszkę - choć często bywa, że przypominam sobie o niej kiedy już wysuszę je ręcznikiem.
7. Wilgotne (odciśnięte) włosy spryskuje sprejem nabłyszczającym/ułatwiającym rozczesywanie/ jaki tam akurat mam (Tresemme).
8. Nakładam balsam podkreślający skręt (wcześniej Nivea - o którym pisałam, że bubel, teraz kupiłam balsam Twisted Sista i też bubel).
9. Ugniatam loki.
10. Pozwalam im wyschnąć na powietrzu.

Po czym powinno być: 11. Wysłuchuję narzekań na temat czasu przesiadywania w łazience ;)

W ciągu dnia:
Czasem przeczesuję włosy, ale tylko te przy skalpie (bo sterczą jak aureola).

+ Żeby mojego dziecka nie kusiło wyrywać kosmyków latających luzem - skręcam je w wałek, składam na trzy i przypinam do głowy klamrą.


Na dniach planuję podcięcie końcówek. Właściwie trochę więcej niż tylko końcówek.
Planuję też zakup nowej maski do włosów oraz (mam nadzieję, że już nie bublowatego) balsamu na skręt. Rozmyślam też nad pianką.


14.04.2013

Nivea - dwufazowy płyn do demakijażu

Pierwszy raz z tym dwufazowym płynem do demakijażu miałam styczność w Polsce - kupiłam, bo nie zabrałam swojego, a był akurat w promocji.
Drugi raz (głupia!) kupiłam go w Anglii, bo nic innego nie wpadło mi w oko... Mimo, że już w Polsce mi nie służył.
Ehh...
 Czemu ja tak mam?
 

 
Płyn jest zamknięty w plastikowej, ale solidnej butelce. Ma korek zamykany na "klik" i trzyma mocno - nie trzeba się bać, że przypadkiem się otworzy i wyleje np. w podróży.
Kosztuje (w promocji) około 10 zł, a w uk około 3-4 funty.
Sam płyn składa się z dwóch warstw - białej tłustej i niebieskiej lekkiej.
Przed wylaniem na wacik trzeba mocno wstrząsnąć, żeby obie części się zmieszały - i tu zgrzyt nr 1 - prawie od razu po zakończeniu mieszania płyn wraca do dwufazowej postaci. Często nie zdążę nawet go wylać na wacik, a już jest rozdzielony.
 
Jeśli chodzi o działanie, to całkiem sobie radzi - ściera makijaż bez zarzutu, tusz, eyeliner - nic mu nie straszne.
 Zostawia na oku "mgłę", co mi bardzo przeszkadza, a na skórze tłusty film i trzeba sporo czekać nim to zniknie (ze skóry można zetrzeć, ale rozmazany obraz z oka nie zniknie tak łatwo).
 
Dla mnie ma dodatkowy, wielki minus - więcej go nie kupię (mimo, że już dwa raz to zrobiłam).
Mianowicie: mimo napisu na opakowaniu, że jest do "delikatnych okolic oczu" potwornie mnie podrażnia! Oczy mnie po nim szczypią, pieką - nie mam wrażliwych oczu i raczej nigdy nie miewałam z tym problemu, ale po jego użyciu czuję jakbym się kwasem oblała.
Pytałam siostry i ona tego problemu nie ma, więc chyba mnie coś uczula.
Szkoda, bo gdyby nie podrażnianie i tłusty film za samą skuteczność w zmywaniu można by mu dać piątkę.
 
Znacie?
Was też podraznia czy tylko ja miałam pecha?


13.04.2013

Szaro - różowy makijaż wycieczkowy

Ostatni z makijaży, które odkopałam z zakamarków dysku.
Powstał, gdy wybieraliśmy się nad morze.
 
Nie mam zbyt wielu porządnych jego zdjęć, bo Tomek mnie zawsze pogania i musiałam robić zdjęcia w aucie... Trochę wyostrzyłam i jako tako efekt widać.
Na koniec buzia w całości, ale raczej efektów bronzera tam nie widać... Nie ma w samochodzie światła :(
 
Słodki róż na ruchomej powiece, a wyżej rozsmarowany czarny... I nawet kreska wyszła równa... :)
 
W takim akurat nie czuję się źle :)
 




11.04.2013

Kwaskowy makijaż - Sleek Acid

Pewnego dnia przedarłam się przez kurz okrywający od półtora roku mój kufer, wygrzebałam paletkę Sleek Acid i postanowiłam coś zmalować.
Uwielbiam tamte kwaskowe kolory rodem z laboratorium chemicznego :)
 
Nie powiem żebym się dobrze czuła w tym makijażu, chociaż w "panieńskich" czasach nosiłam takie mocne na co dzień. Starość nie radość, ale sam w sobie makijaż nie jest zły :)
Nawet kreska - wyjątkowo - wygląda jakbym przy malowaniu jej nie miała trzęsawicy (przynajmniej na pierwszy rzut oka).
 

 





Lubicie takie mocne makijaże czy preferujecie delikatne "nudziaki"?

09.04.2013

Barbiowe kolory na oku

Makijaż Barbie - tak go sobie umownie nazywam.
Od czasu do czasu nachodzi mnie na takie różowo - niebieskie połączenie... A co co sobie będę żałować... ;)
 
A kreski nadal mi wychodzą krzywo i koślawo...
Trudno.
Za milion lat się nauczę.
 


 
 


08.04.2013

Rimmel Volume Flash - tusz do rzęs

Nie wymagam dziwów od tuszu do rzęs - ma wydłużyć, przyciemnić, ogólnie zaznaczyć, że w ogóle mam rzęsy, a przy tym się nie osypywać i nie robić pandy.
Nie wymagam, żeby moje rzęsy podkręcił, bo tego nic nie jest w stanie zrobić na dłużej niż 2 minuty...
 
Mam kilku ulubieńców, których dobrze pamiętam, ale zazwyczaj "skaczę" od produktu do produktu - bo akurat coś jest w promocji i "może będzie lepsze?"
 
 
Ten tusz Rimmela zgarnęłam będąc w Polsce. Nie mam mu zbyt wiele do zarzucenia, chociaż na listę ulubieńców nie trafi...
 
 
Tusz ma opakowanie w kształcie pocisku, czarne z czerwonymi, połyskliwymi napisami.
Jest poręczne, nie rozpada się w dłoniach (bywało przy innych produktach, że szczoteczka wypadała z korka...).
Kosztuje około 20 zł.
 
Posiada cienką szczoteczkę. Nie jest silikonowa, nie jest to grzebyczek, ma dość krótkie włosie.
Tuszu nabiera się na szczoteczkę w sam raz, chociaż na górze zawsze zostaje tuszowy kleks.
 

Nie wiem jak z wydajnością - używam go bardzo rzadko (raz-dwa razy w tygodniu), od 9 miesięcy. Póki co nie zasechł, jego konsystencja się nie zmieniła - nie jest specjalnie gęsty.
 
Tak wyglądają moje gołe rzęsy:



 Tak po jednej warstwie:
 

A tak po dwóch:


 
Tusz zasycha dość szybko, ale - jak widać na zdjęciach - nie na tyle szybko, żeby sobie bezkarnie od razu po pomalowaniu mrugać i rozglądać się za aparatem.
Rzęsy są wyraźnie dłuższe i grubsze, ale też część jest sklejona.
Tusz wytrzymuje cały dzień bez osypywania się i bez odbijania pandy na dolnej powiece, niestraszne mu łzy...
Na chwilę podkręca - może ten efekt się u innych trzyma dłużej, ale moje rzęsy się nie kręcą (o czym już wiele razy wspominałam).
 
Nie mam problemów ze zmyciem - wystarczy dwufazowy płyn do demakijażu.
 
Jak pisałam - ni mnie ziębi, ni grzeje. Rewelacji nie ma, tragedii też nie. Opakowanie zużyje do końca, ale kolejnego raczej nie kupię...
 
Znacie? Lubicie?
Jakie są Wasze ulubione tusze do rzęs?

07.04.2013

Po porodzie w UK - jak wygląda opieka w domu

Troszkę mi zeszło z tymi postami - z tego co widzę, zaczęłam we wrześniu.
Dziś już ostatni post z serii "porodowych" - opieka w domu, już po wyjściu ze szpitala.
 
Wcześniejsze części tutaj:
 
 
 
 
 
 
Po porodzie położna będzie was odwiedzała przez 10 lub 24 dni (z wyłączeniem niedziel)
10 - jeśli widzi, że sobie radzicie, a wasz stan psychiczny jest dobry.
24 - jeśli nie możecie sobie poradzić, albo widzi wyraźny spadek waszego nastroju.
 
 
Przy wyjściu ze szpitala dostaniecie dwa fioletowe notesy - jeden będzie dotyczył dziecka, drugi mamy. Są one "zakładane" i wypełniane częściowo już w szpitalu, a położna odwiedzając wasze domy systematycznie dopisuje swoje uwagi.
 
Jeśli chodzi o mamę, to oczywiście sprawdza stan psychiczny, ewentualne objawy depresji poporodowej, kwestie radzenia sobie z karmieniem, przewijaniem, ciśnienie krwi, stan brodawek, pyta o bóle, krwawienie. Musicie być też przygotowane na pytanie o... o kupę. Ot - ludzka rzecz niby, ale krępująca, a ważne jest czy udało się ją zrobić i czy nic się przy tym np. nie rozerwało... Czasami (nie na każdej wizycie - 2-3 razy ogółem) położna zażyczy sobie obejrzeć szwy (jeśli je macie).
Jeśli chodzi o dziecko - standardowo - waga, wzrost, obwód główki, stan pępowiny, a także kolor cery, oddech, wygląd oczu, reakcja na bodźce, stan skóry, ilość snu, wypitego mleka i brudnych pieluszek - ile razy dziecko sikało, ile robiło kupkę ;)
 
W szpitalu dostaniecie też "Czerwoną książkę" - coś jak nasza "Książeczka Zdrowia Dziecka" - cześć wypełnią w szpitalu, część uzupełni położna podczas wizyt, część może wpisywać sama mama. Do tego są w niej informacje o szczepieniach, mały poradnik (po czym poznać, że dziecko jest chore, ząbkowanie, zespół śmierci łóżeczkowej, siatki wzrostu, wagi, itd)
 
Nie zawsze zjawia się ta sama położna - my mieliśmy 3 różne.
 
Ważna rzecz - w szpitalu powiedzieli nam (przy wyjściu), że następnego dnia przyjdzie położna. Czekaliśmy z utęsknieniem, tym bardziej, że mieliśmy problem z karmieniem... Mijała 17, gdy spytałam Tomka "Do której one właściwie pracują?", szybko zadzwonił i okazało się, że jakimś cudem nie mieli nas wcale wpisanych w system "do odwiedzin"! Gdyby Tomek nie zadzwonił, to byśmy się nie doczekali... Także zdarza się i taki bałagan, więc jeśli czekacie i jeśli robi się późno - warto zadzwonić i spytać czy o Was pamiętają...
 
Może Wam się wydawać durne, to stałe pytanie jak się czujcie, ale nikt nie robi tego ot tak sobie, ale po to, żeby Wam zapewnić ewentualną pomoc.
Ja miałam straszne problemy z karmieniem, wyłam Tomkowi, wyłam po nocach, przy midwife się wstrzymywałam, ale raz mi się zdarzyło - normalne rzecz. Kobietka dyskretnie zadzwoniła do pewnej dziewczyny - polki - związanej z "Sure start", którą w ciąży poznałam (i bardzo polubiłam) z prośbą żeby do mnie zadzwoniła/wpadła, bo chyba nie do końca u mnie dobrze.
Trochę pomogło.
 
Duży nacisk kładzie się tutaj na karmienie piersią - przynajmniej do 6 miesiąca życia. Jeśli stanowczo powiecie NIE, to pewnie nikt Was zmuszać nie będzie. Ja chciałam karmić, więc robiono wszystko, żeby mi to ułatwić/umożliwić. W efekcie tylko stało się to trudniejsze, męczące i czułam się pod presją. Dobre chęci nie wystarczyły.
Jedna położna wyznaczyła mi model karmienia, taki: dziecko do jednej piersi, do drugiej, następnie po 15 min. każda pierś na "dojarce". Przyszła konsultantka i kazała przykładać dziecko do jednej, żeby się napiło, a drugą podłączać na 20 min. do pompki. Dzień - dwa później inna położna kazała trzymać piersi przy pompce - każdą przez 20 min., później dawać dziecku, żeby się napiło, a dalej dokarmiać tym co wcześniej odciągnęłam. Uff. moje dziecko jadło co 2 godz. i jednak też chciałam mieć chwilę czasu dla siebie, a wyglądało to tak: 40 min. na pompce, 20 min. karmienia dziecka, parę minut usypiania, chodzenie na paluszkach, bo spało i od nowa jazda... Póki Tomek był w domu, to się staraliśmy trzymać zaleceń, ale gdy wrócił do pracy odpuściłam, bo jednak musiałam się zająć dzieckiem, a nie wisieć przypięta do buczącego sprzętu.
Zresztą i tak mijało się to z celem, bo przez 40 min. najwięcej udało mi się wydobyć 10 ml zaprawionego krwią mleka, gdy moje dziecko jadło już 30 ml na raz... ;/
 
Możecie poprosić o wizytę pani, która doradzi Wam jak prawidłowo karmić piersią. Oczywiście taka wizyta jest darmowa i odbywa się stosunkowo szybko. Służy wsparciem i radą. Niestety (ktoś chyba tego nie przemyślał) - taka osoba nie może Was dotknąć. Dosłownie. Może mówić jak dziecko trzymać, jak podstawić pierś, jak ją złapać, ale nie może dotknąć "pacjentki" ciała, żeby jej pierś chociażby nakierować. Dlatego cała taka konsultacja - moim zdaniem - mija się z celem.
 
W razie problemów z pokarmem możecie wypożyczyć pompę do odciągania mleka. Podobno jest to płatne (bodajże 7 f), ale nam ją przywieźli, odebrali i nikt żadnych pieniędzy nie chciał, więc nie wiem jak to dokładnie jest w kwestii płatności.
 
Możecie poprosić położną o pomoc przy pierwszej kąpieli (jeśli nie zrobiliście tego w szpitalu). Tu nie zaleca się kąpać noworodka częściej niż raz na 3-4 dni (przy założeniu podmywania go wacikami z wodą/chusteczkami nawilżanymi).
 
Obie fioletowe książki położna zabiera podczas ostatnich odwiedzin.
Czerwona książka zostaje dla Was.
 
Jeśli macie jeszcze jakiekolwiek pytania w temacie okołoporodowym - chętnie odpowiem. Tu lub na mailu (podany po prawej).
 
 


04.04.2013

Essence, Colour&Go - 72 Time for romance

Zdaje się, że jestem nieco spóźniona - lakiery maja teraz inne buteleczki. Ale podobno sam produkt się nie zmienia, więc co mi szkodzi opisać?
 
 
Skusiłam się na niego podczas pobytu w Polsce... To mój pierwszy lakier Essence i od tamtej pory stale sobie wyrzucam czemu ich nie odkryłam, gdy były pod ręką.
 

 
Tytuł troszkę zaczepny, bo gdzież mi tam do romansów... Ale człowiek się od razu przyjemniej czuje, gdy pomaluje paznokcie takim lekkim, pozytywnym kolorem.
 
Tu na odżywce Eveline (1 warstwa lakieru):


Buteleczka zawiera 5 ml produktu.
Ma całkiem szeroki pędzelek, wygodny w użytkowaniu.
Za jednym zamachem nabiera się na paznokcie sporo brokatu - tego grubszego i tego drobniejszego. Często w brokatowych lakierach bywa tak, że w buteleczce wyglądają cud miód, a po pomalowaniu 3 cząsteczki brokatu na cały paznokieć - tu tego nie ma.
Lakier szybko schnie i nie śmierdzi godzinami.
Konsystencja jest taka w sam raz - nie za rzadka, nie gęściach - idealnie się rozprowadza po paznokciach.
 



Sam lakier składa się z przejrzystej, lekko różowej bazy i drobinek brokatu dwóch grubości - bardzo drobnego i większego. Sam brokat ma kolor od różowego do buraczkowego i cudownie się mieni.
 

 
Co mnie jeszcze urzekło - trwałość. Nie ściera się z końcówek już następnego dnia, lecz spokojnie wytrzymuje nie naruszony 2-3 dni.
Oczywiście zmywanie brokatu jest koszmarem, ale i na to są metody.
 
Odkąd go kupiłam Essence, to mój lakierowy nr 1 :)
 
Lubicie brokatowe lakiery?