Obserwatorzy

20.10.2012

Nie ma mnie...

...a chciałabym być...

W zeszłym tygodniu przylecieliśmy na 3 dni do Pl...
Dziecko się pochorowało, a biorąc pod uwagę jego młody wiek i powagę stanu - ja zostałam z dzieciem w Pl, a Tomek poleciał do UK.
Chyba powinnam się cieszyć, bo tylko dzięki szybkiej reakcji lekarki nie pisze do Was teraz ze szpitala... Było bardzo źle.

Na szczęście jest lepiej.

Tymczasem siedzimy i zajmujemy się tęsknieniem...

Wkrótce postaram się ogarnąć i wrzucić jakąś notkę :)
Prawdopodobnie listę rzeczy do zabrania do porodu, bo obiecałam Marcie :)

Pozdrawiam :))

06.10.2012

Cz. II - poród w Anglii

Czas na drugą część serii - jak wygląda poród w Anglii. Notkę o prowadzeniu tu ciąży znajdziecie 2 posty wstecz. Notka o opiece poporodowej będzie następna.

Poród... Jak o nim pisać, żeby napisać, ale żeby nikogo nie zniechęcić i nie wywołać w czytelniku konwulsji? Chyba najprościej krwawe fragmenty pominąć... ALE są rzeczy o których pojęcia nie miałam w kwestii porodowej dopóki nie nadeszły - nikt ze mną o porodzie nigdy nie rozmawiał (poza midwife oczywiście). A wiedzieć by się chciało, prawda?

Kto nie chce niech nie czyta.
Będzie bardzo cieleśnie... ;)

Michałek był "przenoszony" - specjalnie mnie to nie dziwiło, bo ja w brzuchy też siedziałam dużo za długo (gdy mama wreszcie postanowiła poczłapać do szpitala ja już się dusiłam resztką wód płodowych...)
Na 26.09 - poniedziałek miałam umówione wywoływanie w szpitalu. 22.09 i 24.09 - o czym już pisałam - dość mnie zmaltretowano przy zabiegu zwanym masażem szyjki macicy. Przy pierwszym rozwarcie było zerowe, przy drugim miało jakieś tam pół cm i on chyba trochę pomógł, bo...

W niedzielę, 25.09 wstałam sobie o wpół do 7 na zwyczajowe "siku". Kto był w ciąży wie, że pęcherz ciśnie - zwłaszcza pod koniec - dosłownie co chwilę. Wróciłam do łóżka jeszcze dospać, o 6.40 zaczął mnie boleć brzuch, myślałam, że muszę do toalety, poszłam i... nic. Uznałam, że raczej już nie zasnę, więc postanowiłam się umyć i ubrać... Nagle patrzę: krew...!
Musicie sobie wyobrazić jaka byłam spanikowana, bo - uwaga - żyłam w świętym przekonaniu, że krew wypływa razem z dzieckiem a nie już z pierwszymi skurczami... (Teraz na tą myśl robię klasyczny facepalm...). Bałam się strasznie, bo w związku z powyższą niewiedzą uznałam, że coś się dzieje z dzieckiem!
Poczłapałam do sypialni - nie mieliśmy wtedy łóżka, spaliśmy na podłodze, a Tomek na wołanie, gdy śpi nie reaguje. Schylić się bałam, żeby sytuacji nie pogorszyć, więc obudziłam go kopniakiem... xD (lekkim)
On oczywiście nieprzytomny, pyta mnie co się dzieje, ja mu w panice krzyczę, że krew mi leci, a on... pyta SKĄD... Wtedy ja jeszcze większa panika, mówię mu skąd - chyba z dzieckiem się coś dzieje złego...
Była to mniej więcej 6.50 - dostałam drugi skurcz. Kolejny był o 7.00, 7.10, 7.15, 7.20 - szło ekspresem.

Ok, w takim razie telefon do szpitala.
Musicie wiedzieć, że tu przed przyjazdem dzwoni się poinformować o nim, wtedy pielęgniarki pytają co ile skurcze i ew. każą jeszcze zostać w domu lub po prostu wiedzą, że mają szykować miejsce.
Była niedziela, "zatrzęsienie porodowe" i usłyszeliśmy, że skoro to pierwszy poród, to z pewnością nic do wieczora nie ruszy...

W międzyczasie szybkie mycie, ubieranie, dopakowywanie szpitalnego bagażu, ból straszny, ale do przeżycia. Skurcze coraz częstsze i coraz mocniejsze, już co 4-5 min (po 4 minutach słaby, 5 minut później bardzo bolesny, po 4 znów słaby i znów bolesny).
Usłyszeliśmy, że to na pewno nie jest jeszcze poród i że mamy zadzwonić, gdy skurcze będą REGULARNE.
W tamtej chwili zdążyłam zwątpić co dla tutejszych pielęgniarek znaczy słowo "regularny", bo jak dla mnie coś co jest co 4 i 5 min. jest bardzo, ale to bardzo regularne...)

Około 10 skurcze zaczęły być częstsze - co 3-4 min., a po 10.15 już regularnie co 3 min. Wkrótce poczułam jakby coś od środka rozrywało mi kości. Ekspertem nie byłam, ale wywrzeszczałam do Tomka, że to chyba parte, że ma dzwonić, że jedziemy i że jak powiedzą, że mamy jeszcze zostać w domu, to &#%$* (pip pip pip - przekleństwa) urodzę pod szpitalem.

O 11.20 zapisaliśmy ostatni skurcz, a to znaczy, że zaczęliśmy mnie ubierać, wiązać sznurówki i człapać do auta. Wysiadając pod szpitalem miałam skurcze co 2 min.
Wpuszczona nas na oddział, zabrali moją zieloną książkę (o której Wam wspominałam w poprzedniej części) i zaprowadzili mnie do pokoju. (Suche fakty jak co wyglądało będą za chwilę).

Wprowadzono mnie do pokoju dokładnie o 12. Trochę pokrzyczałam i poklnęłam (cóż...), miałam już skurcze co minutę, a położna przyszła o 12.20...
Wcześniej mi mówili, że na porodówce dostanę koszulkę do rodzenia, więc czekając na nią położyłam się na łóżku w czym stałam, zostałam od razu zbadana i okazało się, że pełne rozwarcie - główkę już widać. Położna szybko spytała mnie tylko czy może mi przebić pęcherz płodowy (miała to w planie porodu, ale mogłam zmienić zdanie, więc - jak poprzednio - przed każdym ruchem jesteście pytane i nie robi się wokół was nic na co nie wyrazicie zgody). Oczywiście się zgodziłam, wody wypłynęły (Nie, nie chlustają jak w filmach...) i... się zaczęło.
O 13.53 Szkrab już był. Mierzył sobie 53 cm i ważył 3940 g :) Duuuży był chłopak :)

Położna powiedziała, że prawie całą robotę odwaliłam w domu i że życzyłaby sobie więcej takich pacjentek. Dodała też, że jeszcze chwila, a rodziłabym w aucie...

Niektórzy mówią, że tego bólu nie zapomnieli, ale ja w to nie wierzę :)
Nie pamiętam wiele z tego co się działo dalej, bólu już z pewnością nie (choć mam jego własną definicję).
Od tamtej chwili uważam się za najszczęśliwszego Kempka świata, a Michałek codziennie daje nowe powody do radości :)




A tak "na sucho":
Przed każdą czynnością musicie wyrazić zgodę - już pisałam. Uważam, że to jest bardzo w porządku, bo po prostu DECYDUJECIE O SOBIE.

Rodzić można z kim się chce - partnerem, przyjaciółką, mamą, siostrą. O ile się nie mylę przy waszym porodzie mogą być 2 bliskie osoby. Za obecność tej osoby nie płacicie, macie prawo do tego, żeby ktoś was wspierał i tyle.

W każdej chwili porodu możecie poprosić o coś do jedzenia lub picia. Osoba towarzysząca nie, ale można się dzielić :))

Rodzić można w szpitalu lub w domu, ALE w domu tylko jeśli to nie jest pierwszy poród i tylko jeśli poprzednie były bez komplikacji. W decydującym momencie dzwonicie po położną, która wam pomoże. Podczas porodu w domu nie możecie liczyć na znieczulenie, więc zaleca się wypożyczenie basenu do porodu. Za poród w domu się nie dopłaca.
Jeśli wystąpią komplikacje karetka zabiera was do szpitala.

Można rodzić w wodzie - jest to uznawane za jedną z metod znieczulenia. Ale w moim szpitalu basen jest jeden i jeśli inna kobieta już tam rodzi, to jej nie wyproszą, żebyście wy mogły zacząć - z tym trzeba się liczyć. Poród w wodzie jest darmowy.

Nie praktykuje się rutynowego nacinania krocza - zostaniecie nacięte tylko wtedy, gdy zajdzie taka absolutna konieczność.

Nie robi się tutaj przed porodem lewatywy - nawet niełatwo samemu kupić zestaw do niej.
Szczerze mówiąc trochę mnie to przerażało, ale wraz z którymś partym nadeszła myśl, że zwisa mi co ze mnie wypłynie lub wyskoczy - chce tylko urodzić.

Możecie rodzić w dowolnej pozycji - leżąc, klęcząc, stojąc czy kucając. Położna nie ma prawa odmówić Wam tego - to wam ma być wygodnie. Pamiętam, że podczas jednego z telefonów pielęgniarki chciały porozmawiać ze mną nie z Tomkiem, a ja zwisałam akurat w pozycji nietoperza przez oparcie kanapy... xD Róbcie co chcecie żeby uśmierzyć swój ból.

Nie wiem czy wszędzie (raczej tak) rodzi się w pojedyńczych salach. Od momentu przyjęcia do przeniesienia na oddział poporodowy jesteście w sali same + osoba towarzysząca + położna + praktykanci (jeśli wyrazicie zgodę).
W tej sali same sterujecie klimatyzacją, ciepłem, elektrycznym łóżkiem i co tam jest na stanie. Z niej też macie wyjście do toalety i wanny (z wszystkimi wygodami i ulepszeniami, gdzie możecie się później umyć). Toaleta i wanna przynależą do dwóch sal, czyli możecie spotkać panią rodzącą obok. Obie są sprzątane i dezynfekowane co 2 godz.

Oddział poporodowy to taki wielki hol, podzielony na poszczególne "pokoiki" - jesteście same, macie swoją szafkę, stolik i telewizor, ale od innych matek nie dzieli was ściana, tylko tkanina. Konkretniej kotary.
Mozna wynająć "murowany" oddzielny pokój - to jest odpłatne.

...A sensu płacić nie ma, bo po bezproblemowym porodzie zostajecie w szpitalu przez 6 godz. Jeśli to wasz pierwszy poród - 1 dzień.

Po narodzinach dziecku podaje się witaminę K w zastrzyku - o ile wyrazicie zgodę.

Zgodę wyrażacie też jeśli chcecie dostać zastrzyk przyśpieszający urodzenie łożyska - ja wyraziłam i dostałam, ale o tym wiem od Tomka, bo ja z tamtych chwil nic nie pamiętam poza Michałkiem :)
Warto taki zastrzyk przyjąć - dostaje się go w udo.
Położna pomaga urodzić łożysko ciągnąc za pępowine.

Znieczulenia
Po pierwsze - są bezpłatne.
- poród w wodzie (wtedy nie możecie użyć jako dodatkowego znieczulenia maszynki TENS i raczej odradza się epidural),
- terapie naturalne: aromaterapia, refleksologia, hipnoza ;)
- TENS - przyczepiacie na plecach nakładki przez które przechodzą impulsy elekryczne łagodzące skurcze,
- entonox - szerzej znany jako gas&air - mogę powiedzieć najszerzej, bo miałam to ja. Dostajecie (jednorazową) maskę przyczepioną do butli z mieszaniną tlenu i podtlenku azotu. Działa tylko chwilę po wdechu, a przyjmujecie go, gdy czujecie, że nadchodzi skurcz (w żadnym razie podczas parcia - gdy skurcz już jest przestajecie go wdychać). Gas&air nie usuwa bólu... raczej sprawia, że się na nim nie skupiacie, wywołuje efekt podobny do stanu nietrzeźwości - lekko kręci się w głowie i ma się wrażenie, że wszystko się dzieje gdzieś obok.
- zastrzyk morfinopochodny (najczęściej w nogę) - czyli silniejszy środek przeciwbólowy,
- zastrzyk w krzyż (epidural) czyli znieczulenie od pasa w dół - nie czujecie bólu... nie czujecie nic - kiedy przeć mówi wam położna.


Plus coś co mnie zaskoczyło - opowiadała mi o tym koleżanka, ale nie wierzyłam... póki mne nie spotkało :) Otóż: podczas porodu położna pyta czy chcecie dotknąć główki dziecka (gdy już wychodzi), a nawet zachęca żebyście sobie na nią zerknęły (gdy już wystaje). Ja odmówiłam, Tomek się na zerknięcie skusił, ale nie dotykał...


Nie wiem czy o czymś nie zapomniałam, ale piszę to już tak długo... zdążyłam w tym czasie ugotować i zjesć obiad, Tomek mi już mruczy, więc kończę. Dzieciem się idę zająć :)

Jeśli mogę Wam coś doradzić - skupcie się na parciu, nie powstrzymujcie skurczy, bo to tylko całość przedłuża. Ok - ból będzie okropny, ale im bardziej się skupicie, tym szybciej przejdzie.

Co do widzianych na filmach technikach oddychania ze szkół rodzenia - cóż... Dla mnie bzdura. Łapałam gaz jak ryba, zaciskałam zęby i parłam z całej siły. Z pewnością nie liczyłam oddechów i chyba słusznie, bo poszło w niecałe 8 godz :) Nie skupiajcie się w tej wielkiej chwili na pierdołach... Im szybciej urodzicie tym lepiej... dla Was i dla Maluszka... ;)

PS. To test też dla Taty ;)
Mój się sprawdził i zachował zimną krew. Byłam z niego bardzo dumna... Zwłaszcza, że przy jednym skurczu wrzeszczałam, żeby mnie nie dotykał (...boli mnie jak mnie dotykasz!!), a przy kolejnym płakałam, że mógłby mnie przytulić (...sama rodzę, nawet mnie nie obejmiesz...!)