Obserwatorzy

28.09.2012

L'occitane en Provence - seria z masłem shea

Czy widziałyście już kosmetyki L'Occitane z masłem shea?
Bajecznie kolorowe opakowania kuszą, oj kuszą...

Inspiracją do ich tworzenia była Afryka, a właściwie tradycje wyplatania koszy i opowiadania baśni...

Balsam do ust - kwiat mango 
Balsam do ust - płatki róży
15 ml/45 zł


Silnie odżywczy krem do ciała - bukiet daktyli


Silnie odżywczy krem do ciała - kwiat mango

Silnie odżywczy krem do ciała - płatki róży
100 ml / 85 zł

Krem do rąk - kwiat mango


Krem do rąk - płatki róży
30 ml/ 29,90 zł
150 ml/ 90 zł

A tradycyjna butla kremu z masłem shea zyskała nowe opakowanie dopasowane do reszty z tej edycji:



Dodatkowo cały dochód ze sprzedaży mydła o zapachu płatków róż zostanie przeznaczony na zapobieganie ślepocie w krajach rozwijających się:


Chciałybyście mieć któryś z produktów w swojej kosmetyczce?

23.09.2012

Cz. I - Ciąża w UK

Pytałam czy chcecie posty porodowe... Chciałyście :)
Ostatecznie postanowiłam podzielić temat na 3 części - ciąża, poród i opieka po porodzie, bo zdaje sobie sprawę, że wygląda to zupełnie inaczej niż w Polsce.
Jest tutaj inne podejście... Ja nawet do pewnego momentu miałam wrażenie, że to dziecko dopóki się nie urodzi tak na prawdę się nie liczy... Szczerze mówiąc jeszcze się tego wrażenia nie pozbyłam... ;)

Jeśli zaś chodzi o traktowanie w codziennym życiu - zdarzyło mi się, że babcie ustępowały mi miejsca w autobusie, a w markecie czy banku ktoś podchodził żeby przekierować nas na kasę, gdzie byliśmy obsługiwani bez kolejki.

Zaczynam od części pierwszej - czyli jak wygląda prowadzenie ciąży w Anglii.

Po pierwsze może przytoczę trochę historii - za dwa dni Micho ma roczek i zebrało mi się na wspominki.
Moja ciąża nie była nie planowana - mimo mojego młodego wieku. Nie była też dla nas żadnym zaskoczeniem - zaskoczyło nas raczej to, że w ciąże nie zachodzi się ot tak i trzeba się przez kilka miesięcy starać żeby utrafić ;)
Wiedziałam, że jestem w ciąży już po tygodniu od chwili gdy się stało - i na ponad tydzień przed zrobieniem testu. Z testem chcieliśmy poczekać, bo wcześniejsze były negatywne i robiło się po ich zrobieniu nieco smutno ;)
A skąd?
Okrycia dokonałam... w pracy. Zrobiłam sobie kawę, tak jak lubię - pół na pół z mlekiem. Było to po urlopie w Polsce, biorę pierwszy łyk i myślę: "Kurde, w Polsce ta woda tak się zmieniła, kawa smakowała jak z kamieniem. Była niedobra nawet u Babci, która zawsze wodę ma pyszną... Ale żeby przez te dwa tygodnie kiedy nas nie było w Anglii też zrobiła się taka kamienista...?" Obudziłam się porządnie dopiero pod koniec tego zdania i już na drugim trybie wiedziałam co jest grane. Tak - kawa smakowała jakby w wodzie wcześniej ktoś wypłukał kamienie - to był mój pierwszy znak.

Ciąże znosiłam dobrze, wręcz bardzo dobrze. Nadal twierdze, że to w większość przypadków zależy od podejścia...Oczywiście były bóle, było zmęczenie, było owłosienie w dziwnych częściach ciała, było pocenie się jak mysz i były mdłości. Nie poranne, nie wieczorne - całodzienne! W szczytowym momencie wymiotowałam nawet po szklance wody. Była jedna rzecz, którą jadłam - na śniadanie, obiad i kolację - chleb (koniecznie polski) z masłem (tylko "prawdziwe" masło) i dżemem wiśniowym (ale wyłącznie z kawałkami owoców). Po 5 mc stopniowo w tej kwestii zaczęło się poprawiać - przybyły zachcianki, więc... zdarzało mi się do obowiązkowej kanapki z masłem i dżemem zagryzać śledzika ;)
Za to najgorzej do samego końca znosiłam ziemniaki (zazwyczaj je kocham) - "cuchnęły robalem", odmawiałam nawet ich obierania, więc Tomek jadał ryż, którego nie znosi... :)

Aaaale... Ciąża jest cudownym czasem w życiu kobiety :)
Pisałam o tym już wiele razy (i bliżej niż dalej planuje pisać znów ;) ), więc przejdę do konkretów.

Ciąża w UK

Po pierwsze - ciąże w Anglii prowadzą midwife - to takie połączenie położnej z pielęgniarką. Jeśli wasza ciąża przebiega prawidłowo, aż do końca nie ujrzycie lekarza ginekologa. Taki system z wykluczeniem lekarzy generuje po prostu mniejsze koszty...

Po dowiedzeniu się o ciąży należy zgłosić się do gp - czyli odpowiednika naszego rodzinnego. On założy Wam kartotekę, wypełni niezbędne papiery, zmierzy ciśnienie i waszą wagę. Dostaniecie torbę ulotek i gazetek. On też powiadamia midwife, że musi was wkrótce odwiedzić...
To on "załatwia" też dla was kartę na darmowe leki i opiekę dentystyczną ważną podczas ciąży i w rok po porodzie. Karta taka przychodzi pocztą.

Aborcja jest dozwolona do 12 tc (do 24 jeśli wystąpią względy medyczne) dlatego lekarz ma obowiązek (niezależnie od własnych przekonań)  zapytać czy w ogóle się z tej nowiny cieszycie czy może chcecie dziecka się pozbyć...

W okolicach 12 tc do waszego domu przybywa midwife. Przynosi kolejną górę ulotek i książeczek, jeszcze raz pyta czy aby na pewno chcecie urodzić i zakłada "zielony notes" - odtąd będzie on wam towarzyszył do samego porodu. Wklejane tam są wszystkie wyniki badań, scanów, uzupełniane "ankiety" nt. chorób w rodzinie, stanu zdrowia itd. Również tam składacie podpis po "pogadance" czyli potwierdzacie, że midwife opowiedziała wam o waszych prawach podczas ciąży.
Na tej wizycie dowiecie się też gdzie zostaniecie odtransportowane w razie gdyby dziecko urodziło się dużo za wcześnie (u nas to było Birmingham) - na przewóz do tego szpitala nie musicie się godzić (wtedy w razie dużo wcześniejszych narodzin dziecko po prostu nie będzie ratowane).

Ważne - na wszystko musicie wyrazić zgodę. Przed każdym usg, badaniem tętna dziecka czy pobraniem krwi jesteście pytane czy chcecie aby to zrobiono. Tu nic nie dzieje się bez waszej zgody ;)
Tomek podczas usg zapytał o płeć dziecka na co usłyszał, że to matka musi wyrazić zgodę by ją znać... Zdanie ojca nie jest brane pod uwagę.

Dopiero po 12 tc ma się pierwszy scan (usg). (Bo nie chcą go robić niepotrzebnie gdyby jednak a) kobieta poroniła lub b) postanowiła usunąć). Ja na nim jeszcze raz byłam zapytana czy chce tego dziecka...
Scany są 2 - w 12 i 20 tc. W razie uzasadnionego podejrzenia, że coś pójdzie nie tak (u mnie tak było) robi się dodatkowe dwa scany - w 28 i 32 tc.
Położnej nie widujecie zbyt często - rzadziej niż raz w miesiącu. Każda taka wizyta to rozmowa, zbadanie próbki moczu, słuchanie tętna dziecka. Nikt tu w "podwozie" nie zagląda - spodnie ściągacie dopiero podczas porodu ;)
Po 3 miesiącu wypada badanie krwi (przy czym musicie wyrazić zgodę jeśli ma być też sprawdzone ryzyko wystąpienia zespołu Downa). Łącznie badano mi krew 3 razy.
Testu z glukozą nie robi się tu rutynowo - ja miałam ze względu na cukrzyce w rodzinie, ale nie znam więcej dziewczyn, które też by go miały...

Pod koniec ciąży robicie wspólnie z midwife plan porodu. Oczywiście znów podpisujecie, że zostałyście powiadomione o dostępnych możliwościach znieczuleń, pozycji porodowych, tego co się dzieje podczas i po porodzie, jak on się zaczyna, czego można się spodziewać. Możecie wyrazić zgodę na obecność studentów podczas porodu, na podanie zastrzyku przyśpieszającego urodzenie łożyska.
Musicie też się określić czy chcecie, by dziecko dostało po urodzeniu witaminę K oraz czy życzycie sobie sztucznego wywoływania gdyby dziecko się nie pchało - wybieracie też wywoływania metodę (przy czym po więcej niż 2 tyg. "przenoszenia" wyboru już nie macie...)

Achh... Dopiero po 22 tc dostajecie od położnej zaświadczenie, że jesteście w ciąży. I tak w praktyce tylko to zaświadczenie wraz z oficjalnym pismem chroni was przed zwolnieniem z pracy. Zwłaszcza jeśli pracujecie przez agencję.
Ja się (głupia!) przyznałam wcześniej, bo pracowałam fizycznie, więc bardzo mi zależało żeby nie dźwigać itd. Dzięki temu mój pracodawca pod koniec trzeciego miesiąca zwyczajnie mnie zwolnił ;)

W razie jeśli macie grupę krwi "-" dostajecie zastrzyk z antygenem, żeby nie wystapił konflikt waszej krwi z krwią dziecka. Ja mam "ujemną" krew, więc takie zastrzyki mnie nie ominęły...

Jeśi sytuacja tego wymaga spotykacie się ze specjalistą - mi proponowano spotkanie z genetykiem, a także macie oferowane dodatkowe badania. Ja się na nie nie zgodziłam, bo proponowane mi badanie było inwazyjne i niebezpieczne dla dziecka, a na moje pytanie co jeśli się okaże, że jednak coś jest nie tak niestety nie odpowiedziano mi "zaplanujemy leczenie" tylko: "Jeszcze przez tydzień możemy ciąże przerwać" i poradzono mi się szybko decydować... Dla mnie to było lekko nie do przyjęcia biorąc pod uwagę, że byl to 23 tc i czułam już ruchy maluszka...

Z drugiej strony: kiedy już dobijecie do czasu przedporodowego i coś złego się dzieje (u nas midwife pewnego dnia nie mogła usłyszeć tętna Michałka...) reakcja jest szybka: była to wizyta w domu więc natychmiast byłam pytana czy mają wzywać ambulans czy ktoś mnie do szpitala zawiezie. W szpitalu zrobiono mi KTG - wyszło dobrze, więc zostałam uspokojona i odesłana do domu.

Na koniec: ponieważ nie ma tu badań "majtkowych" ogólnie się często zdarza przenoszenie. I mnie dotknęło - na 4 dni przed upływem 42tc miałam masaż szyjki macicy (nie pomógł), więc kolejny miałam 2 dni później (ruszyło..).
Szczerze? Poród przy tym to jest nic...
Nigdy wcześniej i nigdy później mi się nie zdarzyło trząść z bólu - dosłownie nie mogłam opanować drżenia nóg i płaczu.
Poród wspominam nieźle, ale na myśl o wywoływaniu tą metodą trzęsę się jeszcze dziś...
Spacerujcie, skaczcie, biegajcie, pijcie malinową herbatkę i "przytulajcie" się do tż żebyście tylko nie musiały tego przechodzić... Coś strasznego...

Ale ile radości poźniej...;)


22.09.2012

Posty porodowe?

Cammie, a po niej jamapi wstawiły swoje posty porodowe.

Zastanawiam się czy interesowałaby Was historia porodu... po angielsku?
Tzn. nie w tym języku pisana, ale w tym kraju przebyta... ;)

Pytam, bo to dłuższa sprawa, więc jeśli już napisze, to wolałabym aby ktokolwiek się tym zainteresował :)

A warunki i możliwości są tu troszkę inne niż w Polsce :)

21.09.2012

Paczuszka od L'Occitane

Dotarła do mnie z opóźnieniem. Najpierw sama firma miała maleńki poślizg - data nadania to dokładnie 2 dni po tym jak opuściłam Polskę po urlopie... Następny poślizg miała moja mama - musiała koniecznie kupić (i załadować w paczkę!)... motor. Bo jakżeby ukochany wnusio obszedł pierwsze urodziny bez strażackiego motoru...? :)
Paczka wysłana 14 sierpnia dotarła do mnie 14 września, ale... Tym chętniej zabrałam się do testowania :)


Otrzymałam:
głęboko nawilżający krem do twarzy
oraz:
mydło z nowej miodowej serii Bonne Mere.

Krem już w użyciu, mydełko wkrótce do użycia trafi.
A zaraz potem recenzje :)

18.09.2012

Płyn do higieny intymnej Ziaja Intima konwaliowy

Swoją historię o płynach do higieny intymnej już przedstawiłam... Być może pamiętacie opowiadanie o "podmywaniu", które uznałam jako dzieciak za "mycie mniejsze" i z zapałem szorowałam maminym płynem umorusaną buzie i ubłocone nogi...
Teraz już trochę zmądrzałam...
Moim ulubieńcem w dziedzinie intymnej jest Biały Jeleń, ale z braku laku musiałam w polskim sklepie kupić Ziaję...


I mam nadzieję, że już zmuszona do tego nie będę.

Nie chodzi o samo działanie - to jest znakomite: delikatnie myje, nie podrażnia, nie szczypie, nie piecze, prawie nie ma zapachu, lekko się pieni, zostawia jakieś tam uczucie czystości.
Minusy ma dwa, za to szalenie irytujące. Pierwszym jest opakowanie - kulkowy korek trudno i niewygodnie się otwiera, a dziurka w nim jest za duża, więc płynu wylewa się 5 razy więcej niż potrzeba (szybciej się kończy = szybciej kupimy nowy = zarobek dla firmy). Płyn byłby wydajny, bo nie potrzeba go do umycia wiele, ale co z tego jeśli wylewa się go z butli ilość jak dla pułku wojska?
Minus drugi: konsystencja. Zbliżona do wody. Niebezpiecznie zbliżona. Po chwili już nie wiem czy myje się jeszcze płynem czy została mi na dłoni tylko sama woda... Nie znoszę gęstych, kleistych angielskich płynów tego typu, ale tak rzadki jest chyba jeszcze gorszy...

Cena jest niska, ale w podobnej znajdziecie inne, lepsze płyny.

Jaki jest Wasz ulubiony płyn z tej dziedziny?


PS. Przyszła paczka od mamy, a w niej paczuszka od L'Occitane :)
Już w następnej notce się dokładniej pochwalę :))

09.09.2012

Laminowanie włosów wg Kempka

Ostatni miesiąc śmiało można nazwać miesiącem laminowania - można było o nim na blogach przeczytać pierdyliad razy.
Pewnie która się miała skusić już się skusiła, która nie chce, ta już nie zalaminuje, ale... skusiłam się i ja.

Efekty niezbyt udało mi się uchwycić. Tzn. zdjęcie początkowe jest niespecjalne - rano w sypialni zupełnie nie ma światła, a innego miejsca gdzie mogłabym wyżej niż na podłodze stabilnie ustawić aparat nie znalazłam. A i tak musiałam się schylić i przygarbić.

Włosy moje umęczone dwoma dobami w aucie (podczas wyjazdu do Pl) wyglądały tak: 


Nie można ich nazwać nawet przyzwoitymi - suche, bez blasku, do tego je rozczesałam, więc pełen pusz.

Kempkowa papka do laminowania:
- 3 płaskie łyżki żelatyny,
- 6 łyżek wrzątku,
- łyżka maski Tresemme,
- 6 kropli keratyny.

Mam długie włosy, więc musiałam tego mazidła mieć sporo.
Standardowo - wlałam wrzątek do kubeczka po serku, wsypałam żelatynę, szybko wymieszałam. Po dodaniu maski zrobiła się papa przypominająca zważone mleko - długo musiałam mieszać żeby coś z tym zrobić.

Umyłam włosy, nałożyłam odżywkę, spłukałam. Pozwoliłam im chwilę obciec w ręczniku.
Nałożyłam żelatynę, zawinęłam folią spożywczą, na to ręcznikiem, podpięłam i zostawiłam na około 50 min.

Co za okropne uczucie, kiedy ta kleista maź lądowała na włosach... Była to chwila, kiedy sobie powiedziałam, że nigdy więcej. Nie wspomnę o tym, że z moją sprawnością uświniona była też podłoga w łazience, umywalka i sedes...

Wreszcie zmyłam całość - obawiam się, że zapomniałam o szamponie i użyłam do tego tylko ciepłej wody.
Tak czy owak nie przyłożyłam się do tego, bo po kilku chwilach odkryłam po bokach głowy zaschniętą żelatynę. Nie było zbyt przyjemne wydrapywanie jej z czaszki ;)

Tak wyglądały moje włosy po laminowaniu, rozczesane tuż po zmyciu maski, jeszcze trochę wilgotne (schły na powietrzu):


A tak już całkiem suche (nadal nie czesane - nie licząc czesania po zmyciu):



Ponieważ mam strasznego fizia na punkcie czesania - długo puszczone samopas nie pozostały.
Tak wyglądały po rozczesaniu:




Ogółem: Tomek stwierdził, że stały się bardziej puszące. Nie wydaje mi się...
Na pewno zyskały na połysku - zdrowo błyszczały, były bardzo mięciutkie.
Zauważyłam również, że po żelatynie trochę wolniej się przetłuszczały - o ile zawsze je myję co dwa dni, o tyle teraz mogłam spokojnie co trzy...

Myślałam, że efekt będzie bardziej spektakularny, ale zabieg chyba powtórzę.
Chociaż będę się musiała długo zbierać z powodu kleistości przy nakładaniu...


Jakie Wy macie doświadczenia z laminowaniem?:)

02.09.2012

Prezent od Maggie

Pamiętacie jak pisałam, że zakochałam się w Essence i jak ubolewałam, że nie mam do nich dostępu?

Maggie postanowiła sprawić mi niespodziankę i prawie natychmiast wysłała mi prezent:


W kopercie znalazłam 4 lakiery... a właściwie 5, ale poczta się z nimi miło nie obeszła, więc piąty wyglądał tak:


Jakby pecha było mało - roztrzaskał się najciemniejszy i zapaskudził resztę :(
Przy próbie doprowadzenia ich do czystości zmyły się z reszty niemal wszystkie napisy...

ALE

To im nie ujmuje!




Ten duży biały, to nie lakier, a baza :)


Dziękuję, dziękuję, dziękuje Maggie:***
Wariatka :)
Nawet sobie nie wyobrażasz jak mi poprawiłaś humor :)
Kolory też trafione, a różowy to absolutny faworyt! :)

Mam u Ciebie dług, który wkrótce mam zamiar spłacić - w tej sprawie się odezwę :))


***

Przy okazji - Maggie organizuje rozdanie... a nawet dwa!

Lakierowe:



i manhattanowe:



Spieszcie się :))