Obserwatorzy

24.07.2012

Zieeeeeeloooono mii... było...

Mniej więcej póki nie zaczęłam się zastanawiać po co paciałam tym pseudozielonym brokatowym linerem co ma pędzelek jak miotełkę...
Cóż... Najważniejsze, że człowiek uczy się na błędach :)






23.07.2012

Przedłużenie rozdania i... o własne szczęście też dbam! :)

Dziewczyny, nie wiem co mi na głowę padło, gdy pisałam, że rozdanie skończy się 27.07, a ja w ciągu 5 dni ogłoszę wyniki.
Z moich głębokich (choć spóźnionych) przemyśleń wynika, że w nocy 27/28 dopiero będziemy w Pl. Następnie czeka nas szybka kimka i na weekend wybywamy. W poniedziałek czekają nas urzędy (już zaczęłam pić melise), zakupy, lekarze, zalatwienia...

Dlatego przedłużam rozdanie do 31.07.
To jest wtorek, a przy okazji moje urodziny - załatwię część odwiedzających za jednym zamachem, zostaną mi w planach zakupy, pomniejsze załatwienia tu i tam i błogie lenistwo w domowym gronie :))

W każdym razie wtedy już powinnam się ogarnąć.

PS. Gdy patrzę na kartkę A4 zapisaną drobno sprawami do załatwienia zastanawiam się kto wyjazd do Polski nazwał urlopem :D

Lakiery Essie czekają na jedną z Was:
http://sweet-like-cola.blogspot.co.uk/2012/07/essiowe-rozdanie-u-kempka.html





A przy okazji (mam nadzieję, że na mnie) czekają kosmetyki u Agatharuedelaprada:
http://agatharuedelaprada.blogspot.co.uk/2012/07/konkurs-lato-w-peni.html


20.07.2012

Paszport dla dziecka w UK, a konkretnie Ambasada RP z perspektywy petenta...

 Że się dużo polskich dzieci rodzi w Anglii - wiadomo nie od dziś.
Trudno się temu dziwić - emigrują głównie młodzi ludzie, a tu łatwiej sobie życie ułożyć, przyzwoite mieszkanie znaleźć, kupić czy wynająć, a przede wszystkim paczka pieluch nie kosztuje tutaj tyle ile przeciętna dniówka...
Łatwo też się domyślić, że niemowlaki potrzebują dowodów tożsamości, żeby móc w Polsce odwiedzić dziadków czy załatwić sprawy z polskim aktem urodzenia...

Spora część kraju, o ile nie większa podlega w takim załatwianiu pod Londyn.

Składanie wniosku idzie nadzwyczaj szybko - trzeba się zapisać przez internet, datę i godzinę wizyty w POSK ma się z góry wyznaczoną, kolejek większych tam brak, przestronny hol w którym można poczekać czy nakarmić dziecko jest do dyspozycji, miła pani w okienku przyjmuje wniosek i wyznacza datę odbioru na za 6 tygodni...
Jak dotąd miodzio - obsługa wg angielskich standardów :)

ALE

Paszport trzeba też odebrać...

Czy już wyrobiony, czy może ma jakieś spóźnienie dowiedzieć się nie sposób...
Numer telefonu istnieje, ale... podobno ktoś, kiedyś, w odległej galaktyce się tam dodzwonił...

Trza jechać w ciemno.

My wybraliśmy się we trójkę, bo nie lubię jak Tomek sam jeździ tak daleko...
Całe szczęście, że nie mam prawa jazdy, bo może musiałabym się wybrać sama z Michem i to dopiero byłby strach...
Pecha mieliśmy, bo trafiliśmy w czas, gdy M4 była zamknięta.
GPS w związku z powyższym pokierował nas... przez centrum miasta.
O ja pierdykam!
1. Ludzie próbujący przejść przez ulicę i wyskakujący spomiędzy alejek od tyłka strony.
2. Autobusy jadące JEDEN ZA DRUGIM z których każdy próbuje się dostać na twój pas ruchu, więc mu ustąp - norma.
3. Taksówki jak święte krowy - mają z góry pierwszeństwo, więc ustąp jednej, drugiej, dziesiątej...
A do tego miasto rozkopane, oznaczenia tak sobie dla kogoś z zewnątrz...
Ile razy zostaliśmy strąbieni i ile mandatów przyjdzie nie liczę.
Ale to nie wina systemu, bo nikt nam tam jechać nie kazał (poza dżipiesem)

(Uczcijmy minutą ciszy pomysłodawce metra.)

Wreszcie dobijamy do budynku Ambasady. Jest jedno jedyne miejsce parkingowe, ale za to przed samym wejściem, więc cudzio :)

I wita nas... KOLEJKA
Ale jaka to jest moi drodzy kolejka!
Zdjęć nie zrobiłam, ale ktoś przede mną na to wpadł:

(zdjęcie pochodzi ze strony http://www.magdainlondon.com/ i jest własnością jej autorki)

Wiele spraw załatwiałam, ale w życiu nie stałam jak pieprzony dziad przez 40 MINUT na ULICY PRZED URZĘDEM!
Zresztą - nie mam co narzekać. Michu duży, słonko na chwile wyszło i jakoś zleciało... Ale ludzie tam stoją z noworodkami, zimą i w deszczu.
Daszka nie odnotowano.

Sama kwestia stania:
Gdy dotarliśmy kolejka do drzwi stała z dwóch stron, więc ustawiliśmy się gdzie bliżej.
Błąd!
Pan ochroniarz raczył mało grzeczne uwagi czynić co do kwestii stania z dwóch stron, oraz "ON NIE BĘDZIE LUDZIOM TŁUMACZYŁ CO CHWILĘ GDZIE MAJĄ STAĆ", bo "TO NIE NALEŻY DO JEGO OBOWIĄZKÓW".
Ponadto:
"KARTKA PRZECIEŻ WISI!"
Rozglądam się, szukam, patrzę... Jest! Kartka wisi. Po tamtej stronie kolejki. Na murze. Przed murem metrowy trawnik i wysoka krata. Krata aż gęsto zastawiona narodem, a kartka dumnie się prezentuje... mniej więcej na wysokości bioder dorosłego człowieka.
O przepraszam!
Podła ja!
Ona wisi na wysokości wzroku... przeciętnego pięciolatka! Szkoda, że Mich jeszcze czytać nie umie, może by nas poinstruował!

Co do samego zakresu obowiązków wspomnianego wyżej pana - problemu nie widzę. Na te półtora godziny można przecież zatrudnić kogoś specjalnie do wskazywania kierunku kolejki.
Podatnicy chętnie zapłacą.

Godziny otwarcia.
Okres wakacyjny, paszport chce każdy.
Wydaje się je w godzinach 14.00 - 15.30.

Dostaliśmy się do środka  o godz. 15.20. 10 minut później Pan Ochroniarz z donośnym trzaskiem zamknął drzwi. Kto się nie dostał, a jechał te pareset mil, ma problem.

Ochrona
Bramka, która ma za zadanie wykryć ewentualną broń służy za przedłużenie biurka panu ochroniarzowi.
Sądząc po kurzu wyłączona na stałe.
Gdyby jakiś oszołom (których nie brak) wniósł bombę, to co by z nas zostało należałoby zeskrobywać ze ścian i odsyłać w słoikach po dżemie.
Całe pomieszczenie wielkości dwóch moich salonów, a salon mam mały. Do tego ludzi jak mrówek...
Dziwne, że jeszcze nikt na to nie wpadł...

Sam Pan Ochroniarz (duże litery, moi drodzy, koniecznie duże litery!)
Znacie ten typ człowieka z jakiegoś powodu pewnego, że jest nieruszalny?
Tacy ludzie występują tylko w sektorze publicznym, przyspawani na stałe do ciepłych posadek - w sektorze prywatnym się raczej nie trafiają.
Relikt PRLu...
Tu mamy książkowy przykład: "zimny łokieć" oparty o wykrywacz metalu, patrzenie na wszystkich z góry, każdy kto wchodzi jest głupkiem, odpowiedzi na pytania udzielać obowiązku nie ma, opryskliwość i lekceważenie.
Jakaś kobieta, która zwróciła mu uwagę usłyszała, że "Jak się pani nie podoba, to niech sobie pani skarge pisze!".

Jedynie panie w okienkach ratowały sytuacje starając się wydawać paszporty jak najszybciej, do tego żadnej nie brakło uśmiechu. Za to plus.


Mieliśmy zamiar pozwiedzać, ale o odstaniu 40 min. w kolejce przed budynkiem i 20 wewnątrz oraz w perspektywie korków na autostradzie mieliśmy dość.


Powiedzcie mi jak to możliwe, że w każdym angielskim urzędzie miejsca dla ludzi sporo POD DACHEM i usiąść jest gdzie, a tam gdzie spodziewane są dzieci można znaleźć kąciki z zabawkami, a do polskiego przybytku na obczyźnie stoi się jak na audiencje u Królowej i znosi traktowanie pt. "Jak śmiałeś mi przerwać picie kawy?!"

My płacimy za te paszporty, a Wy (lub Wasi rodzice) płacicie bojońskie sumy z podatków na utrzymanie tych placówek.
A wygląda tam właśnie tak.




Zdjęć kilka mam, ale robionych z auta (auuu!)
Akurat w budynkach można się tam zakochać:







Ktoś bardzo mądrze zapiął rower:












15.07.2012

Kolorowo, przypominaniowo, zapraszaniowo :)

Zawsze gdy chce obfocić makijaż, to po fakcie okazuje się, że jest niedorobiony, rozmazany, albo tusz się odbił.
Kresek robić nie umiem NADAL (nie żebym przez ostatnie pół roku miała eyeliner w ręce...)
Za to brwi będę miała jak ta lala... po powrocie z Polski! Wizyta u kosmetyczki, to (po lumpeksach) mój polski priorytet... doczekać się nie mogę... A raczej te moje zarosłe krzaki zwane brwiami!







Czuję się jak kocmołuch ostatnio i jak kocmołuch wyglądam.
Unikanie malowania mi w pozbyciu się tego nie pomaga.

Uwierzycie, że w ciągu ostatnich wielu miesięcy pomalowałam się (nie licząc tuszu i podkładu przed wyjściem do sklepu) jakieś 6 razy? Dokładnie licząc.
Straaasznie powoli mi idzie powrót "do żywych".

A kiedyś sobie wmawiałam, że na spacer z dzieckiem będę chodzić w szpilkach...
Jaaaasne.

Chyba mam dzień paszteta nad pasztetami... A właściwie miesiąc lub nawet ROK PASZTECTWA PASZTETÓW.



**

Żeby się już bardziej nie rozczulać nad sobą przypominam Wam o essiowym rozdaniu:



**

Oraz zapraszam na serduszkowe rozdanie na moi blogu kulinarnym:



Nikomu się nie chce piec serduszkowych muffinek?:)

13.07.2012

Essiowe rozdanie u Kempka

Wcale nieduże.

Wpadłam do tutejszego Tk Maxx i kupiłam zestaw 3 lakierów Essie.
Miałam jeszcze najszczerszy zamiar coś dokupić, ale kto z chłopem chodził, ten wie - poganiać lubi, ale wybrać nie pomoże.



Nie perłowe.
Nie z brokatem.
Niemacane :)

Jest mleczny delikatny róż, ostry róż i krwista czerwień.

Kolory:





Kto chce niech się zgłasza :)

Essiowe rozdanie u Kempka - zasady
1. Rozdanie trwa od 13.07 - 27.07.2012.
Zmieniam datę zakończenia rozdania. 27.07 będziemy dopiero w drodze do Polski, później szybka kimka w moim mieście i ruszamy dalej w ziemię ojczystą. Nie zdążę ogarnąć :)
Zmieniona data zakończenia rozdania to 31.07.2012.
2. Nagrody wysyłam tylko na terytorium Polski. Dla dziewczyn emigrantek, które obserwują mój blog od dawna zrobię wyjątek :)
3. W czasie zakończenia rozdania będę w Polsce, zwycięzców podam max. 5 dni później (jeśli się ogarnę). Na @ z danymi czekam 3 dni (chce wysłać jeszcze przed powrotem do UK).
4. Aby wziąć udział w rozdaniu trzeba być pełnoletnim lub mieć zgodę rodziców.
5. Zgłoszenia przyjmuję w komentarzach pod tym postem.
6. Zwycięzce wylosuję poprzez stronę do tego przeznaczoną, a jeśli dostęp do internetu będę mieć ograniczony losy zostaną wrzucone do miseczki i losować będzie moje szczęśliwe dziecie (mam nadzieję, że odda zanim zje).
7. Rozdanie tylko dla obserwatorów mojego bloga.
Przy czym:


Osoby, które DO TEJ PORY (160 pierwszych) obserwowały mój blog i zgłoszą chęć udziału w rozdaniu mają 1 los.
Jeśli zechcą wspomnieć w notce o moim rozdaniu otrzymują dodatkowy 1 los.

Osoby, które ZACZNĄ OBSERWOWAĆ BLOG po ogłoszeniu tego rozdania muszą napisać notkę/ wspomnieć w jakiś widoczny sposób o tym rozdaniu na swoim blogu i wtedy otrzymują 1 los.
(Uznaję tylko blogi kosmetyczne/ubraniowe/lifestylowe - blogi o konkursach nie będą brane pod uwage. Blog musi być aktywny, prowadzony regularnie od conajmniej 2 mies.)

W komentarzu należy podać:
Obserwuję jako:
Mój email:
Jestem dotychczasowym obserwatorem: tak/nie
Notka (dla nowych lub chętnych):

Powodzenia!

09.07.2012

Mamowo, ale nie tylko: Sudocrem!

Kto nie zna Sudocremu?
No właśnie :D

Kiedyś nie wierzyłam, że można wykorzystać całe opakowanie - gęsty krem - maść, szalenie wydajny, ładnie pachnący (nie "maściowo").
Odkąd mam dziecko wiem, że Sudocrem można jednak zużyć cały...
A ile ma niepupowych zastosowań!

Cudocrem dostajemy w plastikowym, szarym"słoiczku". Oszczędne w kolorach opakowanie, przejrzysta, prosta ulotka, a przede wszystkim wieczko, którego małe dziecko samo nie otworzy...
(A do "zabezpieczonych" tabletek dostać się potrafi...)


Produkt jest bardzo, bardzo gęsty, biały, nieprzejrzysty.
Przy stosowaniu kilka - kilkanaście razy dziennie starcza, a starcza.
Można kupić w opakowaniach całkiem małych jak i kilkuset gramowych...


Do rozsmarowania łatwy nie jest,


zostawia dość grubą, widoczną warstwę:


I to jest w porządku, bo ona wchłania się sama i działa!

Próbowaliśmy wielu kremów i smarowideł podpieluszkowych - były te bardzo rzadkie i te gęste, które powodowały wysypkę.
Po Sudocremie wysypki nie ma, nie uczula, tymbardziej nie podrażnia.

Nie rozsmarowuje go i nie wcieram Małemu pod pieluchą - zostawiam warstwę i jeszcze się nam odparzenie nigdy nie zdarzyło.
Gdy jest bardzo upalnie, widzę, że robi się zaczerwienienie -  nakładam dużą ilość, a rano "po bólu" nie ma śladu.
Skóra jest mięciutka, nawilżona - dokładnie jak przysłowiowa "pupcia niemowlaczka".

Ale... nie tylko na dziecięcą pupę genialnie działa...
Zmywam, piorę, sprzątam, gotuję - myję ręce kilka razy na godzinę. Często są od czegoś mokre i - niestety - pod obrączką robią mi się potworne odparzenia.
Wtedy biorę Sudocrem, smaruje pod obrączką, zdejmuję ją na noc i następnego dnia po odparzeniu zostaje ledwo maleńki ślad...

Stosujemy go w domu na wszelkie niegojące się ranki, obtarcia - działa.

Czytałam w wujku google, że dziewczyny nawilżają nim buzię, smarują końcówki włosów - nie próbowałam.


A jakie Wy macie zastosowanie tego cudeńka?

05.07.2012

Wygrane z Glamour

Jeszcze się nie chwaliłam, więc teraz (jak zwykle po czasie) nadrabiam.
W maju wygrałam kosmetyki w konkursie organizowanym przez angielskie Glamour.

Pierwszy przyszedł na początku czerwca:

Preparat do oczyszczania twarzy Murad


Drugi dotarł pod koniec czerwca i - szczerze mówiąc - już myślałam, że zaopiekował się nim Royal Mail:

Olejki rozgrzewające do skóry głowy, firmy Label.m


Na razie próbuje wymęczyć 2 inne produkty do twarzy, a i włosy nieźle wymęczyłam, więc recenzje się tu pojawią, ale dopiero za jakiś czas :)

03.07.2012

Hesh, Amla - proszek

Raz po raz w kosmetycznym świecie pojawia się jakiś "szał" - jedna, druga, trzecia osoba pokazuje coś super/niespotykanego i nagle wszyscy chcą to mieć. A później jest wysyp recenzji, gdy już wszystkie mają i szał opada...

Z jakiegoś powodu jakiś czas temu był szał na produkty z bliższych lub dalszych części Azji, a mianowicie "zrób się na Hinduskę".

Podchodzę do tego sceptycznie, bo coś co u nich jest dobre niekoniecznie musi działać dobrze na naszą skórę i włosy. Nie wspominając o tym, że mają trochę inne kanony piękna.

Nie jest podobno zła pasta cukrowa - ale tamte kobiety przygotowują ją od setek lat i mają na nią sposoby, a której z nas w domu wyszła?
Nie jest złe nitkowanie brwi, póki w CH nie traficie na kobitke, która zrobi Wam nitką brwi w kształcie Pluto...
I być może nie są złe pachnące zielem maski do włosów, ale ja jakoś... źle do nich podeszłam...

Wygrałam ten proszek w rozdaniu, więc tymbardziej chciałam móc napisać o nim coś dobrego, ale... Może się uprzedziłam?


Po pierwsze: lakoniczna, o czcionce wymagającej lupy instrukcja obsługi na spodzie opakowania. Prosta rzecz: wymieszać z wodą, wmasować we włosy, zostawić na kilkadziesiąt minut, spłukać. Może w środku powinna być instrukcja obsługi rozszerzona - u mnie nie było, a (niestety!) opinie w Internecie przeczytałam po fakcie...

Nie było informacji jak często zabieg powtarzać... Mi było cieżko się za to zabrać, więc mijały tygodnie między jednym a drugim maseczkowaniem... Moj błąd nr 1.

Rozmieszać w wodzie zimnej czy ciepłej? Rozmieszałam w zimnej, zwykłej kranówie - mój błąd nr 2. Powinnam rozmieszać w ciepłej i dodać jakiegoś olejku, a nawet miodu.

Ile proszku użyć na raz? Całe opakowanie wystarczyło mi na 3 razy - mój błąd nr 3. Powinnam je mieć na więcej użyć.

Jaką konsystencje powinna mieć papka? Do teraz nie wiem... Robiłam bardzo gęstą - jak błoto. Przez to nakładanie nie było zbyt miłym doznaniem. Ale już nałożona trzymała się na głowie bardzo dobrze.


Trudno wymagać, żeby ta recenzja była całkowicie rzetelna przy liście błędów które popełniłam.
(Ale też trudno wymagać uniknięcia błędów przy egzotycznym produkcie z 4zdaniową instrukcją używania.)

Marudzę...

Czy przyciemnia odcień włosów?
U mnie nie zauważyłam, ale mam bardzo ciemne naturalne, więc nie liczyłam na to.

Czy nadała blask i objętość?
Blask owszem - były bardziej błyszczące, nawet przetłuszczały się po niej jakby wolniej.
Co do objętości poprawy nie stwierdzono.

Czy usunęła łupież?
Zaczynając jej używać byłam od niego wolna. Po pierwszym razie nieźle mi go wysypało, ale po kolejnych już go nie było, także nie najgorzej...

Czy zapobiegła wypadaniu?
Ostatnio moje włosy wypadają mniej, również dzięki zmianie diety.
Nie mogę stwierdzić czy i maska coś pomogła...

Strasznie mi się podoba ten ziołowy zapach - dla niektórych może być zbyt silny i irytujący, ale ja go lubię.
Łatwo się maskę z włosów wypłukuje, raczej nie zasycha na głowie - jeśli już to tylko na obrzeżach.
Trochę trudno ją na początku rozmieszać tak by nie było żadnych grudek.

Jakie mam do niej nastawienie?
Sama bym nie kupiła...
Włosy wyglądały dobrze, ale czy po niej? Ogólnie doprowadziłam je w ostatnich miesiącach do niezłego stanu, więc nie wychwalałabym jej pod niebiosa.

Kiedy już przeszłam przez instrukcje i wątpliwości jak zrobić to, a jak rozmieszać tamto, to byłam względnie zadowolona...
Mój dobry humor popsuł Tomek twierdząc, że moje włosy wyglądają jak siano. Przy bliższym macaniu przyznał, że na miękkości nie straciły, ale napuszenie widać...Ja sianowatości nie zauważyłam.
Weź proś o opinie faceta...

Ogólnie: polecam tym, które są zachwycone arabskimi cudeńkami - jakoś sobie z nią poradzą.
Jeśli dla kogoś taki proszek to tylko arabski skok w bok  (jak u mnie) radzę raczej zostać przy "naszych" specyfikach.