Obserwatorzy

08.01.2012

Biały Jeleń żel do higieny intymnej z bławatkiem

Moje pierwsze spotkanie ze środkiem do higieny intymnej wypadło dość dawno. Miałam jakieś 6 lat i od dłuższego czasu fascynowała mnie buteleczka z niebieskim płynem stojąca nad wanną. W końcu spytałam rodzicielki co to jest. Mama jest starej daty i wyrażenia okołopłciowe jej przez gardło nie przechodzą. Coś tam mgliście mi wyjaśniła, że to do podmywania, dodała, że WYŁĄCZNIE dla dorosłych i temat zamknęła.
Gorzej zrobić nie mogła :D
Skoro dla dorosłych, to kusi podwójnie, tylko... co to to podmywanie?
Mały Kempek szybko wydumał, że kiedy bierze wieczorem kąpiel, to jest pełne mycie, więc podmywanie musi być myciem mniejszym.
W ten sposób Kempek zaczął PODMYWAĆ: nogi po bieganiu boso na podwórku, ręce po zabawie błotem, twarz po jedzeniu kwaśnych wiśni i co tam tylko się dało...
Płynu szybko ubywało, aż w końcu zniknął. Mama pewnie uzała, że się przypadkiem wylał i do tematu nie wróciła.

W dorosłym życiu:
O nieprzyjemnościach ciąży i porodu napisano już wiele. Błędnie.
Być może w ciąży wszystko zależy od nastawienia - moje było megaoptymistyczne i być może pomaga włożenie między bajki wszelkich tycio-rozstępowo-puchnąco-mrocznych opowieści.
Wszyscy straszą, a nikt nie mówi jaki to przyjemny stan. Ciąża - czas radości i oczekiwania. Poród - sporo bólu, ale do przeżycia (i nie - nie miałam znieczulenia w krzyż, a jedynie gaz, bo lądując na szpitalnym łóżku już rodziłam. W sumie 3/4 porodu spędziłam w domu).
Za to połóg... O tym baaaardzo chce się zapomnieć...

Podczas swojego wpadłam dosłownie w obsesje mycia. Mniejsza, że wycierałam włosy ręcznikiem i czułam, że znów są brudne. Mniejsza, że czułam jakby mi coś oblepiało twarz. Mniejsza, że moje ręce wydawały mi się ciągle brudne. Powyższe było tylko w mojej głowie.
Najgorszy był brud realny - trudno czuć się komfortowo i czysto krwawiąc jak byk na corridzie przez kilka tygodni.
Mały jadł co równiutkie 2 godz. - w dzień i w nocy. A ja każde karmienie traktowałam jak przypomnienie o prysznicu - zostawiałam Tomka z butlą i biegłam na szorowanko. Północ, 2.00, 4.00, 6.00, 8.00, 10.00... itd. Używałam łagodnych środków, ale dajcie spokój... z pustego i Salomon nie ukręci.
Tomek, mimo, że facet starał się mnie ostrzegać i wstrzymywać przed tą wariacją, ale gdzie ja bym się przejmowała...
I nadszedł ten dzień: z powodu pieczenia i suchości dosłownie nie mogłam wysiedzieć.
Wtedy dorwałam się do miniaturek Jelenia.
O raju!!


Żel ma delikatny niebieskawy kolor, ładny zapach, lekką konsystencje - nie gęstą papę przypominającą w dotyku gotowane gluty (jak angielski żel, którego obecnie używam) i nie niemal wodę (jak Ziaja). Ładnie pachnie, przyjemnie się rozprowadza, delikatnie myje, skutecznie czyści.
Możecie nie wierzyć, ale była to pierwsza rzecz po której poczułam się czysta i zarzuciłam co dwugodzinne mycie (zmieniając na mycie co 3 godz., ale zawsze coś :))
Produkt pozostawia uczucie świeżości, nie uczula, nie podrażnia delikatnej skóry, nic po nim nie swędzi i nie powoduje najmniejszego dyskomforu. Nie ma najmniejszego wpływu na szwy, także nie trzeba bać się pieczenia (oczywiście na takich "dzisiejszych" nie próbowałam, ale kilkudniowe szorowałam).

Przyniósł ogromną pomoc i trafia na listę produktów do zwiezienia z Pl, bo znaleźć idealny żel do higieny intymnej, to nie lada wyczyn...:)