Obserwatorzy

22.12.2012

L'Occitane, mydło miodowe

Poniższą notkę zaczęłam pisać 5 grudnia... Wtedy się okazało, że nie mam już na blogu miejsca na zdjęcia. Kiedy się wreszcie z tym uporałam nie było już czasu na nic...

Jakimś cudem chodzące dziecko jest zajmujące 100x bardziej niż noworodek :))
A jeśli do tego nie chce samo spać, to już zupełnie...

Ale co ja się będę usprawiedliwiać - wracam... I wkrótce przybywam też z recenzją kremu do rąk i balsamu do ust  :)
(A zakupów z Polski nadal nie pokazałam...)


Mydło to zrobione jest z wysokiej jakości olejów z dodatkiem miodu.
Kostka waży 100 g i pięknie pachnie.


Dawno już porzuciłam "zwykłe" mydła, bo korzystając z bardzo szybkich prysznicy wolę płyny i żele... Nie oznacza to, że zajęłam się powyższym bez przyjemności :)
Kostka jest duża i poręczna.. do pewnego czasu. W chwili kiedy jest jej około połowy coraz trudniej utrzymać ją w mokrej dłoni.
Mydło ma kremową konsystencje, leciutko się pieni i łatwo je spłukać.
Zostawia skórę dokładnie czystą, nie wysusza. Specjalnego nawilżenia nie zauważyłam, ale nie było źle. (Moja skóra ma skłonność do przypominania pustyni, a po tym efeektu wyschniętej ziemi nie było...)

Nie mogę się wypowiedzieć na temat wydajności, bo to pierwsza zużyta przeze mnie kostka od x lat - nie mam z czym porównać.



Ogólnie przyjemny gadżet dla osób mających czas na długie i relaksujące kąpiele.
Kostka 100g kosztuje 15 zł.


Lubicie takie mydła czy - jak ja - wolicie płynne umilacze kąpieli?:)

09.12.2012

Czarodziejskie Liście, Magiczne Kwiaty - liitowane nowości L'OCCITANE

L'Occitane przygotowało dla Was na Święta 2 limitowane edycje produktów - Czarodziejskie Liście (zapachy werbeny, leszczyny, owoców cytrusowych za szczyptą słodkiej wanilii) oraz Magiczne Kwiaty (połączenie kwiatów i owoców).

CZAROZIEJSKIE LIŚCIE

Krem do rąk z masłem shea:
29.90 zł / 30 ml


Mleczko do ciała:
95 zł / 250 ml

Perfumowane mydełko:
15 zł / 50 g



Pilingujący żel pod prysznic:
59 zł / 200 ml


Woda toaletowa:
75 zł / 10 ml


MAGICZNE KWIATY:

Krem do ciała:
145 zł / 250 ml
Krem do rąk:
29.90 zł / 30 ml


Opalizujący olejek do ciała:
125 zł / 75 ml



Perfumowane mydełko:
15 zł / 50 g


Woda toaletowa:
 
Nuty głowy: Orzeźwiający różowy grejpfrut i czerwone borówki
Nuty serca: Lśniący bukiet z róż i peonii
Nuty bazy: Odrobina białego drewna i piżmo

169 zł / 75 ml

Żel pod prysznic:
59 zł / 250 ml

Perfumy rol-on:
85 zł/ 10 ml



Dodatkowo w świątecznych zestawach kosmetyki możecie mieć o 25 % taniej :)

Coś Was kusi?



PS. Kiedy się wreszcie ogarnęłam z odgruzowaniem bloga okazało się, że nie mam już miejsca na zdjęcia!
Zajęło mi kolejny tydzień zanim wykasowałam z picassy staroci na tyle żeby móc wstawić notkę.

Nie będę się usprawiedliwiać, bo jedno zdane załatwi wszystko:
Michu zaczął człapać.

(A do tego uwielbia z mebli skakać na główkę...)

10.11.2012

L'Occitane - głęboko nawilżający krem do twarzy


Korzystając z tego, że Michałek śpi i z nadzieją, że stukot klawiatury go przedwcześnie nie obudzi przybywam z notką.
Wiele razy już pisałam, że mam przeraźliwie suchą skórę twarzy - wprawdzie znalazłam już krem, który mi w miarę odpowiada, ale gdy w ręce wpadło mi to cudeńko L'Occitane od razu zabrałam się do prób :)


Zacznę do tego, że produkt, który widzicie, to miniaturka - ma 15 ml, podczas gdy pełen produkt ma ich 50. Jednakże opakowanie to nie jakaś przezroczysta plastikowa tubka, tylko najprawdziwsza wersja mini dużego opakowania. To ogromny plus, bo kto by się nie zachwycił maleńkim zielonym słoiczkiem z metalową zakrętką - lubię taką dbałość o szczegóły (im bardziej się robię "rodzinna", tym bardziej niechlujstwo mnie drażni - a kiedyś byłam fleją).


Krem należy nakładać rano i wieczorem. Nie jest tłusty, ani toporny w nakładaniu - wręcz przeciwnie. Leciutki krem, który od razu wchłania się w skórę, nie pozostawia tłustego filmu, ani uczucia, że buzia jest "mokra".
Ktoś określił ten zapach jako "ogórkowy". Dla mnie przypomina dom :D Mama robiąc sałatkę zawsze wrzuca ziemniaki, marchewkę, pietruchę i seler do jednego wielkiego gara - para z niego buchająca pachnie podobnie. Ja uwielbiam ten zapach, taki warzywny, naturalny.

Producent zapewnia, że: 
  • działa natychmiast, zapewniając 24-godzinne nawilżenie
  • poprawia sprężystość skóry
  • chroni przed wolnymi rodnikami
Nie wiem jak z tymi rodnikami - nie sprawdzę. 
Skóra rzeczywiście jest sprężysta, gładka, jędrna, ale nie ma nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia.
Nawilżenie nie przychodzi natychmiast, ale po kilku pierwszych dniach stosowania jest zauważalne - buzia nie jest sucha, skóra się nie łuszczy. Efekt utrzymuje się przez cały dzień.

Idealny pod podkład - nie trzeba czekać godzinami, aż się wchłonie,a zapewnia świetny efekt.


50 ml kosztuje 155 zł.
Nie wiem z jakiej półki lubicie mazidła - jeśli z tej, to zachęcam.

Ja póki co podrzuciłam nazwę Tomkowi i czekam na jego ruch :D

04.11.2012

Porodowo cz. III - torba do szpitala

Miałam inne plany na to popołudnie, ale skoro już znalazłam się przed komputerem, to skorzystam z okazji i dodam notkę z listą rzeczy potrzebnych w szpitalu podczas porodu i po nim :)

Obiecałam Marcie i bardzo, bardzo chciałam zdążyć na czas...

Mam nadzieje, że o niczym istotnym nie zapomniałam, ale rodziłam już tak dawno temu, że wile mi mogło umknąć :)

Jadąc rodzić w UK pakujemy w torbę:

- koszulę do porodu - może to być stara wielka koszula TŻ, najlepiej, żeby zakrywała tyłek, bo nikt nim świecić nie chce :) Co ważne: większość szpitali zapewnia koszule do porodu, ale jeśli zdarzy wam się, że dotrzecie jak ja - pod koniec, to już może nie być czasu o nią prosić. Nie popełniajcie mojego błędu i nie jedzcie do szpitala w ulubionej tunice ;)
- przekąski - szpital zapewnia jedzenie i wodę dla rodzącej, ale jeśli macie ochotę pochrupać np. orzeszki w czekoladzie, to musicie mieć własny zapas ;)
- karta ciąży (w uk green book), dowód osobisty, na wszelki wypadek kartę potwierdzającą ubezpieczenie NHS (gdyby komputery padły)

W pierwszej części skupiacie się na rodzeniu, więc gadżety nie są wam potrzebne, ale gdy już dzidzia jest i wszystkie niezbędne czynności zrobione, a papierki wypełnione przydadzą się:

- przybory do mycia: płyn do higieny intymnej, jakiś delikatny żel do ciała, szampon, odżywka, szczotka do włosów, pasta i szczoteczka do zębów,
- ręczniki - najlepiej ciemne lub stare, których nie będzie żal (aczkolwiek w szpitalu zapytają czy macie własne - możecie użyć szpitalnych),
- telefon z ładowarką,
- kosmetyki do makijażu (ja nie wzięłam i żałowałam),
- aparat fotograficzny (polecam powstrzymać się od wrzucania później zdjęć okrwawionego gołego noworodka na fejsbusia. Niech one zostaną dla was...),
- piżamę lub koszulę nocną - ważne, żeby była rozpinana z przodu - to ułatwi karmienie,
- szlafrok i papcie,
- podkłady poporodowe (takie wielgaaachne podpaski) + podkłady na łóżko,
- tanie majtki, których nie będzie później żal wyrzucić (bez szwanku z tego nie wyjdą),
- stanik do karmienia + wkładki do niego,
- ubrania na wyjście ze szpitala,
- żel antybakteryjny do mycia rąk

Dla dziecka:
- 2-3 pieluszki tetrowe (do wytarcia, przykrycia)
- czapeczkę (u mnie na oddziale poporodowym było bardzo zimno - otwarte okno w  nocy...;/)
- pampersy,
- chusteczki nawilżane lub waciki do wycierania pupy,
- nie bierzcie smoczka,
- niedrapki,
- zależnie od pory roku: bodziaczki z długim lub krótkim rękawkiem - jakieś 5 szt. (kupki są rzadkie, młoda mama nie zawsze bezproblemowo umie dziecko przewinąć) + rajstopki/spodenki
- 2-3 szt. pajacyków do spania,
- skarpetki
- jeśli to zima: sweterek lub bluzę

Nie wiem jak jest z mlekiem modyfikowanym - czy trzeba mieć swoje... Ja miałam w planach karmić piersią, życie te plany zweryfikowało, ale o tym przekonałam się dopiero w domu.

W Anglii nie zaleca się kąpania dziecka przez pierwsze dni, ale jeśli sobie zażyczycie, to oczywiście możecie. Polecam wycierać je pieluszkami tetrowymi, mycie tylko wodą.

Pamiętajcie, że ktoś może dowieźć rzeczy, których braknie.

Na wyjście: 
- bluza/ kurteczka/ kocyk - żeby dziecku było ciepło (na oddziale poporodowym dostaje się szpitalne kocyki i nie zaleca się używania własnych)
- fotelik samochodowy - przed wyjściem ze szpitala położna sprawdzi czy go macie.

20.10.2012

Nie ma mnie...

...a chciałabym być...

W zeszłym tygodniu przylecieliśmy na 3 dni do Pl...
Dziecko się pochorowało, a biorąc pod uwagę jego młody wiek i powagę stanu - ja zostałam z dzieciem w Pl, a Tomek poleciał do UK.
Chyba powinnam się cieszyć, bo tylko dzięki szybkiej reakcji lekarki nie pisze do Was teraz ze szpitala... Było bardzo źle.

Na szczęście jest lepiej.

Tymczasem siedzimy i zajmujemy się tęsknieniem...

Wkrótce postaram się ogarnąć i wrzucić jakąś notkę :)
Prawdopodobnie listę rzeczy do zabrania do porodu, bo obiecałam Marcie :)

Pozdrawiam :))

06.10.2012

Cz. II - poród w Anglii

Czas na drugą część serii - jak wygląda poród w Anglii. Notkę o prowadzeniu tu ciąży znajdziecie 2 posty wstecz. Notka o opiece poporodowej będzie następna.

Poród... Jak o nim pisać, żeby napisać, ale żeby nikogo nie zniechęcić i nie wywołać w czytelniku konwulsji? Chyba najprościej krwawe fragmenty pominąć... ALE są rzeczy o których pojęcia nie miałam w kwestii porodowej dopóki nie nadeszły - nikt ze mną o porodzie nigdy nie rozmawiał (poza midwife oczywiście). A wiedzieć by się chciało, prawda?

Kto nie chce niech nie czyta.
Będzie bardzo cieleśnie... ;)

Michałek był "przenoszony" - specjalnie mnie to nie dziwiło, bo ja w brzuchy też siedziałam dużo za długo (gdy mama wreszcie postanowiła poczłapać do szpitala ja już się dusiłam resztką wód płodowych...)
Na 26.09 - poniedziałek miałam umówione wywoływanie w szpitalu. 22.09 i 24.09 - o czym już pisałam - dość mnie zmaltretowano przy zabiegu zwanym masażem szyjki macicy. Przy pierwszym rozwarcie było zerowe, przy drugim miało jakieś tam pół cm i on chyba trochę pomógł, bo...

W niedzielę, 25.09 wstałam sobie o wpół do 7 na zwyczajowe "siku". Kto był w ciąży wie, że pęcherz ciśnie - zwłaszcza pod koniec - dosłownie co chwilę. Wróciłam do łóżka jeszcze dospać, o 6.40 zaczął mnie boleć brzuch, myślałam, że muszę do toalety, poszłam i... nic. Uznałam, że raczej już nie zasnę, więc postanowiłam się umyć i ubrać... Nagle patrzę: krew...!
Musicie sobie wyobrazić jaka byłam spanikowana, bo - uwaga - żyłam w świętym przekonaniu, że krew wypływa razem z dzieckiem a nie już z pierwszymi skurczami... (Teraz na tą myśl robię klasyczny facepalm...). Bałam się strasznie, bo w związku z powyższą niewiedzą uznałam, że coś się dzieje z dzieckiem!
Poczłapałam do sypialni - nie mieliśmy wtedy łóżka, spaliśmy na podłodze, a Tomek na wołanie, gdy śpi nie reaguje. Schylić się bałam, żeby sytuacji nie pogorszyć, więc obudziłam go kopniakiem... xD (lekkim)
On oczywiście nieprzytomny, pyta mnie co się dzieje, ja mu w panice krzyczę, że krew mi leci, a on... pyta SKĄD... Wtedy ja jeszcze większa panika, mówię mu skąd - chyba z dzieckiem się coś dzieje złego...
Była to mniej więcej 6.50 - dostałam drugi skurcz. Kolejny był o 7.00, 7.10, 7.15, 7.20 - szło ekspresem.

Ok, w takim razie telefon do szpitala.
Musicie wiedzieć, że tu przed przyjazdem dzwoni się poinformować o nim, wtedy pielęgniarki pytają co ile skurcze i ew. każą jeszcze zostać w domu lub po prostu wiedzą, że mają szykować miejsce.
Była niedziela, "zatrzęsienie porodowe" i usłyszeliśmy, że skoro to pierwszy poród, to z pewnością nic do wieczora nie ruszy...

W międzyczasie szybkie mycie, ubieranie, dopakowywanie szpitalnego bagażu, ból straszny, ale do przeżycia. Skurcze coraz częstsze i coraz mocniejsze, już co 4-5 min (po 4 minutach słaby, 5 minut później bardzo bolesny, po 4 znów słaby i znów bolesny).
Usłyszeliśmy, że to na pewno nie jest jeszcze poród i że mamy zadzwonić, gdy skurcze będą REGULARNE.
W tamtej chwili zdążyłam zwątpić co dla tutejszych pielęgniarek znaczy słowo "regularny", bo jak dla mnie coś co jest co 4 i 5 min. jest bardzo, ale to bardzo regularne...)

Około 10 skurcze zaczęły być częstsze - co 3-4 min., a po 10.15 już regularnie co 3 min. Wkrótce poczułam jakby coś od środka rozrywało mi kości. Ekspertem nie byłam, ale wywrzeszczałam do Tomka, że to chyba parte, że ma dzwonić, że jedziemy i że jak powiedzą, że mamy jeszcze zostać w domu, to &#%$* (pip pip pip - przekleństwa) urodzę pod szpitalem.

O 11.20 zapisaliśmy ostatni skurcz, a to znaczy, że zaczęliśmy mnie ubierać, wiązać sznurówki i człapać do auta. Wysiadając pod szpitalem miałam skurcze co 2 min.
Wpuszczona nas na oddział, zabrali moją zieloną książkę (o której Wam wspominałam w poprzedniej części) i zaprowadzili mnie do pokoju. (Suche fakty jak co wyglądało będą za chwilę).

Wprowadzono mnie do pokoju dokładnie o 12. Trochę pokrzyczałam i poklnęłam (cóż...), miałam już skurcze co minutę, a położna przyszła o 12.20...
Wcześniej mi mówili, że na porodówce dostanę koszulkę do rodzenia, więc czekając na nią położyłam się na łóżku w czym stałam, zostałam od razu zbadana i okazało się, że pełne rozwarcie - główkę już widać. Położna szybko spytała mnie tylko czy może mi przebić pęcherz płodowy (miała to w planie porodu, ale mogłam zmienić zdanie, więc - jak poprzednio - przed każdym ruchem jesteście pytane i nie robi się wokół was nic na co nie wyrazicie zgody). Oczywiście się zgodziłam, wody wypłynęły (Nie, nie chlustają jak w filmach...) i... się zaczęło.
O 13.53 Szkrab już był. Mierzył sobie 53 cm i ważył 3940 g :) Duuuży był chłopak :)

Położna powiedziała, że prawie całą robotę odwaliłam w domu i że życzyłaby sobie więcej takich pacjentek. Dodała też, że jeszcze chwila, a rodziłabym w aucie...

Niektórzy mówią, że tego bólu nie zapomnieli, ale ja w to nie wierzę :)
Nie pamiętam wiele z tego co się działo dalej, bólu już z pewnością nie (choć mam jego własną definicję).
Od tamtej chwili uważam się za najszczęśliwszego Kempka świata, a Michałek codziennie daje nowe powody do radości :)




A tak "na sucho":
Przed każdą czynnością musicie wyrazić zgodę - już pisałam. Uważam, że to jest bardzo w porządku, bo po prostu DECYDUJECIE O SOBIE.

Rodzić można z kim się chce - partnerem, przyjaciółką, mamą, siostrą. O ile się nie mylę przy waszym porodzie mogą być 2 bliskie osoby. Za obecność tej osoby nie płacicie, macie prawo do tego, żeby ktoś was wspierał i tyle.

W każdej chwili porodu możecie poprosić o coś do jedzenia lub picia. Osoba towarzysząca nie, ale można się dzielić :))

Rodzić można w szpitalu lub w domu, ALE w domu tylko jeśli to nie jest pierwszy poród i tylko jeśli poprzednie były bez komplikacji. W decydującym momencie dzwonicie po położną, która wam pomoże. Podczas porodu w domu nie możecie liczyć na znieczulenie, więc zaleca się wypożyczenie basenu do porodu. Za poród w domu się nie dopłaca.
Jeśli wystąpią komplikacje karetka zabiera was do szpitala.

Można rodzić w wodzie - jest to uznawane za jedną z metod znieczulenia. Ale w moim szpitalu basen jest jeden i jeśli inna kobieta już tam rodzi, to jej nie wyproszą, żebyście wy mogły zacząć - z tym trzeba się liczyć. Poród w wodzie jest darmowy.

Nie praktykuje się rutynowego nacinania krocza - zostaniecie nacięte tylko wtedy, gdy zajdzie taka absolutna konieczność.

Nie robi się tutaj przed porodem lewatywy - nawet niełatwo samemu kupić zestaw do niej.
Szczerze mówiąc trochę mnie to przerażało, ale wraz z którymś partym nadeszła myśl, że zwisa mi co ze mnie wypłynie lub wyskoczy - chce tylko urodzić.

Możecie rodzić w dowolnej pozycji - leżąc, klęcząc, stojąc czy kucając. Położna nie ma prawa odmówić Wam tego - to wam ma być wygodnie. Pamiętam, że podczas jednego z telefonów pielęgniarki chciały porozmawiać ze mną nie z Tomkiem, a ja zwisałam akurat w pozycji nietoperza przez oparcie kanapy... xD Róbcie co chcecie żeby uśmierzyć swój ból.

Nie wiem czy wszędzie (raczej tak) rodzi się w pojedyńczych salach. Od momentu przyjęcia do przeniesienia na oddział poporodowy jesteście w sali same + osoba towarzysząca + położna + praktykanci (jeśli wyrazicie zgodę).
W tej sali same sterujecie klimatyzacją, ciepłem, elektrycznym łóżkiem i co tam jest na stanie. Z niej też macie wyjście do toalety i wanny (z wszystkimi wygodami i ulepszeniami, gdzie możecie się później umyć). Toaleta i wanna przynależą do dwóch sal, czyli możecie spotkać panią rodzącą obok. Obie są sprzątane i dezynfekowane co 2 godz.

Oddział poporodowy to taki wielki hol, podzielony na poszczególne "pokoiki" - jesteście same, macie swoją szafkę, stolik i telewizor, ale od innych matek nie dzieli was ściana, tylko tkanina. Konkretniej kotary.
Mozna wynająć "murowany" oddzielny pokój - to jest odpłatne.

...A sensu płacić nie ma, bo po bezproblemowym porodzie zostajecie w szpitalu przez 6 godz. Jeśli to wasz pierwszy poród - 1 dzień.

Po narodzinach dziecku podaje się witaminę K w zastrzyku - o ile wyrazicie zgodę.

Zgodę wyrażacie też jeśli chcecie dostać zastrzyk przyśpieszający urodzenie łożyska - ja wyraziłam i dostałam, ale o tym wiem od Tomka, bo ja z tamtych chwil nic nie pamiętam poza Michałkiem :)
Warto taki zastrzyk przyjąć - dostaje się go w udo.
Położna pomaga urodzić łożysko ciągnąc za pępowine.

Znieczulenia
Po pierwsze - są bezpłatne.
- poród w wodzie (wtedy nie możecie użyć jako dodatkowego znieczulenia maszynki TENS i raczej odradza się epidural),
- terapie naturalne: aromaterapia, refleksologia, hipnoza ;)
- TENS - przyczepiacie na plecach nakładki przez które przechodzą impulsy elekryczne łagodzące skurcze,
- entonox - szerzej znany jako gas&air - mogę powiedzieć najszerzej, bo miałam to ja. Dostajecie (jednorazową) maskę przyczepioną do butli z mieszaniną tlenu i podtlenku azotu. Działa tylko chwilę po wdechu, a przyjmujecie go, gdy czujecie, że nadchodzi skurcz (w żadnym razie podczas parcia - gdy skurcz już jest przestajecie go wdychać). Gas&air nie usuwa bólu... raczej sprawia, że się na nim nie skupiacie, wywołuje efekt podobny do stanu nietrzeźwości - lekko kręci się w głowie i ma się wrażenie, że wszystko się dzieje gdzieś obok.
- zastrzyk morfinopochodny (najczęściej w nogę) - czyli silniejszy środek przeciwbólowy,
- zastrzyk w krzyż (epidural) czyli znieczulenie od pasa w dół - nie czujecie bólu... nie czujecie nic - kiedy przeć mówi wam położna.


Plus coś co mnie zaskoczyło - opowiadała mi o tym koleżanka, ale nie wierzyłam... póki mne nie spotkało :) Otóż: podczas porodu położna pyta czy chcecie dotknąć główki dziecka (gdy już wychodzi), a nawet zachęca żebyście sobie na nią zerknęły (gdy już wystaje). Ja odmówiłam, Tomek się na zerknięcie skusił, ale nie dotykał...


Nie wiem czy o czymś nie zapomniałam, ale piszę to już tak długo... zdążyłam w tym czasie ugotować i zjesć obiad, Tomek mi już mruczy, więc kończę. Dzieciem się idę zająć :)

Jeśli mogę Wam coś doradzić - skupcie się na parciu, nie powstrzymujcie skurczy, bo to tylko całość przedłuża. Ok - ból będzie okropny, ale im bardziej się skupicie, tym szybciej przejdzie.

Co do widzianych na filmach technikach oddychania ze szkół rodzenia - cóż... Dla mnie bzdura. Łapałam gaz jak ryba, zaciskałam zęby i parłam z całej siły. Z pewnością nie liczyłam oddechów i chyba słusznie, bo poszło w niecałe 8 godz :) Nie skupiajcie się w tej wielkiej chwili na pierdołach... Im szybciej urodzicie tym lepiej... dla Was i dla Maluszka... ;)

PS. To test też dla Taty ;)
Mój się sprawdził i zachował zimną krew. Byłam z niego bardzo dumna... Zwłaszcza, że przy jednym skurczu wrzeszczałam, żeby mnie nie dotykał (...boli mnie jak mnie dotykasz!!), a przy kolejnym płakałam, że mógłby mnie przytulić (...sama rodzę, nawet mnie nie obejmiesz...!)

28.09.2012

L'occitane en Provence - seria z masłem shea

Czy widziałyście już kosmetyki L'Occitane z masłem shea?
Bajecznie kolorowe opakowania kuszą, oj kuszą...

Inspiracją do ich tworzenia była Afryka, a właściwie tradycje wyplatania koszy i opowiadania baśni...

Balsam do ust - kwiat mango 
Balsam do ust - płatki róży
15 ml/45 zł


Silnie odżywczy krem do ciała - bukiet daktyli


Silnie odżywczy krem do ciała - kwiat mango

Silnie odżywczy krem do ciała - płatki róży
100 ml / 85 zł

Krem do rąk - kwiat mango


Krem do rąk - płatki róży
30 ml/ 29,90 zł
150 ml/ 90 zł

A tradycyjna butla kremu z masłem shea zyskała nowe opakowanie dopasowane do reszty z tej edycji:



Dodatkowo cały dochód ze sprzedaży mydła o zapachu płatków róż zostanie przeznaczony na zapobieganie ślepocie w krajach rozwijających się:


Chciałybyście mieć któryś z produktów w swojej kosmetyczce?

23.09.2012

Cz. I - Ciąża w UK

Pytałam czy chcecie posty porodowe... Chciałyście :)
Ostatecznie postanowiłam podzielić temat na 3 części - ciąża, poród i opieka po porodzie, bo zdaje sobie sprawę, że wygląda to zupełnie inaczej niż w Polsce.
Jest tutaj inne podejście... Ja nawet do pewnego momentu miałam wrażenie, że to dziecko dopóki się nie urodzi tak na prawdę się nie liczy... Szczerze mówiąc jeszcze się tego wrażenia nie pozbyłam... ;)

Jeśli zaś chodzi o traktowanie w codziennym życiu - zdarzyło mi się, że babcie ustępowały mi miejsca w autobusie, a w markecie czy banku ktoś podchodził żeby przekierować nas na kasę, gdzie byliśmy obsługiwani bez kolejki.

Zaczynam od części pierwszej - czyli jak wygląda prowadzenie ciąży w Anglii.

Po pierwsze może przytoczę trochę historii - za dwa dni Micho ma roczek i zebrało mi się na wspominki.
Moja ciąża nie była nie planowana - mimo mojego młodego wieku. Nie była też dla nas żadnym zaskoczeniem - zaskoczyło nas raczej to, że w ciąże nie zachodzi się ot tak i trzeba się przez kilka miesięcy starać żeby utrafić ;)
Wiedziałam, że jestem w ciąży już po tygodniu od chwili gdy się stało - i na ponad tydzień przed zrobieniem testu. Z testem chcieliśmy poczekać, bo wcześniejsze były negatywne i robiło się po ich zrobieniu nieco smutno ;)
A skąd?
Okrycia dokonałam... w pracy. Zrobiłam sobie kawę, tak jak lubię - pół na pół z mlekiem. Było to po urlopie w Polsce, biorę pierwszy łyk i myślę: "Kurde, w Polsce ta woda tak się zmieniła, kawa smakowała jak z kamieniem. Była niedobra nawet u Babci, która zawsze wodę ma pyszną... Ale żeby przez te dwa tygodnie kiedy nas nie było w Anglii też zrobiła się taka kamienista...?" Obudziłam się porządnie dopiero pod koniec tego zdania i już na drugim trybie wiedziałam co jest grane. Tak - kawa smakowała jakby w wodzie wcześniej ktoś wypłukał kamienie - to był mój pierwszy znak.

Ciąże znosiłam dobrze, wręcz bardzo dobrze. Nadal twierdze, że to w większość przypadków zależy od podejścia...Oczywiście były bóle, było zmęczenie, było owłosienie w dziwnych częściach ciała, było pocenie się jak mysz i były mdłości. Nie poranne, nie wieczorne - całodzienne! W szczytowym momencie wymiotowałam nawet po szklance wody. Była jedna rzecz, którą jadłam - na śniadanie, obiad i kolację - chleb (koniecznie polski) z masłem (tylko "prawdziwe" masło) i dżemem wiśniowym (ale wyłącznie z kawałkami owoców). Po 5 mc stopniowo w tej kwestii zaczęło się poprawiać - przybyły zachcianki, więc... zdarzało mi się do obowiązkowej kanapki z masłem i dżemem zagryzać śledzika ;)
Za to najgorzej do samego końca znosiłam ziemniaki (zazwyczaj je kocham) - "cuchnęły robalem", odmawiałam nawet ich obierania, więc Tomek jadał ryż, którego nie znosi... :)

Aaaale... Ciąża jest cudownym czasem w życiu kobiety :)
Pisałam o tym już wiele razy (i bliżej niż dalej planuje pisać znów ;) ), więc przejdę do konkretów.

Ciąża w UK

Po pierwsze - ciąże w Anglii prowadzą midwife - to takie połączenie położnej z pielęgniarką. Jeśli wasza ciąża przebiega prawidłowo, aż do końca nie ujrzycie lekarza ginekologa. Taki system z wykluczeniem lekarzy generuje po prostu mniejsze koszty...

Po dowiedzeniu się o ciąży należy zgłosić się do gp - czyli odpowiednika naszego rodzinnego. On założy Wam kartotekę, wypełni niezbędne papiery, zmierzy ciśnienie i waszą wagę. Dostaniecie torbę ulotek i gazetek. On też powiadamia midwife, że musi was wkrótce odwiedzić...
To on "załatwia" też dla was kartę na darmowe leki i opiekę dentystyczną ważną podczas ciąży i w rok po porodzie. Karta taka przychodzi pocztą.

Aborcja jest dozwolona do 12 tc (do 24 jeśli wystąpią względy medyczne) dlatego lekarz ma obowiązek (niezależnie od własnych przekonań)  zapytać czy w ogóle się z tej nowiny cieszycie czy może chcecie dziecka się pozbyć...

W okolicach 12 tc do waszego domu przybywa midwife. Przynosi kolejną górę ulotek i książeczek, jeszcze raz pyta czy aby na pewno chcecie urodzić i zakłada "zielony notes" - odtąd będzie on wam towarzyszył do samego porodu. Wklejane tam są wszystkie wyniki badań, scanów, uzupełniane "ankiety" nt. chorób w rodzinie, stanu zdrowia itd. Również tam składacie podpis po "pogadance" czyli potwierdzacie, że midwife opowiedziała wam o waszych prawach podczas ciąży.
Na tej wizycie dowiecie się też gdzie zostaniecie odtransportowane w razie gdyby dziecko urodziło się dużo za wcześnie (u nas to było Birmingham) - na przewóz do tego szpitala nie musicie się godzić (wtedy w razie dużo wcześniejszych narodzin dziecko po prostu nie będzie ratowane).

Ważne - na wszystko musicie wyrazić zgodę. Przed każdym usg, badaniem tętna dziecka czy pobraniem krwi jesteście pytane czy chcecie aby to zrobiono. Tu nic nie dzieje się bez waszej zgody ;)
Tomek podczas usg zapytał o płeć dziecka na co usłyszał, że to matka musi wyrazić zgodę by ją znać... Zdanie ojca nie jest brane pod uwagę.

Dopiero po 12 tc ma się pierwszy scan (usg). (Bo nie chcą go robić niepotrzebnie gdyby jednak a) kobieta poroniła lub b) postanowiła usunąć). Ja na nim jeszcze raz byłam zapytana czy chce tego dziecka...
Scany są 2 - w 12 i 20 tc. W razie uzasadnionego podejrzenia, że coś pójdzie nie tak (u mnie tak było) robi się dodatkowe dwa scany - w 28 i 32 tc.
Położnej nie widujecie zbyt często - rzadziej niż raz w miesiącu. Każda taka wizyta to rozmowa, zbadanie próbki moczu, słuchanie tętna dziecka. Nikt tu w "podwozie" nie zagląda - spodnie ściągacie dopiero podczas porodu ;)
Po 3 miesiącu wypada badanie krwi (przy czym musicie wyrazić zgodę jeśli ma być też sprawdzone ryzyko wystąpienia zespołu Downa). Łącznie badano mi krew 3 razy.
Testu z glukozą nie robi się tu rutynowo - ja miałam ze względu na cukrzyce w rodzinie, ale nie znam więcej dziewczyn, które też by go miały...

Pod koniec ciąży robicie wspólnie z midwife plan porodu. Oczywiście znów podpisujecie, że zostałyście powiadomione o dostępnych możliwościach znieczuleń, pozycji porodowych, tego co się dzieje podczas i po porodzie, jak on się zaczyna, czego można się spodziewać. Możecie wyrazić zgodę na obecność studentów podczas porodu, na podanie zastrzyku przyśpieszającego urodzenie łożyska.
Musicie też się określić czy chcecie, by dziecko dostało po urodzeniu witaminę K oraz czy życzycie sobie sztucznego wywoływania gdyby dziecko się nie pchało - wybieracie też wywoływania metodę (przy czym po więcej niż 2 tyg. "przenoszenia" wyboru już nie macie...)

Achh... Dopiero po 22 tc dostajecie od położnej zaświadczenie, że jesteście w ciąży. I tak w praktyce tylko to zaświadczenie wraz z oficjalnym pismem chroni was przed zwolnieniem z pracy. Zwłaszcza jeśli pracujecie przez agencję.
Ja się (głupia!) przyznałam wcześniej, bo pracowałam fizycznie, więc bardzo mi zależało żeby nie dźwigać itd. Dzięki temu mój pracodawca pod koniec trzeciego miesiąca zwyczajnie mnie zwolnił ;)

W razie jeśli macie grupę krwi "-" dostajecie zastrzyk z antygenem, żeby nie wystapił konflikt waszej krwi z krwią dziecka. Ja mam "ujemną" krew, więc takie zastrzyki mnie nie ominęły...

Jeśi sytuacja tego wymaga spotykacie się ze specjalistą - mi proponowano spotkanie z genetykiem, a także macie oferowane dodatkowe badania. Ja się na nie nie zgodziłam, bo proponowane mi badanie było inwazyjne i niebezpieczne dla dziecka, a na moje pytanie co jeśli się okaże, że jednak coś jest nie tak niestety nie odpowiedziano mi "zaplanujemy leczenie" tylko: "Jeszcze przez tydzień możemy ciąże przerwać" i poradzono mi się szybko decydować... Dla mnie to było lekko nie do przyjęcia biorąc pod uwagę, że byl to 23 tc i czułam już ruchy maluszka...

Z drugiej strony: kiedy już dobijecie do czasu przedporodowego i coś złego się dzieje (u nas midwife pewnego dnia nie mogła usłyszeć tętna Michałka...) reakcja jest szybka: była to wizyta w domu więc natychmiast byłam pytana czy mają wzywać ambulans czy ktoś mnie do szpitala zawiezie. W szpitalu zrobiono mi KTG - wyszło dobrze, więc zostałam uspokojona i odesłana do domu.

Na koniec: ponieważ nie ma tu badań "majtkowych" ogólnie się często zdarza przenoszenie. I mnie dotknęło - na 4 dni przed upływem 42tc miałam masaż szyjki macicy (nie pomógł), więc kolejny miałam 2 dni później (ruszyło..).
Szczerze? Poród przy tym to jest nic...
Nigdy wcześniej i nigdy później mi się nie zdarzyło trząść z bólu - dosłownie nie mogłam opanować drżenia nóg i płaczu.
Poród wspominam nieźle, ale na myśl o wywoływaniu tą metodą trzęsę się jeszcze dziś...
Spacerujcie, skaczcie, biegajcie, pijcie malinową herbatkę i "przytulajcie" się do tż żebyście tylko nie musiały tego przechodzić... Coś strasznego...

Ale ile radości poźniej...;)


22.09.2012

Posty porodowe?

Cammie, a po niej jamapi wstawiły swoje posty porodowe.

Zastanawiam się czy interesowałaby Was historia porodu... po angielsku?
Tzn. nie w tym języku pisana, ale w tym kraju przebyta... ;)

Pytam, bo to dłuższa sprawa, więc jeśli już napisze, to wolałabym aby ktokolwiek się tym zainteresował :)

A warunki i możliwości są tu troszkę inne niż w Polsce :)

21.09.2012

Paczuszka od L'Occitane

Dotarła do mnie z opóźnieniem. Najpierw sama firma miała maleńki poślizg - data nadania to dokładnie 2 dni po tym jak opuściłam Polskę po urlopie... Następny poślizg miała moja mama - musiała koniecznie kupić (i załadować w paczkę!)... motor. Bo jakżeby ukochany wnusio obszedł pierwsze urodziny bez strażackiego motoru...? :)
Paczka wysłana 14 sierpnia dotarła do mnie 14 września, ale... Tym chętniej zabrałam się do testowania :)


Otrzymałam:
głęboko nawilżający krem do twarzy
oraz:
mydło z nowej miodowej serii Bonne Mere.

Krem już w użyciu, mydełko wkrótce do użycia trafi.
A zaraz potem recenzje :)

18.09.2012

Płyn do higieny intymnej Ziaja Intima konwaliowy

Swoją historię o płynach do higieny intymnej już przedstawiłam... Być może pamiętacie opowiadanie o "podmywaniu", które uznałam jako dzieciak za "mycie mniejsze" i z zapałem szorowałam maminym płynem umorusaną buzie i ubłocone nogi...
Teraz już trochę zmądrzałam...
Moim ulubieńcem w dziedzinie intymnej jest Biały Jeleń, ale z braku laku musiałam w polskim sklepie kupić Ziaję...


I mam nadzieję, że już zmuszona do tego nie będę.

Nie chodzi o samo działanie - to jest znakomite: delikatnie myje, nie podrażnia, nie szczypie, nie piecze, prawie nie ma zapachu, lekko się pieni, zostawia jakieś tam uczucie czystości.
Minusy ma dwa, za to szalenie irytujące. Pierwszym jest opakowanie - kulkowy korek trudno i niewygodnie się otwiera, a dziurka w nim jest za duża, więc płynu wylewa się 5 razy więcej niż potrzeba (szybciej się kończy = szybciej kupimy nowy = zarobek dla firmy). Płyn byłby wydajny, bo nie potrzeba go do umycia wiele, ale co z tego jeśli wylewa się go z butli ilość jak dla pułku wojska?
Minus drugi: konsystencja. Zbliżona do wody. Niebezpiecznie zbliżona. Po chwili już nie wiem czy myje się jeszcze płynem czy została mi na dłoni tylko sama woda... Nie znoszę gęstych, kleistych angielskich płynów tego typu, ale tak rzadki jest chyba jeszcze gorszy...

Cena jest niska, ale w podobnej znajdziecie inne, lepsze płyny.

Jaki jest Wasz ulubiony płyn z tej dziedziny?


PS. Przyszła paczka od mamy, a w niej paczuszka od L'Occitane :)
Już w następnej notce się dokładniej pochwalę :))

09.09.2012

Laminowanie włosów wg Kempka

Ostatni miesiąc śmiało można nazwać miesiącem laminowania - można było o nim na blogach przeczytać pierdyliad razy.
Pewnie która się miała skusić już się skusiła, która nie chce, ta już nie zalaminuje, ale... skusiłam się i ja.

Efekty niezbyt udało mi się uchwycić. Tzn. zdjęcie początkowe jest niespecjalne - rano w sypialni zupełnie nie ma światła, a innego miejsca gdzie mogłabym wyżej niż na podłodze stabilnie ustawić aparat nie znalazłam. A i tak musiałam się schylić i przygarbić.

Włosy moje umęczone dwoma dobami w aucie (podczas wyjazdu do Pl) wyglądały tak: 


Nie można ich nazwać nawet przyzwoitymi - suche, bez blasku, do tego je rozczesałam, więc pełen pusz.

Kempkowa papka do laminowania:
- 3 płaskie łyżki żelatyny,
- 6 łyżek wrzątku,
- łyżka maski Tresemme,
- 6 kropli keratyny.

Mam długie włosy, więc musiałam tego mazidła mieć sporo.
Standardowo - wlałam wrzątek do kubeczka po serku, wsypałam żelatynę, szybko wymieszałam. Po dodaniu maski zrobiła się papa przypominająca zważone mleko - długo musiałam mieszać żeby coś z tym zrobić.

Umyłam włosy, nałożyłam odżywkę, spłukałam. Pozwoliłam im chwilę obciec w ręczniku.
Nałożyłam żelatynę, zawinęłam folią spożywczą, na to ręcznikiem, podpięłam i zostawiłam na około 50 min.

Co za okropne uczucie, kiedy ta kleista maź lądowała na włosach... Była to chwila, kiedy sobie powiedziałam, że nigdy więcej. Nie wspomnę o tym, że z moją sprawnością uświniona była też podłoga w łazience, umywalka i sedes...

Wreszcie zmyłam całość - obawiam się, że zapomniałam o szamponie i użyłam do tego tylko ciepłej wody.
Tak czy owak nie przyłożyłam się do tego, bo po kilku chwilach odkryłam po bokach głowy zaschniętą żelatynę. Nie było zbyt przyjemne wydrapywanie jej z czaszki ;)

Tak wyglądały moje włosy po laminowaniu, rozczesane tuż po zmyciu maski, jeszcze trochę wilgotne (schły na powietrzu):


A tak już całkiem suche (nadal nie czesane - nie licząc czesania po zmyciu):



Ponieważ mam strasznego fizia na punkcie czesania - długo puszczone samopas nie pozostały.
Tak wyglądały po rozczesaniu:




Ogółem: Tomek stwierdził, że stały się bardziej puszące. Nie wydaje mi się...
Na pewno zyskały na połysku - zdrowo błyszczały, były bardzo mięciutkie.
Zauważyłam również, że po żelatynie trochę wolniej się przetłuszczały - o ile zawsze je myję co dwa dni, o tyle teraz mogłam spokojnie co trzy...

Myślałam, że efekt będzie bardziej spektakularny, ale zabieg chyba powtórzę.
Chociaż będę się musiała długo zbierać z powodu kleistości przy nakładaniu...


Jakie Wy macie doświadczenia z laminowaniem?:)

02.09.2012

Prezent od Maggie

Pamiętacie jak pisałam, że zakochałam się w Essence i jak ubolewałam, że nie mam do nich dostępu?

Maggie postanowiła sprawić mi niespodziankę i prawie natychmiast wysłała mi prezent:


W kopercie znalazłam 4 lakiery... a właściwie 5, ale poczta się z nimi miło nie obeszła, więc piąty wyglądał tak:


Jakby pecha było mało - roztrzaskał się najciemniejszy i zapaskudził resztę :(
Przy próbie doprowadzenia ich do czystości zmyły się z reszty niemal wszystkie napisy...

ALE

To im nie ujmuje!




Ten duży biały, to nie lakier, a baza :)


Dziękuję, dziękuję, dziękuje Maggie:***
Wariatka :)
Nawet sobie nie wyobrażasz jak mi poprawiłaś humor :)
Kolory też trafione, a różowy to absolutny faworyt! :)

Mam u Ciebie dług, który wkrótce mam zamiar spłacić - w tej sprawie się odezwę :))


***

Przy okazji - Maggie organizuje rozdanie... a nawet dwa!

Lakierowe:



i manhattanowe:



Spieszcie się :))

28.08.2012

Lullworth Cove i Durdle Door - podróżowo :)

Korzystając z dłuższego weekendu wybraliśmy się nad morze. Tym razem angielskie. Padło na Wybrzeże Jurajskie na południu Anglii.
Zacumowaliśmy w przepięknej mieścinie Lullworth, która ma boską zatoczkę z kamienistą plażą, a później przenieśliśmy się kawałek dalej w okolice Durdle Door.
Niestety - tym razem też nie dotarliśmy do samego łuku, bo z wózkiem tam nie ma mowy dojść.
Dlatego wierzymy, że do trzech razy sztuka i za rok jedziemy tam na dłużej :))

Wybrałam dla Was kilka zdjęć :)

Po zaparkowaniu trzeba kawałeczek dojść do plaży w takich okolicznościach przyrody:


Idziemy uliczką, widzimy kawałek niebieskości, który się coraz bardziej przybliża...


...i przybliża...


...i przybliża...


Aż w końcu jest!


Zatoczkę otaczają zielone wzgórza:



Fale rozbijają się o brzeg (Ach ten kapuściany smród glonów!):


Pływają łódki:



Można posiedzieć i ponapawać wzrok... Węchu niestety nie...
Ale któż by się przejmował?

Mieliśmy na krótko wykupiony parking, więc ruszyliśmy za niego dopłacić po drodze przystając na lody:


Półtora roczne dzieci w wózkach, to - wg niektórych rodziców - idealne osoby w idealnym wieku, żeby dostać wielką gałkę lodów "Made in China", zrobionych nie wiadomo z czego i nie wiadomo w jakich warunkach.
Aż musiałam zrobić zdjęcie, bo by mi niektórzy nie wierzyli :P


Zmęczeni lekkim pagórkiem na którym znajdował się parking - w drodze do Durdle Door:

Taaaaatoooo, a długo jeeeszczeeee...?


I prześwietlona słit focia z ręki:




Okolice Durdle Door:


Niestety - sama atrakcja tylko z daleka... Tym razem ;)


Przypominam, że jest to naturalny łuk wapienny, wydrążony przez wodę. Staruszek datowany jest na 140 mln lat, a więc sporo pamięta...


Zarówno zatoka jak i łuk są wpisane na listę dziedzictwa UNESCO




Mały człowiek i Morze...:))


I ostatni rzut oka znad parkingu:


Uwielbiam takie miejsca!
Na starość kupimy tam domek :)