Obserwatorzy

29.07.2011

Przeprowadzka i prośba + rozdania

Dość niespodziewanie (w przeciągu dwóch tygodni dowiedzieliśmy się, że mamy się wyprowadzić, obejrzeliśmy mieszkania, wybraliśmy jedno, zorganizowaliśmy całość i pakowaliśmy manatki) przyszło mi zmienić miejsce zamieszkania...
W nowym mieszkaniu nie ma internetu i zanim ktoś przyczłapie go podłączyć może minąć do dwóch tygodni.
Dlatego najpewniej do połowy sierpnia może mnie nie być na blogu.

Z tym związana jest moja prośba: nie mogę sobie odmówić udziału w kolejnych rozdaniach, a ponad to biorę udział w kilku trwających i... gdybyście zauważyły, że gdzieś wygrałam (nadzieje mieć można, no:P), po prostu gdyby Wam gdzieś mignął Kempek jako zwycięzca, to bardzo proszę o powiadomienie mnie przez @ (adres po prawej).
Będę się starała co jakiś czas podkradać komórkę Tomka i sprawdzać pocztę... :) Uzależnienie, to uzależnienie :D


Wspomniane rozdania:

U PolishMakeUpBag:



**

U Shevy:



**

U VexGirl:



**

U Vilandre:



**


U Jamapi:



**

U e Cosmetics:



**

U Izabeli:



**

U Matleeny:



**

U Lejdik:



**

Na blogu Biżuteria Artystyczna:


(zakochałam się!)


**

U PureMorning:



**

U Moniqe:



**

U Niusi:



**

U Kasiulcowej:



**

U HaloGoszy:



**

Oraz u Kamili:




A teraz musze biec, bo mimo, że zaczęłam w poniedziałek wciąż jeszcze pozostało sporo rzeczy do spakowania... a i posprzątać pokartonowy bałagan trzeba...

Życzę Wam radosnego sierpnia :)

27.07.2011

Miętowy żel pod prysznic Original Source

Wpadam z recenzją na szybko - między jednym kartonem, a drugim.
Uwierzcie mi, że jeszcze 2 tygodnie temu nie miałam pojęcia, że przyjdzie mi pakować cokolwiek innego poza torbą do porodu... Pakowanie manatków do kartonów i przeprowadzka w 34 tyg. ciąży są szalenie męczące...


Recenzje produktów tej firmy widziałam już na kilku blogach, więc gdy dojrzałam je na półce w '99p' nie namyślałam się zbyt długo nad zakupem.
Mam zamiar wypróbować wszystkie, które mi wpadną w dłonie. Na początek - mięta i drzewko herbaciane.



Kolor mnie urzeka - jest definicją zieloności.
Zapach przypomina mi mięte zrywaną w cieniu gospodarczego domku w ogrodzie. Nie jest ani trochę chemiczny czy drażniący - ideał.

Co do działania - nie pieni się specjalnie, co mi pasuje. Po prostu myje i odświeża :)
I... oziębia.
Skóra nie jest wysuszona, przyjemnie pachnie miętą (choć zapach znika dość szybko).
Jeśli chodzi o konsystencje, to żel jest dość rzadki, a co za tym idzie - nie tak wydajny jak gęste żele pod prysznic.
Opakowanie idealnie sprawdza się przy mokrych dłoniach. Mocne, plastikowe zamknięcie nie sprawia problemów z otwieraniem, ale i daje pewność, że nie otworzy się samo.

Rzeczywiście po jednym użyciu nie da się obok niego przejść obojętnie.
Po wyczłapaniu spod prysznica owiewa nas zimne powietrze, które potęguje efekt oziębienia. Producent nie kłamie - to pozwala się obudzić.

Co jest również bardzo na plus - produkty tej firmy nie są testowane na zwierzętach.
Składniki są naturalne.
Opakowanie nadaje się do recyclingu.

Kosmetyki tej marki są od niedawna dostępne w Polsce. Zdaje się, że w Rossmanach.
Cena wynosi coś około 10 zł.
W UK można je kupić w większości drogerii, często są na nie promocje, a cena nie wynosi zazwyczaj więcej niż 1f. :)

25.07.2011

Bio-oil - recenzja

Niemal w każdej z kilku angielskich gazetek dla mam spodziewających się, które posiadam pojawiła się reklama tego specyfiku.
Na każdej z tych reklam pojawiały się loga instytucji, które go polecają i nagród, które zdobył. Było to na tyle wiarygodne, że skusiłam się i ja...


Mam rozstępy sprzed ciąży i nie sprawiają mi one problemu. To, że je widać na różnych częściach mojego ciała nie spędza mi snu z powiek... Chłopa też mam takiego, że mu nie przeszkadzają :)
Aaaaaaale człowiek się naoglądał pociążowych zdjęć z ogromnymi czerwono - fioletowymi biegnącymi przez cały brzuch pręgami i... mógł się wystraszyć.

Olejku używałam przez miesiąc. Producent zaleca używanie go od początku ciąży i - być może - używany wg wskazówek rzeczywiście działa (skądś te nagrody)...
Ja ubytki na skórze oszacuję po porodzie... ;) ale recenzja już dziś, bo kolejnej buteleczki kupować nie mam zamiaru.

Zaczynając od kosztów - około 10 funtów za 60 ml.
Przy stosowaniu dwa razy dziennie wystarczył na miesiąc.

Wg instrukcji dołączonej do opakowania olejek należy wmasowywać w skórę okrężnymi ruchami, póki się wchłonie.
Łatwo napisać, trudniej zrobić - gdy wylewamy go na dłoń tylko troszkę po chwili trzemy po skórze suchą ręką (nie jest to przyjemne i masażem nazwać tego nie można). Gdy wylejemy go na dłoń więcej rzeczywiście można sobie pozwolić na masaż, ale w tym układzie olejku nie wystarczy nawet na dwa tygodnie... Dodatkowo jest to zwyczajna strata produktu, bo on W OGÓLE się nie wchłania... Jestem teraz właścicielką najlepiej naolejowanych piżam i koszulek na kontynencie. Zwyczajnie - zostawał na skórze póki się nie wytarł o tkaninę. Na początku chciałam nawet być cierpliwa, więc siadywałam nagusieńka i dawałam mu czas, ale to próżny trud, bo i godzinne siedzenie nago przed laptopem nie pomagało mu w wchłonięciu się... ;)

Miał sprawiać cuda, tymczasem wieczorem po porannym i rankiem po wieczornym smarowaniu nie zostawał nawet ślad... Skóra była suchutka, w żadnym stopniu nie poprawiła się jej elastyczność... Do tego naolejkowane miejsca potwornie swędziały, gdy wkładałam ubrania świeżo po praniu (aczkolwiek taka reakcja nie musi wystąpić u każdego).

Obecnie używam oliwki dla dzieci i efekt jest tysiąckrotnie lepszy :)
Bio-oilu nie polecam... Chyba, że ktoś lubi człapać godzinami nago, albo spierać tłuste plamy z ubrań.

22.07.2011

Zakupowo, wygraniowo, rozdaniowo :)

W ostatni weekend mieliśmy to i owo do załatwienia w centrum, więc wpadliśmy na skromne zakupy.
Odkryłam nowy sklep - nazywa się 99p i tak bardzo przypadł mi do gustu, że nie mam zamiaru już przepłacać w funciaku :D
A tak po prawdzie, to po prostu wybór w tym sklepie jest większy niż w funciaku. Nawet jeśli chodzi o słodycze - co dotąd wydawało mi się niemożliwością! :)

Skusiliśmy się na kubeczki:


Były dwa ostatnie i jakoś okrutna była myśl, że miałyby trafić w jakiekolwiek inne ręce :)

Poza tym:


- szampon Palmolive (przetestuje)
- miętowy żel pod prysznic Original Source (niedługo recenzja)
- pasta Pearl Drops (mam do nich słabość)
- tusz do rzęs N.Y.C (śmiem przypuszczać, że niewiele poza nazwą ma wspólnego z tą firmą... Mimo to i tak go kupiłam, bo "No, za 99p i nie brać...?!")

- paletka Sleek Curacao (to już zakup z Superdruga) - post o niej niebawem :)



Natomiast w Primarku Tomek wypatrzył dla mnie "w słojach" ostatni różowy, gumowy zegarek :)
Wręczył mi go ze słowami, że tego na pewno nie uda mi się zepsuć...


Jest na chodzie już piąty dzień i w tym czasie jedyne co mu zrobiłam, to unoranie białym serkiem z ziołami, gdy spadła mi na niego kanapka...
Wierzcie lub nie, ale jestem postrachem zegarków... Nie potrafię zliczyć ile ich miałam w życiu i w jak różnych okolicznościach kończyły żywot... Zegarki po prostu przy mnie trafia szlag... Ostatni ni z tego, ni z owego nagle stanął w miejscu (wymiana baterii nie pomogła), przedostatni spadł z wysokości 30 cm i roztrzaskał się w mak (i to nie szybka, a lustrzane wnętrze...). Jako dzieciak od dziadka dostałam niemal pancerny, który bardziej wyglądał jak bransoletka ozdobiona cyrkoniami - poodpadały nawet nie wiem kiedy, a zegarek pewnego dnia odnalazłam na półce bez mechanizmu... została sama obudowa... Nie pytajcie jak mi się to udało, bo sama nie mam pojęcia...
Nawet gdy się wprowadziliśmy do obecnego domu, to już w pierwszym tygodniu zegar ścienny w kuchni przestał chodzić... xD


***

Wygrałam w rozdaniu u Agnieszki co mnie bardzo, bardzo cieszy :)
Zapraszam Was na jej blog, bo jest tam jasno, przejrzyście i bardzo pozytywnie :)

Standardowo - nagrodą pochwalę się, gdy kurier dostarczy mi paczkę z domu :)



Skoro wygrałam, to znów liczę na to, że szczęście chadza stadami - kolejne rozdania:


Na blogu Kmb1:



**

U AnnyWanny:



**

Wakacyjne candy na Babylandii:



**

U Maggie:



**

Różane rozdanie u Aktualnej:



**

U Magdy:



**

Oraz u Mariny:


18.07.2011

Kempek oTAGowany - One Lovely Blog Award

Zostałam oTAGowana przez SheWoman za co bardzo, bardzo jej dziękuję... :)
Przyglądałam się liście obserwowanych blogów, ciągle migało mi logo i czekałam z niecierpliwością kiedy wreszcie ktoś mnie "klepnie" :)
Zasady One Lovely Blog Award :

Podziękowania i link blogera, który przyznał Wam tę nagrodę.    
Skopiuj i wklej logo na swoim blogu
Napisz o sobie 7 rzeczy
Nominuj 16 innych cudownych blogerów(nie można nominować blogera, który wam przyznał nagrodę)
Napisz im komentarz, by dowiedzieli się o nagrodzie i nominacji :)
7 rzeczy o Kempku, których możecie jeszcze nie wiedzieć (chociaż zawsze możecie pytać!) :
1. Mam 20 lat (ostatniego lipca stuknie mi 21) i dokładnie dziś kończę 32 tydzień ciąży.
Decyzja o dziecku była nasza wspólna i dobrze przemyślana. Zdaję sobie sprawę, że wiele mniej znających mnie osób (z moją mamą na czele) uznaje z góry, że zaliczyliśmy bardzo klasyczny rodzaj "wpadki". Nie mam zamiaru przekonywać przekonanych, więc mogą sobie myśleć tak dalej... :)
Celebruję każdy dzień mojej ciąży i każdy traktuje jak święto. Co tydzień sprawdzamy z Tomkiem jak rozwinie się dziecko w ciągu kolejnych 7 dni, czytamy mu ksiązki, puszczamy muzykę i uwielbiamy oboje patrzeć jak się w środku wierci. Mamy taką zabawę, która polega na stukaniu w brzuch - o ile Najmłodsze nie śpi po chwili nam odkopuje :)
Całkiem już urośliśmy:

Dziwi mnie, gdy czytam na forach internetowych relacje kobiet, które wspominają ciążę jak jakąś katorgę - bo plecy bolą, niewygodnie, skurcze, słabo... Jasne, że to i wiele innych rzeczy ma miejsce, ale nie dajmy się zwariować - w byciu w ciąży jest wiele piękniejszych rzeczy do zauważenia niż rozstępy i spuchnięte stopy... :)

2. Tomka uważam za moją Miłość Życia, moją Drugą Idealnie Dopasowaną Połówkę, mój Ideał, moje Szczęście i Wszystko Najlepsze Co Mogło Mnie Spotkać.
Myślimy o tym samym w tym samym czasie, zaczynamy mówić o tym samym po chwilowym milczeniu i odczytuję jego myśli już gdy zaczyna się wiercić po kanapie (najczęściej to: "Gdzie są rodzynki w czekoladzie?" xD)
Jeszcze nie tak znów dawno nie miałam najmniejszego zamiaru wiązać się z kimkolwiek na stałe, bo wystarczały mi flirty i "związki" kilkurandkowe... Do chwili, gdy go spotkałam :)
Poznaliśmy się przez internet, zupełnym przypadkiem, zaczęliśmy znajomość od drobnej sprzeczki, on mieszkał w UK, ja w Polsce... Po 5 miesiącach znajomości, w tym 4 związku na odległość, po 2 randkach, jednym wybawionym razem weselu i jego 2tygodniowym urlopie spędzonym ze sobą zamieszkaliśmy razem.
Była to najlepsza decyzja mojego życia :)

3. Jestem niewierząca, a do tego nie jestem hipokrytką. W związku z powyższym nasze dzieci nie zostaną ochrzczone i nie weźmiemy ślubu kościelnego.
Ogólnie nie powinno to dla nikogo być problemem, ale niektórym bardzo przeszkadzało, że "Jak tak można: TYLKO cywilny?". Dla nas to nie jest TYLKO i bez łaski - obejdziemy się bez 30 tysięcy kredytu wydanego na wesele.
Zdecydowaliśmy, że gdy nadejdzie czas pojedziemy z dzieciakami w zagraniczną podróż, gdzie działają konsulaty i wrócimy jako małżeństwo.
Uważamy oboje, że najważniejsze są te obietnice, które skladamy przed sobą, a nie przed ludźmi...

4. W latach 2000-2010 byłam czynną fanką zespołu Ich Troje.
Bywałam na koncertach, spędzałam noce na dworcach, czatowałam godzinami pod barierkami, zbierałam autografy...
Minęło, ale santyment pozostał... ;)

5. W liceum farbowałam włosy na dziwne kolory... Był michałowy czerwony, pomarańczowy, różowy i fioletowy... Zielony też, ale zmywalny, a nie na stałe... :)

6. Uwielbiam pasztet w każdej postaci - "luksusowy" zapiekany, z gęsi, albo kaczki i taki najtańszy ze złotka też.
W ciąży nie wolno jeść pasztetu i jest to baaaaaaardzo bolesne. Doszło do tego, że którejś bezsennej nocy ułożyłam Ode do pasztetu...
Tomek czasem kupuje pasztet dla siebie, a później pilnuje, żebym zbyt często nie człapała "tylko popatrzeć" w stronę lodówki... xD

7. Jestem odludkiem, a do tego domatorem - nigdy nie biegałam po klubach, dyskotekach. Alkohol toleruję, gdy jest to wino pite przy świecach lub ruski szampan z popiołami sylwestrowych życzeń w środku i nie znosze pitu-pitu o niczym z ludźmi, którzy tylko udają zainteresowanie czymkolwiek poza sobą. Dlatego mam skromne grono najbliższych znajomych, ale za to takich, którzy mają coś do powiedzenia... a gdy nie mają, to milczą - zupełnie jak ja :D



Spora część z Was już odpowiedziała na taga, a większa część została nominowana, więc sama nominuję tylko jedną osobę:

(to zmusi ją do napisania notki :D )

15.07.2011

Brąz i złoto - dzienniak zakupowy

Tak sobie na szybko machnęłam i zdjęć niewiele, bo Tomek mnie poganiał z dołu...
Nie miałam czasu czesać brwi :D

Jakimś cudem w takich delikatniakach czuję się teraz lepiej niż w mocnych i ciemnych kolorach...
Wszystko się zmienia :)






14.07.2011

O drożdżach słów kilka...

Miałam kiedyś okropny problem z włosami - wypadały jak najęte. Czasy były trochę inne i niekoniecznie w sklepach stało wszystko, dermatolog jako pan i władca zobaczył podstawówkowe dziecko z przedziałkiem szerokości 3 cm i uznał, że to "normalne"...
Mama uznała jednak, że z tą częstotliwością poszerzania się przedziałka wkrótce wyłysieje i zaczęły się cyrki...
Nie pomagały szampony z czarnej rzepy (a były to szampony, które rzeczywiście śmierdziały jak mniej świeży burak - nie to co teraz - perfumowane luksusy :D), nie pomagał Seboradin (w tamtych czasach mało kto go znał), nie pomagały przeróżne robione na zamówienie "wcierki" (które Mama wcierała z takim przejęciem, że jeszcze więcej włosów traciłam... :) )
Wreszcie zwrócono się ku starym "domowym" sposobom: zaczęły na mojej głowie lądować cudowne maseczki z jajek (!!), majonezu (teraz by mnie nikt nie zmusił do siedzenia z majonezem na głowie, w foliowym worku), ale najgorsza była maseczka z drożdży!
Nie pomagało wielokrotne mycie, wietrzenie, psikanie głowy perfumami (!!) - nawet po kilku dniach od "zabiegu", gdy włosy zmoczył deszcz cuchnęły potwornie... Jak na złość akurat przy tej metodzie Mama zaczęła widzieć "efekty" i powtórzyła ją kilkakrotnie...

Ja nie wyłysiałam, ale tamte wspomnienia sprawiły, że od drożdży uciekałam migiem ile się dało... Przychodziłam, gdy ciasto siedziało już w piekarniku i dłuuuugo nie mogłam się do drożdżowych wypieków przekonać we własnym wykonaniu...

Tak - post będzie jedzeniowy, bo aktualnie mi się odmieniło i za drożdżami szleje!
(Pewnie przez ich trudną aktualnie dostępność w polskim sklepie)

Dokumentowałam dokładnie mój pierwszy drożdżowy wyrób, bo chciałam się pochwalić, ale... zgubiłam przepis zapisany na jednej z niezliczonych karteluszek...

Produkty:


"Pracujący" rozczyn:


Ciasto po wyrobieniu, pozostawione do wyrośnięcia:


W międzyczasie przygotowywanie kruszonki:


I ciasto, gdy już trochę podrosło:


A dalej najprzyjemniejsza część:




Po pieczeniu - w otwartym piekarniku, żeby nie oklapło:


...Co nic nie dało, bo oklapło i tak...
Aczkolwiek nawet takie niedorośnięte zjedliśmy w trymiga...





Moje ciasto drożdżowe nr 2 było z przepisu na drożdżówki, które wyglądały u mnie bardziej jak upaciane dżemem krowie placki niż wspaniałe, profesjonalne wypieki... Po niezliczonych przekleństwach i dobiegającym z salonu głosie Tomka ("Nie denerwuj mi Syna") wyłożyłam całe ciasto na blachę, dołożyłam brzoskwinie z puszki i na szybko zrobioną kruszonkę:



Było chyba najsmaczniejsze, ale ten przepis również zgubiłam...


Uchował się za to ostatni, więc piekłam go już dwukrotnie... Raz ze śliwkami, ale zdjęć zrobić nie zdążyłam, a drugi raz z jabłkami i rodzynkami:



Składniki:
- pół kg mąki,
- pół szkl. cukru,
- pół kostki drożdży,
- 3/4 szkl. mleka,
- cukier waniliowy,
- 3 jajka,
- pół kostki margaryny,
- rodzynki (swoje zalewam wcześniej wrzątkiem)

Drożdże mieszam z cukrem (ponieważ wydaje mi się, że drożdże lubią cukier), do powstałej papki dodaje ciepłe mleko, cierpliwie mieszam, dodaje ze dwie łyżki mąki, znów mieszam, aby nie było grudek. Taki rozczyn zostawiam do wyrośnięcia (chociaż ani razu mi nie wyrósł...).
Dodaję resztę mąki, cukier waniliowy, 3 jajka, roztopioną margarynę i wyrabiam.
Pozostawiam do wyrośnięcia.
Gdy przynajmniej podwoi objętość, mokrymi rękoma wykładam ciasto na blachę, układam owoce, posypuje rodzynkami (ale można je też wmieszać w ciasto) i kruszonką.
Piekę około 45-50 min. w 180 stopniach.





To - wg mnie - najprostszy przepis.
Ciasto ładnie wyrasta i nie oklapło ani razu po wyjęciu z piekarnika.
Najpyszniejsze świeżutkie - następnego dnia robi się nieco bardziej suche i twarde...

Zajęło nam mniej niż dobę skonsumowanie całości (wliczając sen i Tomka pracę).
Dzieliliśmy się po równo, więc stanęło na tym, że każde skonsumowało połowę ciasta z dużej blachy... W czterech kawałkach (a raczej kawałach) na łebka skoro się już przyznaję...

A teraz (po wstawieniu zdjęć) pooootwornie zgłodniałam, a ciasta w domu całkowity i zupełny brak... :)