Obserwatorzy

30.06.2011

Veet Suprem Essence - plastry z woskiem do depilacji na zimno.

Moje opakowanie tych plastrów jest mocno po przejściach, więc o urocze zdjęcia trudno.
Pudełko zawiera 5 podwójnych plastrów z woskiem oraz 2 nawilżane chusteczki do stosowania po depilacji.

Używałam go już kilka miesięcy temu, wspominałam to baaaardzo źle, ostatnio wygrzebałam z kosmetyczki ten ostatni podwójny plaster i postanowiłam wreszcie zużyć.
Oczywiście nie liczyłam na to, że dwoma plastrami wydepiluje całe nogi... Chciałam tylko być sprawiedliwa i dać im szansę na rehabilitacje.
Niestety - nadal nic miłego nie mogę o nich powiedzieć.



Musicie wiedzieć, że jest mi tak niezdarnie sięgać do nóg z maszynką pod prysznicem (ma się ten niemal już metr w pasie :D), że zapuszczenie wymaganej do wosku długości włosków nie sprawiło mi żadnego problemu.

Rozgrzałam plaster w dłoniach, szybko na nogę, zdecydowanym ruchem oderwałam. Powtórka obok i jeszcze raz. Plaster do kosza, bo na tym skończyły się jego właściwości chwytne ;)
Z drugim to samo.

Efekt?
Nie udało mi się wydepilować nawet górnej połowy łydki, nie wspominając o reszcie. Poprzednim razem zużyłam 8 plastrów, a i tak jedna noga została nietknięta.
Może ktoś ma kaprys, żeby się męczyć z bólem przy rwaniu i kupować dwa opakowania nietanich plastrów na jedną depilację. Ja jednak polecałabym wydać pieniądze na coś innego.

Plastry nie usunęły wszystkich włosów. Zostało ich w depilowanych miejscach jakieś 30 %. Część włosków była urwana w połowie, a nie wyrwana na gładko.
Po depilacji wystąpiła cała góra czerwonych krostek, która - na szczęście - zniknęła do rana.
Włoski po 3 dniach rosną już w najlepsze, mimo, że producent zapewnia do 4 tygodni gładkiej skóry... ;)

Podsumowując:
Zabawa niezbyt tania, poświęcić trzeba na nią sporo czasu, włosków usunięta tylko cześć, więc i tak trzeba dokończyć fuszerę inną formą depilacji.

Mimo, że plastry tej firmy do depilacji twarzy, które recenzowałam poprzednio sa rewelacyjne, tych do nóg nie polecam.
Strata nerwów i czasu.

27.06.2011

Parówki w cieście

Blog z założenia kosmetyczny, więc mam nadzieję, że nie macie mi bardzo za złe pojawiających się co i rusz wtrąceń kulinarnych.

Staram się być wzorową panią domu, jeszcze mi się chce stać przy garach, a przede wszystkim mam na to duuuużo czasu, więc próbuję swoich sił w tym zakresie :D

Prawdę powiedziawszy - jak mam się usadowić na twardym stołku z którego już bardzo niewygodnie mi się zginać do parapetu na którym mogłabym się pomalować... Jak w tym oknie okropniaście świeci słońce i jest taka duchota, że podkład z człowieka spływa zanim zdąży sięgnąć po róż... to mi się zupełnie odechciewa malowania...
Za to kuchnie mam zacienioną, chłodną i spędzanie czasu tam jest jakieś obecnie przyjemniejsze... ;)

Przepis na parówki w cieście mam od Mamy, która robi je najlepsze na świecie. O dziwo - przy użyciu świeżych drożdży mi też po raz pierwszy się udały...

- 2 szkl. mąki (angielskiej trzeba liczyć więcej, bo raczej mało treściwa jest...)
- szkl. mleka,
- 1 jajko,
- kg parówek (ja miałam tescowe parówki pakowane po 10... zużyłam 20 sztuk)
- 1/2 kos. margaryny,
- 2 dag drożdży,
- 2 łyżki cukru


Podgrzać mleko, rozpuścić w nim drożdże, dodać cukier, odstawić do wyrośnięcia.
Dodać mąkę, roztopioną margarynę, jajko i wyrobić.
Rozwałkować na grubość 1 cm, wycinać kwadraty 15 x 15 cm. (Z braku stolnicy musiałam urywać po kawałku ciasta, słoikiem po kawie (!!) wałkować na cienko na metalowej tacce obficie posypanej mąką i dopiero ciąć)
W każdy kwadrat zawinąć parówkę.
Piec około 15-20 min. w 170-180 stopniach (aż się ładnie zrumienią)




Przyznaję, że połowę z tych dwudziestu zjadłam sama.
Na swoje usprawiedliwienie mam tylko, że zajęło mi to dwa obiady, a nie jeden...
Nieskromnie dodam, że kto by ich spróbował, ten by mnie zrozumiał...:P

Wygrana w rozdaniu + trzymając szczęście za ogon

Miałam wczoraj zupełnie nosokwintowy dzień i w sam środek mojego użalania się nad sobą wpadła wiadomość o wygranej w rozdaniu :)

Humor mi się od razu poprawił :)

Sprawczynią była Fiolka na bloga której zapraszam.

Teraz pozostaje czekać aż nagroda przebędzie dłuuugą drogę z Pocztą Polską do domu, a później aż zostanie wpakowana do paczuszki, która ma do mnie nadejść na początku lipca... :)
Tymbardziej nie mogę się tej paczki z domu doczekać :)



Na tej fali szczęścia wypadałoby wziąć udział w kolejnych rozdaniach:

U Materialistki:


Nagrody:
1. Orginal Source, żel pod prysznic o zapachu limonki.
2. Clean & Clear, głęboko oczyszczający chłodzący tonik.
3. Essence, mini lipgloss set, 01 devil's love & kisses.
4. Essence, glossy lipbalm, pink dragonfruit.
5. Alterra, nawilżane chusteczki oczyszczające do skóry suchej i wrażliwej.
6. Bielenda, sól do kąpieli ogórek & limonka.
7. 3 maseczki ziaji, nawilżająca, regenerująca, anty-stres.
8. 3 próbki z Yves Rocher.
9. Coś słodkiego na umilenie dnia :)
10. Okulary przeciwsłoneczne.

**

U Antii:



**

U Charmain:



**

U Idealnej Kobiety:




**

Na blogu Kosmetykomanii:

24.06.2011

Plastry Veet do depilacji twarzy - recenzja

Moje włosy nie są jasne - nad czym zupełnie nie ubolewam.
Jak chyba wszystkie (?) a z pewnością zdecydowana większość brunetek "zmagam się", a raczej po prostu "posiadam", bo jest to rzecz najzupełniej naturalna - włoski na twarzy.
Siłą rzeczy nie są w kolorze blond.
Nie chcąc wyglądać jak "ciotki z antenką", które niejednego wujka bujnością owłosienia nad górną wargą zawstydzają - depiluje je.

Przyznaje bez bicia, że czasem mija kilka dni od wnikliwego spojrzenia w lustro i okrzyku: "Odrosły!" do wytargania z kosmetyczki opakowania plastrów, ale jednak staram się to robić regularnie.. ;)

Usunąć włoski można u kosmetyczki i nie jest to drogi wydatek. Ja jednak tutaj "swojej" kosmetyczki nie posiadam (i już nie szukam), a wcześniej w Polsce też mnie do salonu na ten zabieg nie ciągnęło.

Plastry są chyba najtańszą i najskuteczniejszą metodą pozbywania się wąsa (taaak! to straszne słowo!)

Używałam już plastrów firmy Isana (zaschły w kilka tygodni po otwarciu kartonika!) oraz Joanna Sensual (które były całkiem przyzwoite, ale nieporównywalne z obecnymi).
Obecnie używam tych:


To angielska wersja, ale polskie opakowanie jest identyczne.
Koszt około 5 funtów, dostępne nawet w Tesco.

Opakowanie zawiera 10 podwójnych plastrów i 4 chusteczki nasączone oliwką.

Wszystko czego nam trzeba, gdy zlokalizujemy lokatorów nad wargą wygląda tak:



Jak pisałam - plastry są podwójne. Rozcieramy je przez krótką chwilę między palcami w celu ogrzania (ważne - gdy robimy to zbyt długo wosk zwyczajnie stanie się zbyt ciepły i nie wyrwiemy nic), rozdzielamy. Ja jedną część składam na pół i odkładam do pudełeczka, bo jeden plaster to zupełnie tyle ile potrzebuje na jedno użycie.
Szybko przykładamy na twarz, wygładzamy i zdecydowanym ruchem odrywamy. Wymaga to pewnej wprawy.
Plaster odrywamy OD RAZU po przyklejeniu i wygładzeniu, bo inaczej nagrzeje się ciepłem ciała i zejdzie - owszem - ale bez włosków.

Plastry Veet sa najlepszymi plastrami, których używałam. Wyrywają wszystkie włoski już za pierwszym podejściem. U siebie zazwyczaj rwę na trzy razy - lewa strona, prawa, ewentualnie środek nad wargą (gdy nie załapie go przy którejś ze stron).
Efekt utrzymuje się około 2 tygodni, później zabieg należy powtórzyć.
Nie podrażniają, skóra po użyciu nasączonych chusteczek jest zaczerwieniona tylko przez kilka chwil (Uwaga! każda skóra reaguje inaczej!).
Są wydajne, bo mam swoje już kilka miesięcy, a przy założeniu 2-3 plastrów w miesiącu te 20 z opakowania wystarczy na dłuuugo.

Aaaa... no tak... o jednym nie napisałam - ból.
Zawsze zbieram się przez jakiś czas, bo "strach ma wielkie oczy". Właśnie najgorszy w strachu jest sam strach! Ja się boję bojenia, więc najczęsciej siedzę i patrze na plastry zanim ich użyje... mimo, że robiłam to już wiele, wiele razy... (Mam zresztą to samo z oddawaniem czy pobieraniem krwi, zastrzykami - robiłam to tyyyyyle razy, a i tak każdorazowo przed kwicze)
Depilacja woskiem rzeczywiście jest troszkę bolesna - ale tylko w momencie zrywania. Od razu po użyciu chusteczki z oliwką ból mija.

22.06.2011

Z cyklu słodkości - Shrek

W weekend postanowiłam się postarać i upiec coś bardziej zajmującego. Po ostatnim serniku do którego nie dodałam cukru i chlebie, który w środku był zupełnie surowy padło na "Shreka".

Trochę byłam do niego sceptycznie nastawiona ("Zielony?!"), ale po pierwszym (i wszystkich następnych) kęsach - jest to moje ulubione ciasto! :)

Przepis krąży po internecie, więc nie jest autorski. Wykonanie wydawało mi się koszmarem - bardzo zawile opisane zazwyczaj. Dlatego powstała mieszanka - składniki z internetu, wykonanie z gazetki ;)

Potrzebujemy:
- 6 jajek,
- 1 szkl. cukru,
- 1 szkl. mąki,
- łyżeczka proszku do pieczenia,
- zielony napój (litrowy np. Pysio. U mnie Dr Witt, bo nic innego zielonego w polskim sklepie nie znalazłam...)
- 3 budynie śmietankowe,
- 2 opakowania delicji,
- 3 zielone galaretki,
- śmietana 36% - pół litra (u mnie z rozmachem - 600 ml :D)


Białka ubijamy na sztywno, dodajemy cukier, żółtka, mąkę z proszkiem i mieszamy. Pieczemy w 180 stopniach przez około 40 min.

Budynie rozpuszczamy w szklance soku i gotujemy z pozostałym. Wylewamy na ostudzony biszkopt.

W warstwę budyniowo-sokową wtykamy delicje (ja nie czekałam aż całkiem wystygnie).

Rozpuszczamy jedną galaretkę w szklance wody, odstawiamy i gdy zacznie tężeć mieszamy ją z ubitą śmietaną. Wylewamy na zimną masę z soku.

Pozostałe galaretki przygotowujemy wg przepisu na opakowaniu i wylewamy na warstwę śmietany.
Mi zabrakło miejsca po wylaniu warstwy śmietanowej, więc u mnie galaretka jest na wierzchu pokrojona w "kostkę" ;) Nie wiem jakim cudem, bo to duża blacha, ale polecam w miarę możliwości wylać galaretkę "normalnie" :)


Przepis można dowolnie modyfikować - używając soku i galaretek w dowolnych dobranych kolorach.


A na koniec deser, który odkryłam w Tesco. Jest to produkt własny sklepu, kosztuje zawrotną sumę 28p. za czteropak:


A co jest w nim niezwykłego...? Naprawdę pyszny, mocno kakaowy smak.
I jako jeden z niewielu produktów typowo angielskich - nie jest do obrzydzenia słodki. Jest wręcz nieco gorzkawy... ;) Uwierzcie mi - o to tutaj raczej trudno! :)


20.06.2011

Tajemnice okrągłego brzuszka

Zwariowana jestem trochę w tym temacie i ogromnie mnie wzruszył ten filmik.

Znaleźć go można na stronie:


(dostępny również z zagranicy)


Mogliby takie rzeczy pokazywać w szkołach zamiast idiotycznego, suchego gadania.


Co do mojego brzuszka, to wygląda tak:



A raczej wyglądał tak dwa tyg. temu.
(Wybaczcie "czystość" lustra, ale mam absolutnie zakazane machanie rękoma w górę, a lustro sięga sufitu, więc umyję je we wrześniu :) )

Stóp już nie widzę... chyba, że się moooocno wychylę:


:)

Dziś kończymy 28 tydzień.
Z której strony by nie liczyć jest to już 7 miesiąc...

Mój pas osiągnął oszałamiającą liczbę 95 cm obwodu.
Po tygodniach jedzenia chleba z masłem i dżemem wiśniowym 3 x dziennie, a raczej po powrocie do "normalnej" diety - uzyskałam już swoją wagę, którą miałam, gdy zachodziłam w ciążę... ;)

Ostatnio na brzuchu w przesuwającej się górce wymacałam też małą gierkę :)
Wiem, że to nóżka, bo solidnie kopnęła, gdy ją dotykałam zadowolona ze swojego odkrycia... :)


Nie wiem jaka ilość z was już o tym wie, ale potwierdzam:
Ciąża jest jednym z najpiękniejszych okresów w życiu kobiety :)
(I mężczyzny też - sądząc po zachowaniu Tomka)

17.06.2011

Sleek Monaco - make up

Pół życia mnie korciło żeby odwzorować jeden z makijaży, który mam wyciąty z jakiegoś Bravo Girl sprzed 10 lat i wklejony do kajeciku :D
Wreszcie przy okazji zakupu nowego Sleeka ruszyłam dupsko.

I co...? I co...?
I aparat się rozładował po kilkunastu zdjęciach!
Do tego w zaledwie pierwszym pomieszczeniu w którym szukałam dziennego światła - w różowej jak pantera sypialni.


Bardzo się starałam porozcierać granicę, bo wiem, że mam z tym problem... i tym razem nawet widać, że użyłam trzech kolorów ;)









Jeszcze się poskarże, że ciężko mi dopaść światło w pokoju, który nie rzucałby akurat swoich kolorów na makijaż. Albo mi się tak wydaje...? Bo zazwyczaj raczej nie jestem tak różowa.
Wynajmujemy dom i właściwie jedyny pokój w którym po 15 jest trochę słońca ma kolor żółto - zielony.
Przygotowując pokój dla poTomka z pewnością jedną ścianę w komputerowym chlapniemy na biało :) Dla mojego własnego spokoju :)

15.06.2011

Sleek Monaco - recenzja

Wreszcie po zrobieniu wybrałam, zmniejszyłam i mogę się pochwalić zdjęciami.

Mój niedzielny prezent od T. wygląda tak:


W ozdabianie kartoników ktoś wkłada coraz więcej serca... :)

Środek:



Muszę się wreszcie przyznać, że niecierpliwie wypatrywałam wizyty w Superdrugu odkąd jakiś czas temu znalazłam na którymś blogu zapowiedź tej paletki.
Z wszystkich paletek jakie się ukazały, a już zapewne z wszystkich o których mi wiadomo ta ma najwięcej kolorów, które mi odpowiadają.
Jest to moje ulubione zestawienie kolorystyczne, a co za tym idzie - ulubiona paletka :)

Swatche:



Musicie przyznać, że całość wygląda jak paletka z farbkami. Jakby ktoś dał nam ją i kazał narysować najbardziej kolorowe, najbardziej słodkie i urocze lukrowane muffinki jakie potrafimy sobie wyobrazić... Mniaaaam :)

W paletce jest 8 kolorów matowych i 4 perłowe. O ile pereł jeszcze nie używałam (poza swatchami) o tyle maty tak i mogę przysiąc, że nie osypują się zupełnie (jak to miało miejsce przy poprzednich paletach z ciemnymi kolorami).
Jednocześnie perłowe są minimalnie lepiej napigmentowane - maty słabną po nabraniu na pędzel i trochę jednak trzeba się namachać by uzyskać pełnie koloru z paletki.

Trwałość - na bazie oczywiście cały dzień.
Kolory bezproblemowo łączą sie ze sobą i nie ma problemu z rozcieraniem granic (chociaż ja zawsze robie to za słabo, więc może marny ze mnie ekspert).

Cena - jak już pisałam - odrobinę wzrosła.
Sleek Monaco kosztuje 6.90 f.

Ale... czy można im się oprzeć...?

14.06.2011

Ciasto brzoskwiniowe

Przepis pochodzi z gazetki "Przyślij przepis" nr 2/2009, str. 59.
Wyjątkowo nie zmieniałam za bardzo składników, więc podaje źródło... ;)

Biszkopt:
- 4 jajka,
- 2 łyżki suchego maku,
- 4 łyżki cukru pudru (u mnie nieco mniej, bo zamiast pudru użyłam zmielonego cukru),
- 4 łyżki mąki tortowej (u mnie zwykła pszenna),
- 1 łyżeczka proszku

Placek z wiórkami:
- 4 jajka,
- 1 szkl. cukru pudru (tu znów u mnie mniej),
- 20 dag wiórków kokosowych

Masa:
- puszka brzoskwiń (u mnie dwie małe),
- pół opakowania budyniu karmelowego,
- 1 łyżeczka cukru waniliowego,
-1 łyżka mąki tortowej (u mnie pszenna),
- kostka margaryny (użyłam masła)


Ciasto jest troszkę pracochłonne, ale dla efektu smakowego warto :)

Biszkopt:
Białka ubijamy na sztywną pianę, dodajemy cukier, żółtka, mąke z proszkiem i mak. Delikatnie mieszamy i pieczemy 40 min. w 180 st.
Z racji, że mój po tym czasie wyglądał na niedopieczony - wydłużyłam czas.

Placek z wiórkami:
Ubijamy pianę z białek, dodajemy żółtka, następnie wiórki kokosowe. Mieszamy i pieczemy.
Dobra rada od serca: wyłóżcie blachę papierem do pieczenia. Ja nie mam tego zwyczaju, bo ufam moim nieprzylegającym blachom, a tu niestety się rozczarowałam i musiałam kroić później tą warstwę, aby przenieść ją na ciasto, bo żadne ubijanie, walenie, tłuczenie od spodu w blache nie pomagało w odklejeniu... ;)

Masa:
Na syropie z brzoskwiń (szklanka) gotujemy budyń (mi tez się to wydało kosmiczne!) dodając cukier waniliowy i mąkę. Radzę szybko i baaardzo energicznie mieszać - u nas tylko dzięki Tomkowi udało się budyń uratować i pozbawić grud... ;)
Margarynę ucieramy, dodajemy ostudzony budyń. Do takiego kremu dokłądamy pokrojone brzoskwinie.

Biszkopt skrapiamy spirytusem (ja pominęłam i twardy był jak diabli!), nakładamy krem i warstwę kokosową...


Długo się za ten przepis zabierałam, bo nie lubię takich pracochłonnych ciast (gdy to ja je musze robić!), ale było pyszne... W sam raz słodkie, delikatne, nie "przesadzone"...
I myślę, że warto dać do kremu masło zamiast margaryny, bo to jakoś... uszlachetnia smak :)

13.06.2011

Niedzielne zakupy

Zdaje sobie sprawę, że przez takich jak my ktoś musi pracować w niedziele, ale odkąd Tomek pracuje praktycznie non stop pojedyńcze niedziele są jedynymi dniami, które spędzamy całe razem.
I jedynymi, kiedy możemy wybrać się na zakupy...

W funciaku zaopatrzyliśmy się w mydełko firmy Simple:


Jak widać - zawiera czerwoną herbatę i olejki cytrusowe.
Pachnie obłędnie!
Konsystencje też ma inną niż zazwyczaj - taką jakby tłustszą, ale w użyciu bardzo przyjemną.

Skarpetki dla Maleństwa:


Nie mogłam się powstrzymać! Na butle czy smoczki bym się tam nie zdecydowała (gdzieś mi w głowie tłucze się myśl, że niekoniecznie bezpieczne), ale skarpetki i śliniaczki mają słodkie! :)

I puszka z rurkami (ważniejsza puszka niż rurki:D):



Nie wiem ile z dziewczyn mieszkających w UK zatrzymuje się dłużej przed funciakowymi regałami ze słodyczami - ja zawsze to robię.
Czego tam nie ma!
Limitowane edycje słodkości, gustowne czekoladki, żelki w kształtach i firm przeróżnych, lukrecje, ciastka, tofifi, gumy Maoam, rodzynki, orzeszki, cuda wianki w czekoladzie, batony, wafelki, wielopaki Milkyway, pakowane po 3 Kinder Bueno, czekolady o smaku Milkibara... Do tego wszystko duzo taniej niż w "normalnych" sklepach. Ok - często termin ważności upływa za 2, 3 miesiące, ale ilu znacie ludzi u których słodycze tyle by przetrwały...?:P

W Superdrugu sprezentowana mi została nowa paletka Sleek Monaco ;)
Chwalić sie będę w następnych notkach...
Widziałam też ostatni egzemplarz "Oh so special", ale jednak za specjalny nie był - część kolorów żywcem zerżnięta z paletki Paraguaya, a reszta to mało ciekawe brązy...
I przyznać trzeba, że szefostwo Sleeka ewidentnie zwietrzyło interes - z paletki na paletke jest drożej ;)
Sparkle kosztowały jeszcze 5.95, Paraguaya już 6.59, a Monaco kosztuje 6.90 ;) W funtach oczywiście.
Niby tylko mały, maleńki funiaczek, ale w tym tempie za 6 paletek dobije do dychy ;)

W Boots kupiliśmy bio-oil.
Na jego recenzje również przyjdzie czas - w miarę używania.

Przy okazji: dostałam voucher 5 f na kosmetyki No7.
Byłam zdecydowana na podkład, ale recenzje nijakie, a ceny nawet po rabacie porównywalne z Revlonem czy Goshem... Podkład z tej firmy odpuszcze, bo szukam czegoś tylko do maźnięcia gdy o 21 jedziemy na pół godz. do sklepu (a wtedy mi zwyczajnie żal używać droższych podkładów xD), ale kupon to kupon :D
Czy możecie polecić jakiś bootsowy kosmetyk, który po odjęciu 5 f będzie miał cenę adekwatną do jakości...?:)


W Argosie odebrałam torbę z próbkami dla mum-to-be ;)


Skromna, bo bywały już okazalsze, ale uwielbiam próbki tak samo jak konkursy...
No i w przypadku dziecka, którego skórę wszystko może podrażniać - lepiej zawsze wypróbować ;)

W skład tej paczki (oprócz ulotek) weszły:
- pieluszki Huggies,
- paczuszka chusteczek nawilżanych Huggies,
- przekąska dla mamy Fruit Flakes ;)
- próbki wkładek do stanika ;)

Przyznam, że bardzo fajnie to wygląda z próbkami dla Maluszka - niedawno odebraliśmy w Tesco na kupon całą dużą paczkę pieluszek dla noworodków...
Mamy też próbki proszków dla dzieci, pieluch Pampers, chusteczek Pampers, a nawet 2 x 10 g tubki Sudocremu...:)

W Bodycare capnęłam nożyczki do włosów:


Zdaję sobie sprawę, że to nienajszczęśliwszy pomysł, ale nie ufam fryzjerom, bo tysiąckrotnie powtarzane im "tylko końcówki", "pół centmetra" a nawet "najkrócej jak się da!" nie działa... Tyle razy wyczłapywałam od fryzjera z włosami skróconymi o połowe (mimo, że zdawał się rozumieć, gdy mówiłam czego oczekuje), że już więcej nie pójdę.
Nie i koniec kropka.
Mam teraz te śmieszne nożyczki i ostatecznie - w ten sposób przycięte minimalnie końcówki są i tak lepsze od końcówek nieprzycinanych od półtora roku :D
Przynajmniej zrobie to po swojemu.


W sumie nie kupiliśmy wiele więcej... Jakieś słodycze, płyn do kąpieli itd.
Celem i tak był Tk Maxx (w którym nie znaleźliśmy tego czego szukaliśmy).

A jeszcze w temacie szukania - ktoś się orientuje w jakich sklepach w UK można dorwać stolnice...? Blat w kuchni nie mój, stół też - nie chce zniszczyć... a ciasta nie mam na czym robić...
Dodam, że szukam dużej... Na format kartkowy minimum A2... i nie szklanej, bo taką już widziałam i nie przekonuje mnie...

09.06.2011

Chwalipięcko i na szybko - sypkie cienie NYX

Oto próbki cieni, które wygrałam na blogu Gone2Rehabbrb:




Strasznie mnie korci coś nimi zmalować, ale nigdy nie praktykowałam z cieniami sypkimi.
Zastanawiam się czy potrzeba do tego specjalnych pędzli albo techniki...?

Aaaa może któraś z Was wie gdzie można kupić takie malutkie pojemniczki w które możnaby je przesypać...? (mieszkam w UK) Wygrzebywanie ich z tych woreczków chyba mi się nie będzie podobało...

Kolory mnie zachwycają - wyjmuje je z koperty i oglądam przynajmniej raz dziennie.

Natychmiast po pierwszym użyciu opisze wrażenia.
I czekam na wskazówki od bardziej doświadczonych w "sypkich" tematach :)

Bread pudding

Kupiłam w Tesco bułki z rodzynkami i wyjątkowo nie były smaczne.
Postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - wykorzystać buły i jednocześnie spróbować słynnego puddingu z chleba.
Z braku naczynia do zapiekania musiałam piec w metalowej miseczce - chyba w dawnych czasach była ona pojemnikiem na jedzenie, puszką na ciastka albo sama ona wie czym ;)


(Wszystkie zdjęcia na moim blogu można powiększać)

Wyrósł ponad brzegi, ale natychmiast po opuszczeniu piekarnika padł.


Przepisy znalezione w necie zmodyfikowałam i uprościłam. Lubię proste rzeczy - zwłaszcza, gdy robię je po raz pierwszy.

Wkonanie jest banalne:
3 (i pół) rodzynkowych bułeczek pokroiłam w "kromki", ułożyłam w miseczce i zalałam mlekiem rozmieszanym z 1 jajkiem (ilość mleka - tak, żeby buły porządnie nasiąkły) i odrobiną cukru waniliowego.
Gdy już buły wchłonęły wstawiłam na solidny czas do piekarnika (najpierw 20 min. pod folią aluminiową, później 20 min. bez folii). Gdybym robiła je jeszcze raz czas pieczenia wydłużyłabym do godziny.






Smak...?
Przypomina trochę chlebojaje, tylko z mniejszą ilością jajka... ;)
Mi z kolei najmocniej kojarzy się z potrawą z dzieciństwa - gotowane mleko, pływający w nim pokruszony chleb, cukier do posypania, solidny talerz i wielka łycha... :)

Bardzo prosto, "swojsko" i po domowemu.

Tomkowi średnio smakował. Ja wchłonęłam jakieś 90% (polecam jeszcze ciepły, następnego dnia traci urok). Swój apetyt na chleb z mlekiem uważam za zaspokojony.

08.06.2011

Funciakowa odżywka - Beautiful Brunette

Zawsze byłam zwolenniczką kupowania tanich kosmetyków... Wprost uwielbiam wypróbowywać je i trafiać na cudeńka (albo kląć nad bublami).
Nie miałam odżywki (Kompres z Joanny oszczędzam :D), funów też już niewiele, byliśmy w funciaku, więc wybór padł na to:


Odżywka wyciśnięta na dłoń wygląda trochę jak farba do włosów:


Tomek właściwie jeszcze do niedawna był przekonany, że ja co kąpiel farbuje sobie końcówki... xD
Tłumaczył mi, że wyglądają po niej "inaczej", bo błyszczą i sie mienią refleksami ;)

Także - jak widać - jakiś efekt jest zauważalny... ;)
Po nałożeniu na włosy (nie mokre, ale lekko odciśnięte) i zostawieniu na nieco dłuższą chwilę, a później spłukaniu wręcz dość mocno widoczny.
Włosy rzeczywiście błyszczą, są mięciutkie, pachnące, nie obciąża ich, a przede wszystkim - gdy się nie spieszę i rzeczywiście potrzymam ją dłużej na włosach - zaczynają przypominac regularne, ładne, oddzielone fale, a nie bezkształtną kupę siana.

Ogólnie polecam szukanie "perełek" - produkt za funta, a bardzo dobry.
(A gdyby dobry nie był, to taką odżywkę można z powodzeniem i bez zadziorów wykorzystać zamiast pianki do golenia nóg ;) )

07.06.2011

Czerwcowe rozdania

Od 6 lat nie używałam bezbarwnego lakieru do paznokci, a wczoraj odkryłam jego urok na nowo... To takie miłe kiedy paznokcie się błyszczą i zdrowo wyglądają... Okazuje się, że wcale nie muszą być czerwone, kolorowe, ani nawet w kolorze beżu.
Jestem zachwycona efektem :)


***

Przez calutki miesiąc próbowałam na polskiej stronie Loreala wygrać tusz do rzęs... I nic.
Za to pamiętam, że jeden jedyny raz kliknęłam na angielskiej stronie powyższej firmy w ramach konkursu o jakiś specyfik opalający... Coś mi tam świta, że trzeba było zaznaczyć swój kolor włosów, cery i takie tam - przy rejestracji. I wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy wczoraj przyszła paczka! Żeby było śmieszniej - na nazwisko Tomka (a nigdy nie podaje jego, bo wiem, że za tym nie przepada).
Ale to zawartość przebiła wszystko - zamiast opalacza była w środku pełnowymiarowa farba do włosów dla mężczyzn! Odsiwiacz taki jakby :D I to dopasowany do MOJEGO koloru włosów :D
Tomek stanowczo odmówił użycia.

Wyślę chyba mamie, bo co mam z tym zrobić.
Do kobiet się pewnie też nada...

Sposób w jaki to do mnie trafiło pozostanie nierozwiązaną tajemnicą.
Wiecie... w wielu konkursach biorę udział, ale przecież nie grałabym o odsiwiacz dla mężczyzn! xD


***

Dodaje kilka rozdań (ostatnio straciłam zapał - nawet moje konkursomaniactwo ma wzloty i upadki)

Pierwsze na Planecie Kobiet:



**

U Sabbath:



**

U ShopaholicDream:




**

U ShoppingMonster z okazji 50 obserwatorów:



**

U Iki: